Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 78

– To właśnie jest twoje… – Zreflektował się. – Nasze zadanie.

12

Gdy czekałem w kolejce na prom do Hya

Pod koniec czerwca na Main Street codzie

Udało mi się wreszcie dostać na prom odpływający o piętnastej, który dobił do Hya

Na koniec puszczono wywiad z Northern Andersonem, który oświadczył, że policja „wciąż prowadzi śledztwo”, ale wytypowała głównego podejrzanego. Wyjaśnił, że sąd zakazał podawania nazwiska, gdyż chodzi o nieletniego.

Za dziesięć szósta dotarłem do Mass General i skierowałem się na Oddział Intensywnej Opieki Pediatrycznej – w skrócie OIOP.

Niewiele miejsc zmusza do głębszych refleksji. Oddział wygląda jak miniaturowy pasaż handlowy z piekła rodem, którego sklepy mają okna wystawowe we wszystkich czterech ścianach. W każdym takim boksie leży zagrożone śmiercią lub czekające na śmierć dziecko. W centrum znajduje się dyżurka pielęgniarska – przybytek smutku – którą wypełnia pikanie kardiomonitorów rejestrujących słabe uderzenia serduszek, które miały bić przez siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat. Pod monitorami spoczywają historie chorób – pliki luźnych kartek szczegółowo opisujących błędy w Bożym dziele. Do klamry spinającej kartki przylepiona jest biała taśma z imionami dzieci.

Odszukałem imię Tess i zobaczyłem, że numer na jej karcie odpowiada najdalszemu pokojowi po prawej. Gdy się rozglądałem, zauważyłem ordynatora oddziału, Johna Karlsteina, który wyszedł z jednego z pokojów. Też mnie zauważył i ruszył w stronę dyżurki.

Karlstein jest wielkim brodatym mężczyzną, który w kowbojskich czarnych butach ze skóry aligatora, będących jego znakiem firmowym, mierzy sto dziewięćdziesiąt centymetrów. Zatrudniono go, gdy poprzedni szef OIOP-u odmówił tańczenia tak, jak mu zagra zarząd firmy ubezpieczeniowej, i został przeniesiony na etat dydaktyczny. Od tego momentu OIOP stał się dojną krową.

– Jak się masz, Frank? – zapytał tubalnie Karlstein. – Dawno się nie widzieliśmy.

– W porządku. A ty?

– Nie mogę narzekać. Mamy pełne obłożenie. To dobra wiadomość. Złą jest to, że czas pobytu pacjentów na oddziale stale się skraca.

Pokiwałem głową.

– Zależy jak na to spojrzeć: z naszej strony czy pacjentów.

Uśmiechnął się. Nie wydawał się dotknięty.

– Wypatruję końca każdego miesiąca, żeby sprawdzić, czy wypełniamy plan. Sami jesteśmy pod respiratorem. – Klepnął mnie w ramię. – Ktoś prosił o konsultację psychiatryczną?

– Nie tym razem. Pracuję nad sprawą Bishopa. Jako psychiatra sądowy.

– Nie wiedziałem, że znów bawisz się w te klocki.

– Robię to dla przyjaciela z policji w Nantucket. Wziąłem tylko tę jedną sprawę.

– Nie dziwię się. Niezła historia, co? Najpierw jedna bliźniaczka, potem druga. A ten Bishop to podobno miliarder. Ponoć błyskotliwy. Geniusz finansowy.

– Tak mówią. – Kiwnąłem głową w stronę pokoju Tess. – Jak ona się czuje?

– Mała?

– Tak.

Karlstein spoważniał. Na wpół przymknął lewe oko. Robił to odruchowo, gdy uruchamiał swój intelekt. Po tym, jak John Karlstein wyciągał wnioski – i po tym, jak potrafił mi tym zaleźć za skórę – można było poznać, że jest on jednym z najlepszych specjalistów od intensywnej opieki pediatrycznej na świecie. Być może najlepszym.

– Oto, jak się sprawy mają: nortryptylina jest podstępnym paskudztwem, zwłaszcza w przypadku dzieci. Po jej przedawkowaniu nawet wiele dni później znów może się pojawić nie■bezpieczna arytmia serca. Odstęp QRS u Tess wynosił zero czternaście sekundy, czyli, jak wiesz, był za długi. Jej serce wciąż za wolno przewodzi impulsy elektryczne, a to znaczy, że życie Tess jest wciąż zagrożone. Zrobiliśmy, co mogliśmy: porządnie wypłukaliśmy jej żołądek i podaliśmy węgiel, żeby oczyścić jelita z resztek leku. Wydaje mi się, że na wyspie nie zrobiono tego jak należy.

– To mały szpital – zauważyłem.

– Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Niepokoi mnie tylko, czy nie podano jej i

Wiele substancji można wykryć w badaniu toksykologicznym tylko wtedy, gdy się wie, czego szukać, i odpowiednio przygotuje próbkę.

– Czy jakieś objawy sugerują taką możliwość?

– Nie, ale nie chcę niczego przeoczyć. – Spojrzał na pokój Tess. – Mamy ją pod monitorem, dajemy jej wszystkie potrzebne kroplówki, obok łóżka umieściliśmy zestaw reanimacyjny. – Popatrzył na mnie z niezachwianą pewnością, o jaką można się tylko modlić, gdy chodzi o lekarza. – Nie ma, kurwa, mowy, Frank, żebym pozwolił temu dziecku zejść. Koniec. Kropka.

Lekarze zwykle nie chwalą się nawzajem, ale determinacja Karlsteina zrobiła na mnie wrażenie.

– Nie mogła trafić w lepsze ręce – oświadczyłem. – Za żadne skarby świata.

Karlstein nie należy do łasych na pochlebstwa.

– Jest tam, gdzie spuścił ją helikopter, i tyle. – Spoważniał. – Dobra, mówmy wprost. Wiem, że prowadzisz dochodzenie, ale może byś rzucił okiem na matkę. Ona niezbyt dobrze to znosi.

– Co masz na myśli?

– Boję się o nią. Odkąd przyjechała, nie powiedziała więcej niż dwa słowa, co jeszcze można zrozumieć – szok lub coś takiego – ale tak się przykleiła do łóżka, że mnie to niepokoi. Nie odstąpiła od niego ani na minutę. Nic nie zjadła. Do nikogo nie zadzwoniła. Nie zapytała o stan córki. – Zawiesił głos. – Wiem, że to bardzo nieokreślone dane, ale wydaje mi się, że ta kobieta jest bliska utraty rozumu.

– Przyszedłem tu, żeby z nią porozmawiać, ale nie mogę tego zrobić jako oficjalny konsultant szpitalny, bo uczestniczę w dochodzeniu.

– Jasna sprawa. Wezwiemy kogoś i

Uzgodniwszy to, poszliśmy to pokoju Tess. Julia siedziała oparta o szklaną ścianę, wpatrując się w dziecko, tak że początkowo mnie nie zauważyła. Dało mi to czas, żeby przyjść do siebie na widok ciałka Tess podłączonego do elektrokardiografu, dwóch igieł od kroplówek wbitych w rączki i sondy żołądkowej wychodzącej z nosa. Jej ręce były unieruchomione taśmą tak, żeby nie wyrwała sobie igieł. Oddychała i, na szczęście, spała.