Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 54

Ross poczuł słabość w kolanach, kubek wypadł mu z rąk. Człowiek z blizną odstąpił na bok, a zza jego pleców wysunął się i

– W imię Allacha, jaki to tajny ładunek wiezie pociąg? – rozległ się głos, dobiegający jakby z niebios.

– Mydło – wybełkotał Ross.

– Co? Kpisz sobie z nas, psi synu!

– Słowo honoru. Mydło, tylko mydło.

Ostry ból sprawił, że Rossowi gwiazdy stanęły przed oczami, po czym zapadł się w jakąś czarną dziurę, zdoławszy przedtem wykrztusić ochryple:

– Mydło…

Otrzeźwił go pora

– Boże, spraw, żeby to wszystko okazało się tylko złym snem!

Pojawił się rankiem następnego dnia. Przemoknięty, głodny, zmordowany, rozpromieniony. Zubrow go uściskał, a potem kazał umyć, wytrzeć, nakarmić, a co do napojenia – tym postanowił zająć się osobiście. Rozkazał zwrócić wszystkie środki transportu ze śmigłowcami włącznie prawowitym właścicielom, przekazać wyrazy wdzięczności lokalnym władzom i złożyć najgorętsze podziękowania sławnemu miastu. A kiedy wszystko to zakończył, rozległ się wreszcie gwizd lokomotywy i wagony ruszyły, Zubrow nalał zakutanemu w puszysty szlafrok Rossowi pełną szklankę whisky Glenfiddich (specjalnie zabranej dla niego z Odessy), sobie też nie pożałował, wypił i polecił zwięźle:

– Opowiadaj.

Ross mówił długo. Historię mydła zaczął od samego początku. Opowiadał dowcipnie. Zubrow się śmiał, a Paul starał się włożyć całą duszę w swoją relację, wciąż mając na względzie, że Zubrow śmieje się tylko dlatego, że zmusza się do śmiechu. Ross zakończył opowieść, a pułkownik siedział naprzeciwko niego, objąwszy głowę rękami. Długo milczeli. Wreszcie Zubrow zapytał, czy Paul jest pewien, że w kontenerze istotnie znajduje się mydło.

– Jeżeli nie zostało ukradzione w Odessie, to tak. Mydło.

Nagle Ross ujrzał przed sobą absolutnie niewidzące oczy i znów nieznośna cisza wypełniła całą przestrzeń wokół, a stukot kół nie tylko jej nie zakłócał, lecz przeciwnie, podkreślał.

– Major Brusnikin i kapitan Dracz do mnie. Najpierw wpadł do przedziału Brusnikin i aż nim rzuciło z wrażenia – myślał, że Zubrow nie żyje. Pułkownik siedział przy oknie, odchylony do tyłu, a wyraz jego twarzy był taki, jaki widuje się u ludzi, którzy padli w walce. Kiedy pojawił się Dracz, na widok oblicza dowódcy chciał krzyknąć: „Wody!”. Ale nie krzyknął – w twarzy Zubrowa, prócz trupiej, zielonkawej barwy, dostrzegł jeszcze coś, jakby desperacką decyzję samobójstwa lub wizję celi śmierci. Dracz rzucił się do Rossa: coś mu zrobił, ścierwo? Oczywiście pytał bez słów, samymi tylko oczyma. Brusnikin zadał wzrokiem to samo pytanie, tyle że bardziej konkretnie: coście tu pili? Ross też nic z tego nie rozumiał. Gadali, rozmawiali, wypili całkiem niewiele. Co się stało?

Zubrow, nie odwracając głowy, skierował spojrzenie na Brusnikina.

– Majorze Brusnikin, co wieziemy w kontenerze?

– Mydło, towarzyszu pułkowniku.

– Mydło to legenda dla postro

– Mydło, towarzyszu pułkowniku. Ludzie gadają o broni strategicznej, ale to właśnie jest legenda, a w rzeczywistości wieziemy mydło.

– Skąd wiesz?

– Słucham codzie

– To dlaczego przez całą drogę milczałeś.

– Sądziłem, że pan sam się domyślił. Boleśniej dotknąć pułkownika Zubrowa nie było można. Brusnikin najpierw się wygadał, a potem dopiero ugryzł w język. Wyszło na to, że Zubrow to skończony bałwan, który w ogóle nic nie zrozumiał, mimo że sytuacja wydawała się całkiem oczywista.

– Kapitanie Dracz!

– Tak jest!

– Co wieziemy w kontenerze?

– Najpierw było tam mydło, a teraz kontener jest pusty.

– Skąd wiesz?

– Hm… powiedziała mi jedna kobieta, we wszystkim zorientowana.

– A co się stało z mydłem?

– Zostało ukradzione w Odessie. Kontener załadowano już pusty.

– Co ludzie wiedzą na temat zawartości kontenera?

– Żołnierze są przekonani, że wiozą broń strategiczną, oddziałującą na psychikę, a hm… wszystkie baby uważają, że to mydło. Z powodu tego mydła się do was przyczepiły.

– Ale jedna z nich wie, że kontener jest pusty. Więc po co z nami jedzie?

– Przepraszam, towarzyszu pułkowniku, jechała z powodu mydła, ale kiedy się zorientowała, że go nie ma, została… z mojego powodu.

– Rozumiem. Jedzie z twojego powodu. Ale z jakiego powodu ty jedziesz? Zdajesz sobie chyba sprawę, że czy kontener pusty, czy pełny, chodzi o mydło?

Oficer, któremu rozkazano wieźć mydło i w związku z tym zabijać ludzi, poświęcać ich życie i własne, nie zasługuje na miano oficera. Wybacz mi, Paul, ty jesteś handlowcem i nic w tym złego, ale oficer nie ma prawa zabijać ludzi z powodu mydła. Prawdziwy oficer nie powinien wypełniać takich rozkazów, tylko palnąć sobie w łeb. A zanim to zrobi, zameldować o wszystkim swojemu dowódcy, żeby i ten mógł się zastrzelić.

Zubrow zamilkł na długo.

Potem nagle stał się oficjalny – zapiął się na wszystkie guziki, jak się to mówi w wojsku.

– A więc tak. Na pierwszym rozjeździe kierujemy eszelon na ślepy tor. Wyznaczam komisję, która otworzy kontener. W jej skład wchodzę ja, major Brusnikin i kapitan Dracz. Obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki Paul Ross nie może zostać członkiem komisji, ale zostaje powołany w charakterze świadka i konsultanta.

– Jestem wielce zobowiązany.

– Ale po co otwierać? – zdziwił się Dracz. – Dowieziemy kontener i oddamy. Plomby są nienaruszone, taki ładunek otrzymaliśmy, takiśmy przywieźli, a jeżeli kontener jest pusty, to już nie nasze zmartwienie…

Zubrow obrzucił Dracza takim spojrzeniem, że ten przysiągł sobie w duchu: na temat honoru oficerskiego nigdy więcej w obecności Zubrowa nie będzie się wypowiadał i w ogóle zrewiduje swoje poglądy w tym zakresie.

– Proponuję, towarzyszu pułkowniku – zabrał głos Brusnikin – nie śpieszyć się z otwieraniem, poczekać do nocy… i zrobić to bez świadków.

– A czego mamy się bać? Jeżeli istotnie znajduje się tam broń strategiczna, jakaś aparatura i tak dalej, to batalion wie o tym i bez nas. Jeśli natomiast w kontenerze jest – albo było – mydło… to jaki sens robić z tego tajemnicę teraz? Pozostaniemy okryci hańbą do końca życia i wcześniej czy później i tak wszyscy się o tym dowiedzą. O, właśnie jest rozjazd. Brusnikin!

– Tak jest!

– Skierować pociąg na bocznicę.

Zubrow zerwał plomby z takim impetem, że wydawało się, iż wyszarpnął razem z nimi kawałek metalowego skobla. Zgrzytnęły zawiasy, drzwi się otworzyły i pułkownik wkroczył do ogromnego kontenera, jak do pustej celi na pięćdziesięciu więźniów. W rogu leżała rozbita skrzynka. Na podłodze poniewierało się kilka kostek mydła w żółto-zielonych opakowaniach. Zubrow podniósł jedną, rozwinął, powąchał. Odczytał napis na etykietce – ZEST – i rzucił mydło na podłogę.