Страница 18 из 49
3. We dworze
Dydyński wstał z łoża już następnego dnia. Nie czuł się źle; gorączka ustąpiła, rany przestały krwawić. A najdziwniejsze, że zabliźniła się paskudna szrama na udzie. Pan stolnikowic obmacał ją, odwinął szarpie i zdziwił się, widząc wąską, zasklepioną krechę. Kiedy wstał z łoża, stwierdził, iż prawie nie czuje bólu. Ubrał się szybko, nie korzystając z pomocy czeladzi, a potem ruszył do świetlicy dworu. Bielone ściany przypominały bardziej wnętrze chłopskiej izby, a nie dworek. Nie było tu wystawnych opon, kilimów i materii jak w i
- Waszmość już wstałeś?
Rachela weszła tak cicho, że niemal nie dosłyszał stukotu jej trzewików. Dzisiaj zamiast giermaka przystrojona była w kołpaczek zdobiony czaplimi piórami i niewieści żupan ze srebrnej lamy. Wyglądała w nim jeszcze piękniej niż wczoraj, bowiem strój ten podkreślał bardziej jej krągłe biodra, wypychał ku górze piersi.
- To cud - rzekł stolnikowic - rana na udzie już się wygoiła. Winienem w podzięce wychylić beczkę węgrzyna za zdrowie rodzica waćpa
- Mój ojciec umie uzdrawiać ludzi. Dawno temu, przed laty, dostał dar od Pana Niebieskiego. Wtedy porzucił swój stan szlachecki, wstąpił w szeregi Chrystian i tu, w naszym rodzi
- Jestem waszym dozgo
- Spłacisz dług u nas, jeśli przestaniesz przelewać krew. My jesteśmy spokojni ludzie, z nikim nie wojujemy, a jeśli już, to z nami walczą jezuici i księża, sejmiki i trybunały.
- Waćpa
- Jak waszmość śmiesz mówić takie rzeczy tu, w nowym Jeruzalem?! Aż taką przyjemność sprawia ci zabijanie swoich braci?
- Nie wiem, czyi oni tam bracia, ale chyba nie z mojej gałęzi Dydyńskich. No, nie złość się, waćpa
- To niewielka różnica.
- Nie służę szelmom i zwyrodnialcom - mruknął niechętnie. - Nie wyciągnę szabli dla starosty Krasickiego z Dybiecka, dla Diabląt Stadnickich czy i
- A jednak zamieniasz ludzkie żywoty na czerwonce, talary i dukaty.
- Świat jest pełen łajna, mościa pa
- Pan ojciec zabrał.
- Będę musiał tedy czołem mu uderzyć. I podziękować. A wiesz waćpa
Milczała, jakby zalękniona.
- Bo daję moją szlachecką głowę, że jako bracia polscy macie kłopoty z niejednym z sąsiadów.
Rachela wybuchła płaczem. Łzy grube jak błyszczące perły spływały po jej policzkach. Szlachcic przyskoczył bliżej, chwycił ją w ramiona, utulił jak małe dziecko.
- Waćpa
Nic nie powiedziała. Rozpłakała się jeszcze bardziej.
4. Ludzie pana Pamiętowskiego
Przyjechali w ośmiu, z czeladzią, z dobytymi szablami i czekanami, nabitymi półhakami i bandoletami, jakby wybierali się na kujawską biesiadę albo w swaty do pijanych Zaporożców, a nie do ariańskiego dworu. Powoli, nie spiesząc się, podjeżdżali pod ganek. Rozglądali się dokoła, przypatrywali domostwu, chałupom chłopów, zagonom i poletkom ogrodzonym płotami i parkanami. Pierwszy z jeźdźców był mały, w misiurce opadającej na czoło, porwanej przeszywanicy i kolczudze. Drugi z kolei gruby, spocony, przyodziany w kontusz podbity wyleniałym futrem. Nie miał lewego ucha, w zamian za to natura ozdobiła jego podgardle trzema obwisłymi podbródkami, sumiastymi wąsami i długą brodą spływającą na potężne brzuszysko. Trzeci z nich wyglądał na znacznie młodszego; jeden jego wąs był krótszy, drugi dłuższy. Przez cały czas mrużył prawe oko, może dlatego, że na jego brwi, policzku i oczodole widniała straszna, zagojona blizna po cięciu szablą lub pałaszem. A czwarty...
Ten był najgorszy. Najmłodszy z nowo przybyłych, odziany w prosty adamaszkowy żupan z diamentowymi guzami. Do pasa przytroczoną miał czarną szablę, a do kulbaki obuszek o okutej żelazem rękojeści. Miał długie, trefione włosy, które wymykały się spod kołpaka. Wyglądałby na żaka albo czeladniczka, gdyby nie oczy - niebieskie, spoglądające na wszystkich z bezgraniczną wzgardą.
Na widok niezwykłych gości Krysiński poderwał się z ławy na ganku. Szybko wepchnął dwóch chłopów z czeladzi do dworu, a potem wstąpił na stopnie i zatrzymał się tam, zastawiając nadjeżdżającym drogę do dworskiej sieni.
- Czołem, panie Krysiński! - zakrzyknął piskliwym, starobabskim głosem najmniejszy z nowo przybyłych.
Stary szlachcic nie odrzekł nic. Skłonił się lekko, ale nie na tyle, aby nadciągający swawolnicy wzięli jego ukłon za gest uczyniony z przestrachu.
- Pan Pamiętowski przesyła waszmości ukłony - zapiszczał szlachetka w misiurce - i o bakszysz prosi. Dwa tysiące złotych polskich, w czerwońcach, talarach, szóstakach albo ortach!
Trefiony nawet nie spojrzał na Krysińskiego. Zdawać by się mogło, że zajmował go jedynie złocony nadziak i kury krzątające się na placu przed dworem.
- A z jakiego powodu - zapytał groźnie Krysiński - mam coś zapłacić panu Pamiętowskiemu? Ani nie jestem jego dłużnikiem, ani arendarzem. To jest szlachecka wieś dziedziczna i co z niej mam zapłacić Rzeczypospolitej, tom już dawno popłacił. Czopowe, pogłówne, donatywy i całą resztę...
Bryganci podjechali bliżej - z lewej strony konus w misiurce, a z prawej zwalisty moczygęba woniejący potem, zastarzałym sadłem i czosnkiem.
- Pan Pamiętowski o przyjacielski upominek prosi - wycharczał gruby szlachcic. - A jak nie zechcesz waszmość po dobroci, tedy siłą weźmie.
- Nie przypominam sobie, abym od pana Pamiętowskiego pieniędzy pożyczał. Mówiłem już waszym mościom, kiedy tu wcześniej byliście - daremne są wasze starania, bo nie wiem, z jakiego powodu bakszyszu ode mnie żądacie.