Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 88

– Nie martw się. Sam się tym zajmę.

Tak brzmiała żelazna odpowiedź, lecz tym razem zabrakło jej udawanej szczerości i humoru. Levin odpowiedział mi mechanicznie.

Mijając nasz stolik, kelnerka położyła rachunek, nie racząc nam podziękować. Rzuciłem kartę kredytową, nawet nie patrząc na jego wysokość. Chciałem jak najszybciej wyjść.

– Chcesz, żeby ci zapakowała stek? – spytałem.

– Nie trzeba – odrzekł Levin. – Chyba na razie straciłem apetyt.

– A twój pies obro

– Faktycznie. Zapomniałem o Brunie.

Rozejrzał się za kelnerką, aby poprosić o pudełko.

– Mój też możesz zabrać – powiedziałem. – Nie mam psa.

Rozdział 21

Mimo zamroczenia wódką udało mi się pokonać slalom Laurel Canyon, nie rozbijając po drodze lincolna i unikając spotkania z policją. Mój dom stoi na Fareholm Drive, która pnie się w górę wzniesienia w bok od południowego wylotu kanionu. Wszystkie budynki ciągną się szeregiem równo z linią ulicy i kłopot sprawił mi jedynie samochód terenowy, który jakiś głupek zaparkował przed moim garażem, uniemożliwiając wjazd. Parkowanie na wąskiej ulicy nigdy nie jest łatwe, a przestrzeń przed moim garażem zwykle jest zbyt kusząca, zwłaszcza w weekend wieczorem, kiedy zawsze któryś sąsiad urządza przyjęcie.

Minąłem swój dom i jakieś półtorej przecznicy dalej znalazłem miejsce na lincolna. Im bardziej oddalałem się od domu, tym bardziej byłem wściekły na właściciela terenówki. Wyobraźnia podsuwała mi różne obrazy: od naplucia na szybę, przez stłuczenie bocznego lusterka po przebicie opon i wgniecenie kopniakiem blach z boku. Ograniczyłem się jednak do wypisania na kartce spokojnie brzmiącej informacji: „To nie jest miejsce parkingowe! Następnym razem samochód zostanie odholowany”. W końcu nigdy nie wiadomo, kto w Los Angeles jeździ takim autem, a jeżeli zaczniesz grozić kierowcy za parkowanie przed swoim domem, będzie już wiedział, gdzie mieszkasz.

Kiedy wróciłem pod dom i zacząłem wsuwać liścik pod wycieraczkę samochodu intruza, zauważyłem, że to range rover. Dotknąłem maski, ale silnik wydawał się zimny. Spojrzałem w okna swojego domu, lecz były ciemne. Przycisnąłem złożoną kartkę wycieraczką i ruszyłem po schodkach na werandę. Byłem niemal pewien, że ujrzę Louisa Rouleta siedzącego na jednym ze składanych krzesełek i napawającego się widokiem mrugających światełek odległego miasta, ale go nie było.

Stanąłem w rogu werandy i spojrzałem na miasto. Właśnie przez ten widok postanowiłem kupić dom. Za progiem wszystko było zwyczajne i przestarzałe, ale widok Hollywood Boulevard z werandy przed wejściem mógł obudzić milion marzeń. Pierwszą ratę zapłaciłem za honorarium z ostatniej sprawy licencyjnej. Kiedy się już jednak wprowadziłem i na horyzoncie nie pojawiała się żadna nowa licencja, wycofałem wkład, decydując się na drugą hipotekę, prawdę mówiąc, co miesiąc z trudem udawało mi się uzbierać na spłatę raty. Musiałem się pozbyć tego ciężaru, ale widok z werandy po prostu mnie paraliżował. Przypuszczałem, że kiedy przyjdą z nakazem przejęcia domu i zabiorą mi klucz, wciąż będę się gapił na miasto.

Wiem, jakie to może nasuwać pytanie. Chociaż ledwie udaje mi się zachować pły

Od czasu do czasu docierało to do niej i wtedy wybuchała w najmniej oczekiwanych momentach. Rzucała jakąś kąśliwą uwagę na konferencjach prasowych lub odmawiała współpracy w śledztwie prowadzonym w centrum. Albo po pijanemu w rozmowie z adwokatem i swoim byłym mężem ujawniała jakiś szczegół sprawy, o którym nie powi

Usłyszałem dobiegający z domu dzwonek telefonu. Zacząłem niezdarnie manipulować kluczem w zamku, spiesząc się, żeby zdążyć odebrać. Dostęp do numerów moich telefonów przypomina piramidę. Numer z książki telefonicznej zna lub może poznać każdy, piętro wyżej jest numer komórki, który rozdałem najważniejszym kolegom, detektywom, poręczycielom, klientom i i

Wpadłem do środka i złapałem słuchawkę telefonu w kuchni, za. nim włączyła się poczta głosowa. Dzwonił jedyny prawnik, który znał numer. Maggie McPherson.

– Dostałeś moje wiadomości?

– Odsłuchałem jedną w komórce. Coś się stało?

– Nic się nie stało. Wcześniej zostawiłam ci wiadomość na domowym.

– Och, nie było mnie cały dzień. Dopiero wszedłem.

– Gdzie byłeś?

– Najpierw poleciałem do San Francisco, a potem zjadłem kolację z Raulem Levinem. Masz coś przeciwko temu?

– Po prostu jestem ciekawa. Co miałeś w San Francisco?

– Klienta.

– Czyli tak naprawdę pojechałeś do San Quentin i z powrotem.

– Zawsze byłaś dla mnie zbyt inteligentna, Maggie. Nigdy nie dałaś się nabrać. Dzwonisz z jakiegoś konkretnego powodu?

– Chciałam tylko sprawdzić, czy dotarły do ciebie moje przeprosiny. I zapytać, czy chcesz gdzieś jutro iść z Hayley.

– Tak na obydwa pytania. Ale nie musisz mnie za nic przepraszać, Maggie, i powi

– Prawdę mówiąc, chciałaby iść do galerii handlowej.

Powiedziała to tak niepewnie, jakby wchodziła na grząski grunt.

– Do galerii? Świetnie. Zabiorę ją do galerii. Co złego jest w galerii handlowej? Chodzi jej o coś konkretnego?

Nagle zwróciłem uwagę na obcy zapach w domu. Zapach dymu.

Stojąc na środku kuchni, sprawdziłem kuchenkę i piekarnik. Były wyłączone. Nie mogłem się ruszyć z kuchni, bo telefon nie był bezprzewodowy. Rozciągając kabel, podszedłem do drzwi i pstryknąłem światło w jadalni. Była pusta, a lampa oświetliła sąsiednie pomieszczenie – salon, przez który przeszedłem, wchodząc do domu.

Pokój też wydawał się pusty.

– Mają tam takie stoisko, gdzie można zrobić własnego misia, wybrać kolor, futerko, głos, a do środka wkładają małe serduszko.

Po prostu śliczne.

Chciałem jak najszybciej skończyć rozmowę i spenetrować dalszą część domu.

– Dobrze. Pójdziemy tam. Na którą się umówimy?

– Pomyślałam sobie, że najlepiej będzie koło południa. Może najpierw zjemy lunch.

– Zjemy?

– To ci będzie przeszkadzało?

– Nie, Maggie, absolutnie nie. A więc przyjdę w południe.

– Świetnie.

– To do zobaczenia.

Odłożyłem słuchawkę, zanim zdążyła się pożegnać. Miałem w domu broń, ale to był okaz kolekcjonerski, z którego nigdy w życiu nie strzelałem. Trzymałem pistolet w kasetce w sypialni w głębi domu.

Cicho otworzyłem szufladę w kuchni i wyciągnąłem krótki, ale ostry nóż do steków. Potem ruszyłem przez salon w stronę korytarza prowadzącego na tył domu. W korytarzu było troje drzwi. Do sypialni, łazienki i drugiej sypialni, w której urządziłem domowy gabinet – moją jedyną kancelarię z prawdziwego zdarzenia.