Страница 11 из 49
- A Białoskórski? - przerwał mu Dydyński. - Zdrów i cały wyszedł ze zwady?
- Białoskórski nawet nie pisnął, bo związany na ławie leżał, jako nie przymierzając ten półgęsek, co tu na powale wisi.
- Dokąd pojechali?
- Na północ, pewnikiem do Przemyśla, bo tam sądy grodzkie i kat zawzięty okrutnie na swawolników. A i pan starosta hultajom nie przepuszcza.
Dydyński rzucił karczmarzowi koro
- Co o tym myślicie?
- Na Przemyśl ruszył - mruknął Mikłusz. - Dojdziem łyka w Ustrzykach, a jak nie tam, to za Krościenkiem, na trakcie.
Szawiłła pokręcił głową.
- We wszystkich karczmach i w okolicznych wsiach gadają tylko o tym, jak jakaś pa
- I jeszcze bardziej ryzykowała? W górach są beskidnicy i sabaci.
- Bez ryzyka nie ma łotrzyka.
- To jak powi
- Na piwo! - huknął Mikłusz, stawiając na dębowym stole trzy cynowe kufle pełne pienistego trunku.
Wypili. Szawiłła wyjął z mieszka dziwną sześciokątną monetę z dziurką pośrodku. W blasku świec zabłysły na niej zawijasy i znaki. Kozak rzucił monetę na stół, postawił ją, zakręcił, aż zafurkotało, i zanucił:
Słyszałem od ludzi starych,
Że ta wódka okowita bardzo wadzi.
Niejednego ona człowieka z tego świata zgładzi!
- Jak reszka, to na Przemyśl pojedziemy! - zakrzyknął. - A jak korol, to na Ralskie.
Nie bardzo wiadomo było, czym różniła się reszka od króla, bo na obydwu stronach monety były podobne znaczki. Jednak gdy moneta brzękła i upadła na stół, Szawiłła uśmiechnął się od ucha do ucha i zakrzyknął:
- Na Ralskie!
Mikłusz i Dydyński złapali za kufle.
- No to na Ralskie - zadecydował Dydyński i jednym tchem osuszył naczynie do połowy.
11. Białoskórski przerażony
Po rozstaniu z Kołtunem Eufrozyna przestała się spieszyć. Był już prawie wieczór, a oni nie dojechali jeszcze do Hoczwi. Zatrzymali się na popas nad Sanem, na kamienistym pagórku w pobliżu rzeki. Szlachcianka zsiadła z konia, przecięła więzy na nogach Białoskórskiego i zepchnęła go z wierzchowca tak mocno, że szlachcic zwalił się na kamienie. Dziewczyna rozkulbaczyła konie i puściła je, by podjadły trochę wyschłej trawy, a sama chwyciła olstra z pistoletami, jakąś wypchaną sakwę i zeskoczyła po głazach na brzeg rzeki. Białoskórski widział, jak zaczerpnęła ręką wody, a potem... To, co stało się potem, sprawiło, że przeszły go ciarki. Pa
Infamis patrzył. Spoglądał łakomym wzrokiem na jej krągłości, uformowane jak kopułki w najpiękniejszej cerkwi Bieszczadu, a nade wszystko to, czego nie widział z bliska, gdyż leżał zbyt daleko - wdzięczny gaiczek kryjący źródełko miłości, gotowe napoić spragnionego konika...
Jasny szlag!
Nagle Białoskórski zamarł. Zobaczył kątem oka, że z juków rzuconych niedbale na kamienie kilka kroków dalej wystawała rękojeść jego szabli.
Swawolnik wstał z trudem. Powoli, ostrożnie przesuwał się w prawo, wpatrzony w sylwetkę pa
Dotarł do szabli. Opadł przy niej i związanymi z tyłu rękoma chwycił rękojeść.
Nagle w płucach mu zarzęziło, zakrztusił się śliną i krwią, serce zabiło mu niespokojnie. Do wszystkich diabłów, brakowało tylko tego, aby zakasłał i zwrócił na siebie uwagę. Z wysiłkiem zdusił oddech, wyciągnął ostrze do połowy, oparł o nie więzy i począł przesuwać w górę i w dół.
Zachrypiał, bo w płucach znów zarzęziło mu głośno. Przeklęte suchoty dopadły go przed ośmioma laty, na wyprawie na Wołoszczyznę. Zmagał się z nimi, udawał, że nie dzieje się nic wielkiego, ale i tak wiedział dobrze, że przez te przeklęte płuca przyjdzie mu kiedyś zatańcować ze śmiercią. Jednak jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz.
Niżej, na brzegu rzeki, Eufrozyna zamarła. Stała i nasłuchiwała. Czarne plamy zawirowały przed oczyma Białoskórskiego. Czekał z napięciem na każdy ruch pa
Więzy poluzowały się, osłabły!
Jeszcze chwila, jeszcze jedno mgnienie oka...
Eufrozyna wróciła do mycia, odrzuciła w tył długie, czarne, mokre włosy...
Więzy puściły. Białoskórski odskoczył w bok, porwał swoją szablę. Zwykle taką broń nazywano zygmuntówkami, od imienia Jego Królewskiej Mości Zygmunta III, pan Maciej jednak, były rokoszanin, obrońca wolności i przywilejów, nie lubił monarchy, który przeniósł stolicę Rzeczypospolitej ze wspaniałego Krakowa do zaściankowej, mazowieckiej Warszawy. Dlatego zamiast zygmuntówką nazywał swoją szablę rokoszanką.
W tej chwili nie miało to jednak wielkiego znaczenia. Pan Białoskórski stał, wpatrując się w Eufrozynę, która na brzegu Sanu ochlapywała się wodą. Wywołaniec roztarł zesztywniałe dłonie, splunął, rozkasłał się, a potem ruszył do tyłu. Odwrócił się, powoli wszedł między drzewa i... Krzyknął z przerażenia!
Eufrozyna stała przed nim!
Sama!
Z szablą!
W delii!
Nie była to już pa
Pa
Białoskórski upadł na bok, zacharczał, splunął krwią. Szlachcianka przyskoczyła bliżej. Obojętnym ruchem kopnęła go w brzuch. Gdy infamis się poderwał, dostał w twarz, zwalił się na ziemię, przeturlał. Kopniak rzucił go dalej, po kamieniach. Białoskórski otrzymał cios płazem w łeb, wypluł dwa zęby, przewalił się na bok i wtedy niewiasta dokopała mu jeszcze w bok, aż chrupnęły żebra. Swawolnik jęknął, a potem zawył boleśnie.
Stanęła nad nim dumna, blada, z gniewem płonącym w pięknych czarnych oczach.
- Pamiętasz mnie?! - syknęła jak harpia. - Pamiętasz, psi synu, wierszokleto za trzy grosze? Pamiętasz, jak zabrałeś mnie z domu, jak prawiłeś dusery? Nazywałeś wielką miłością?! A potem osławiłeś jak zwykłą przechodkę, jak parszywą meretrycę na gościńcu pod Lwowem.
Białoskórski zadygotał. Jezu Chryste! Tak... To była ona... Szlachecka córka, którą zbałamucił... Kiedy? I która to była? Do diaska, Białoskórski nigdy nie zaprzątał sobie tym głowy. W swoim życiu pozbawił wianka tylu niewiast, że nie mógł się doliczyć, czy była to Sonka spod Halicza, pa