Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 33 из 49

Oblicze Ligęzy nabiegło czerwienią. Ręka, którą wyciągnął w stronę Dydyńskiego, drżała coraz mocniej.

- Gdy pierwszy raz rozmawialiśmy, imć Nietyksa wypowiedział nazwisko Wierusz... Kto to jest?

- To chłop - wykrztusił kasztelan. - Ja... Nieprawnie... - Ligęza zamilkł, opadł na krzesło, a jego twarz poczęła robić się coraz czerwieńsza. - Jezu Chryste! Jezu... duszę się! - Szarpnął zapięciem atłasowego żupana.

- Jasiek! Nietyksa! Bywaj! - Dydyński poderwał się z krzesła. Drzwi otwarły się z trzaskiem. Do komnaty wpadł Jasiek, pachołkowie i zamkowy medyk. Chwycili rzężącego, trafionego apopleksją kasztelana, ponieśli do sąsiedniej komnaty.

Dydyński westchnął ciężko. Wyszedł na zewnątrz. Stanął na krużganku i oparł się o poręcz. Usłyszał stukot młotków na dziedzińcu. Na dole, przed wejściem do zamkowej kaplicy, stolarz zbijał krzyże z drewnianych bali. Dwóch pachołków wnosiło do środka proste drewniane trumny.

Dydyński ruszył do swojej komnaty. Wszedł po schodach, potem przemierzył korytarz, w sali z portretami zatrzymał się na chwilę. Znów spojrzał na malowidło przedstawiające obu kasztelaniców - Samuela i Aleksandra. Zamyślił się na chwilę.

Dlaczego na portrecie były dwa herby? Jeden to Lubicz Ligęzów, a drugi - dziwna, dzielona w słup tarcza z czterema liliami. To nie był herb Ligęzów. To nie był żaden polski herb.

Obaj młodzieńcy namalowani zostali blisko prawej krawędzi obrazu. Zbyt blisko. Herbowa tarcza u ich stóp zapewne kiedyś znajdowała się pośrodku malowidła...

Dydyński wzruszył ramionami i ruszył do komnaty. Pchnął drzwi. Na środku pokoju leżała ćwiartka papieru. Dydyński podniósł ją i przeczytał:

Wielmożny, Uprzeymy y Wielce mnie miły Mości Panie Bracie!

Zaszły zdarzenia, które sprawiają, że muszę powiedzieć Ci o czymś ważnym. Czekam dziś wieczorem w karczmie „Pod szablami" u Żyda Berka, na krakowskim trakcie.

Podpisu nie było. Dydyński zmiął w ręku papier.

I pomacał przy boku rękojeść szabli.

7. „Pod szablami"

Karczma „Pod szablami", która sterczała przy trakcie ze Lwowa do Krakowa, nazywana była tak z powodu licznych zwad i rąbanin, które rozgrywały się w jej wnętrzu. Tutaj umawiali się na pojedynki panowie bracia, a karczmę palono co kilka lat. Ostatni raz uczynili to zbuntowani żołnierze konfederacji lwowskiej. Ale i tak w ciągu ostatniego roku w deski podłogi, stoły i ławy wsiąkło tyle szlacheckiej krwi, że starczyłoby jej na ufarbowanie wszystkich żupanów w województwie ruskim na karmazynowa barwę.

Karczma była pełna gości. Dydyński z trudem przeciskał się przez tłum herbowych. Rozglądał się dokoła z uśmiechem i odpowiadał na liczne pozdrowienia, których nie szczędzili mu panowie bracia. Wszak był znany i lubiany w całej Ziemi Przemysko-Sanockiej, a przy drewnianych stołach poznaczonych razami szabel i czekanów zasiadał sam kwiat szlachty z tego pogranicza Rzeczypospolitej. Gdyby pan Dydyński wszedł do gospody i zajazdu w dalekiej Francyi albo w Niderlandach, z pewnością otaczałyby go smętne i blade oblicza pludraków pociągających drobnymi łyczkami wino z kielichów. Bogatych mieszczuchów i tchórzliwych kawalerów w upudrowanych perukach. Ludzi chłodnych i wyrafinowanych, cedzących słowa półgębkiem i pilnujących, aby broń Boże nie uronić ani kropli z kielicha ani nie paść w pijackim śnie pod stół.

Na szczęście była to gospoda w Rzeczypospolitej, więc pana Jacka otaczały czerwone i rubaszne oblicza szlachty polskiej, a w uszy uderzały pijackie śpiewy i okrzyki. Widział gęby poznaczone bliznami po cięciach szablą, guzami i śladami od prochu. Gęby rumiane i blade, ozdobione nosami czerwonymi od pijaństwa, uczone, choć z błyskiem w oku. Płowe i ciemne podgolone czupryny, sumiaste wąsy - czasem nierówne, bo podcięte przez sąsiada lub konkurenta do pa

Dydyński rozglądał się dokoła, ale nie widział, aby ktoś w tłumie gości skinął na niego. Przeszedł tak przez całą izbę, aż w końcu zajrzał do małego alkierzyka. Zajrzał i zamarł.

Nietyksa.

Szlachcic siedział nad kuflem piwa. Kiwał się se

Dydyński wszedł do alkierza. Przysunął z łoskotem ławę do stołu i rozsiadł się wygodnie. Nietyksa otworzył jedno oko.

- Wreszcie jesteś, panie Jacku. Czekałem...

- Słucham.

- Chyba wiesz, o czym chciałbym z tobą mówić...

- O jeźdźcu.

Nietyksa spojrzał w prawo, potem w lewo, jak gdyby sprawdzając, czy ktoś ich nie podsłuchuje.

- Jeździec godzi w cześć i honor Ligęzów. A nade wszystko w to, co pan na Sidorowie kocha najbardziej. Kasztelankę!

- Chce ją porwać do ołtarza?

Nietyksa uśmiechnął się, dopił piwo i odstawił pusty kufel.

- Jeździec na karym koniu, który przybywa z mgły. Niezwyciężony, niedościgniony. Szybki jak żmija, waleczny jak lew i... sprawiedliwy jak sama śmierć.

- Jak się zwie?! Zdradź mi jego imię.

Nietyksa zapatrzył się w dal. Zapadła cisza, nawet w głównej izbie ucichły pijackie krzyki.

- Wiem, kto jest jeźdźcem - powiedział cicho. - Znam tę historię. I kasztelan ją zna, ale nie wyjawi ci nigdy, bo ciągle nie chce uwierzyć, że to się mogło stać. Ten jeździec to upiór.

- Upiór!?

- Myślałem, że czarny diabeł nigdy nie wstanie z grobu. Ale on ożył, powstał z martwych, choć sam widziałem obcięte głowy jego towarzyszy.

Dydyński spojrzał Nietyksie prosto w oczy.

- A więc? Mów, mów, panie bracie!

- Kiedyś kasztelan przyjął na służbę pewnego człeka, który zwał się Chrystian von Thurn. Powiadał, że był szlachcicem z Wirtembergii, ale ja myślę, że tak naprawdę był to bękart ze Śląska, który przyssał się do cudzego klejnotu. Pan Ligęza uczynił go dowódcą straży i zaufanym sługą. Gdy obaj panicze dorośli, wysłał go z nimi za granicę. Kasztelan hołubił go na dworze, żywił i otaczał łaskami. A źle robił, bardzo źle. Bo od pańskich faworów czarciemu bękartowi pomieszało się we łbie. Coraz śmielej sobie poczynał, coraz pewniej. Pewnego razu kasztelan pojechał do Krakowa. W drodze spotkał jednak swawolną kupę. Wybili jego czeladź i hajduków. Byłby zginął, ale uratował go Chrystian. Nadciągnął na czas ze swoimi ludźmi i uchronił gardło pana Ligęzy od miecza.

- I co na to kasztelan?

- Dał nobile verbum, że odda mu, co tylko tamten będzie chciał, choćby i nawet zamki i starostwa. Ale bękart... Bękart zażądał czegoś, co przyprawiło jaśnie oświeconego o wściekłość.

- Pieniędzy?

- Gdzież tam! Chciał ręki pa

- I kasztelan dał mu?

- Dał nobile verbum, że odda mu córkę. Ale dopiero wtedy, gdy pa

- Jak to nie sam?

- Była z nim kupa hultajstwa. Chrystian dobrał sobie towarzyszy z wolnych rajtarów, którzy nie dostali zasług, i wraz z nimi łupił wsie i miasta. Kasztelan bał się, że upomni się o pa