Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 54

Rozdział 7

Czerkasy! – wrzasnął obserwator, wskazując automatem pusty step.

– Czego się drzesz?

– O, tam patrzcie! – z miną Kolumba odparł obserwator. Dopiero wtedy do sceptyków dotarło: pół horyzontu przesłaniała jadowicie zielona chmura.

– Czerkasy! – radośnie podchwycili wszyscy. – Czerkasy!

– Patrz, jaka mądra jest natura – zachwycał się Dracz. – Kombinat pierdyknął przeszło miesiąc temu, a chmura, patrz, ciągle stoi, nie rozpływa się! – I radośnie przyłączył się do ogólnego wrzasku: – Czerkasy!

Nawet koła zastukotały weselej i spoza horyzontu wypłynęły szkielety wież kombinatu chemicznego, różnokolorowe dżdżownice wywróconych kominów, a wszystko oczywiście przyprószone zielonym pyłem. Potem wyłoniły się wieże strażnicze, nieodmie

Nie ma nikogo. Z rzadka tylko w którymś z opuszczonych domów otworzy się okno i wyjrzy nie wiadomo kto: dziecko, staruszka czy dorosły mężczyzna. W maskach przeciwgazowych trudno rozpoznać. Zubrow chciał już wydać rozkaz, żeby w eszelonie nałożono maski, ale chmura się właśnie przerzedziła. A więc minęli najbardziej niebezpieczną strefę. Pociąg przeturkotał przez opuszczony dworzec, minął parowozownię i objeżdża miasto.

Batalion czeka.

Tu trzeba przekroczyć Dniepr. Przejadą przez Dniepr pod Czerkasami – i jutro już będą w Moskwie, na Dworcu Kijowskim. Tam Zubrowa i oficerów czeka nagroda za wykonanie odpowiedzialnego zadania, żołnierzy – upragnione przejście do cywila. A Rossa… No cóż, to już postanowi zwierzchność, ale on sam myśli, że wreszcie przekaże mydło i przez parę dni po prostu będzie odpoczywał, powłóczy się po Moskwie, a potem zajmie się interesami.

A dziewczyny? Ha, wystarczy z dworca przejść przez most – i już plac Smoleński, Sadowoje Kolco, kulturalnie i bezpiecznie, żadnych ostapieńców. Możesz zabajerować obcokrajowca, żeby się z tobą chajtnął i zabrał na Zachód, możesz poderwać moskwianina, żeby ci załatwił stołeczny meldunek, a w najgorszym razie znajdziesz sobie jakieś łóżko w hotelu robotniczym… ale to już ponura perspektywa, po co o tym myśleć. Wszystko będzie wspaniale – byle tylko sforsować Dniepr.

Objechali miasto i pociąg zaczął zjeżdżać ze wzgórza. Przemknęła Sosnowka i park dębowy, już widać Dniepr. A raczej to, w co go zamieniono, stawiając zaporę. Dracz, któremu na każdy przejaw niegospodarności serce się ściskało, nie zdążył nawet życzyć nagłej choroby tym, którzy tak splugawili wielką rzekę – kiedy eszelon stanął. Dalej wszystkie tory były zapchane wagonami i lokomotywami.

Dracz natychmiast zapomniał o ekologii, Zubrow aż gwizdnął. Nawet stąd widać, że niektóre wagony się wykoleiły, lokomotywy stoją martwe. Co się stało, do jasnej cholery? Nie da się przejechać, to jasne. Zubrow patrzy na Brusnikina – ten wzrusza ramionami. Dracz też nie ma żadnego pomysłu. Diabli wiedzą, co robić w takiej sytuacji.

– Dwa GAZ-y-166, jeden z lewej strony torów, drugi z prawej – wyładować!

Leciutkie pojazdy sfrunęły w dół, niczym szalupy z krążownika.

– Utrzymywać stałą łączność! – ryknął Zubrow.

– Tak jest! – odpowiedzieli unisono dowódcy wozów. Eszelon czeka. Dwa zwi

– Obie grupy zwiadowcze – do mnie! – rzucił Zubrow do mikrofonu, gryząc ołówek. – BMD* [*BMD – Bojewaja maszyna diesantnika – gąsienicowy wóz bojowy przeznaczony dla wojsk powietrznodesantowych] wyładować!

Opuszczono BMD na ziemię.

– Fiedia!

– Tak jest! – ryknął z kabiny radiowej Fiedia.

– Zastąpisz mnie!

– Rozkaz!

– Jak myślisz, Dracz, wystarczy nam jeden BMD i dwa gaziki?

– A co?

– No więc, ja pojadę główną ulicą. Prościutko do komitetu obwodowego. Z lewej strony spoko: tam jest rzeka. A ty ruszaj równoległą z prawej. Mamy dwa cele: komitet albo sztab dywizji. Tylko tam możemy uzyskać pomoc. Może odblokują przeprawę, albo może w dywizji mają most pontonowy. Wszystko jasne?

– Jasne.

– No to ruszaj. Jeżeli usłyszysz strzelaninę, chcę dostać wsparcie.

– Tak jest…

Zubrow rozpoczynał służbę właśnie w tym mieście. W tej samej 41. Dywizji Pancernej Gwardii. W batalionie zwiadu. Jako dowódca grupy zwiadu dalekiego zasięgu. Teraz przypomniała mu się nie wiadomo czemu rzeka Roś, od której, według legendy, wzięła swą nazwę Ruś. I opowieści tutejszych mieszkańców o tym, że Czerkasy są starsze niż Kijów i że klimat był tu chyba najlepszy na Ziemi, i gleba też. Chcesz – to uprawiaj zboże, chcesz, zajmuj się rybołówstwem, chcesz – poluj w dąbrowach… Ludzie chcieli i zabrali się do pracy, i z tego raju wzięła swój początek cała Ruś.

Jedzie gazik niekończącą się, prostą jak drut drogą, wzbija kurz. Zielonkawy. Niegdyś wesołe miasto wygląda jak wymarłe i Zubrow zaczyna mieć wątpliwości co do swej decyzji. Są tu tylko on i kierowca Czyrwa Lider, nikogo więcej. Choć, co prawda, sąsiednią ulicą jedzie jeszcze jeden gazik i BMD. Są tam i Dracz, i Sałymon, i jeszcze trzech czy czterech niezawodnych chłopaków.

Obok przesuwają się puste domki. Zabudowa zrobiła się gęstsza. Budynki wyższe. Minęli pocztę i otworzył się przed nimi widok na główny miejski płac. Oto granitowy Lenin z odtłuczoną głową, biały budynek komitetu i nareszcie ludzie. A właściwie nie ludzie, tylko rycząca tłuszcza. Huk i łoskot. Szturm, bardziej zaciekły niż atak na Pałac Zimowy. Z okien komitetu wydobywa się dym, słychać strzelaninę. Tłum rozszarpuje komunistów na strzępy. Niedobrze. Komuniści zasłużyli wprawdzie po stokroć na karę śmierci – ale po cóż im wyrywać nogi i i

Zubrow ryknął głośno, ale go nie usłyszano. Tłum ogarnęło szaleństwo. Twarze szare, nawet trochę zielonkawe, nie daj Boże, żeby się coś takiego przyśniło! Nie sposób się przedrzeć do środka, w ten ludzki wir, gdzie jest najciekawiej, gdzie dokonuje się historia, na razie przez nikogo niepowstrzymana.

Zubrow zaklął siarczyście i szarpnął drzwiczki. Czyrwa Lider z tych przekleństw wyłowił tylko polecenie, że ma czekać na powrót dowódcy. Gazikiem w żaden sposób nie wdarłby się w środek tłuszczy.

Zubrow rozpycha tłoczących się ludzi, sam też zbiera szturchańce. Im większy ścisk, tym gorzej. Rozdzierają partyjnych działaczy. Rozbijają im czaszki o asfalt. Dookoła bryzgi mózgu i krwawe strzępy. A z budynku komitetu wywlekają wciąż nowych: jednych pod ręce, i

– Ach, ty skurwielu! Dziecko mi umarło przez ten wasz kombinat!

– Kto moich synów powsadzał do łagrów, ty draniu?!

– Całymi latami wysiadywałem pod twoim gabinetem, prosiłem o mieszkanie, a tyś na mnie nawet nie spojrzał! To teraz spójrz, ścierwo, ostatni raz!

– A przez ciebie, gnoju, ile skrobanek musiały dziewczyny z bursy robić? Kto wydał zarządzenie, żeby kobiet z dziećmi nie przyjmować?! Dajcie mi go, ludzie, niech go dostanę w swoje ręce! Za moją nienarodzoną córeczkę!

Przywlekli dziewczynkę w szkolnym mundurku. I już się ku niej wyciągają chciwe ręce. Zdzierają z niej wszystko. Rączyny szczuplutkie, usta już okrwawione, szyjka wygięta do tyłu…

Zubrow nie wytrzymał. Rzucił się w tym kierunku, roztrącając ludzi – i widzi, że dziewczynkę już przyciskają do ziemi, ściągają jej z pupy ostatni strzępek odzieży. Każdy chce się ponaigrawać. Co kogo obchodzi – czy jest wi

Zubrow chwycił dziewczynkę za rękę, ale za drugą odciąga ją od niego tłum, i w mordę Zubrowa, i w mordę…

– Do kolejki! W kolejce stań, zarazo! Obwiesił się gwiazdkami, patrzcie go, oficer, a nie chce stać w kolejce!