Страница 68 из 137
Rozdział trzynasty
Nie miał żadnego planu. Matthew Cowart rozpoczął dzień po egzekucji Blaira Sullivana z całym entuzjazmem człowieka, któremu powiedziano, że będzie następny. Jechał szybko przez noc, przejeżdżając ponad połowę długości stanu, wskakując na autostradę między stanową 95, na południe do St. Augustine. Przejechał ponad pięćset kilometrów szalonym pędem, często przyspieszając nawet do stu czterdziestu na godzinę, dziwnie zaskoczony, że ani razu nie zatrzymał go wóz patrolowy, chociaż widział kilka jadących w przeciwnym kierunku. Gnał w ciemność, napędzany wszystkimi sprzecznościami, które mu nadal pobrzmiewały echem w głowie. Przejeżdżał koło plaż w Palm Beach, gdy pierwsze promienie słońca zaczynały przedzierać się nieśmiało, nie użyczając jednak światła żadnemu z jego kłopotów. Świt dawno minął, gdy udało mu się w końcu zostawić samochód u przedstawiciela wypożyczalni Hertz, na lotnisku w Miami, nie mogącego zrozumieć, dlaczego Cowart nie oddał samochodu w przedstawicielstwie dla północnej Florydy. Taksówkarz Kubańczyk, w dynamicznej mieszance dwóch języków rozprawiający beztrosko o baseballu i polityce, bez rozróżniania, które jest które, przepychał się przez pora
Chodził z kąta w kąt po swym mieszkaniu, zastanawiając się, co powinien teraz robić. Powiedział sobie, że musi pójść do gazety, nie był jednak w stanie w tej chwili wykrzesać z siebie niezbędnej energii. Redakcja nie wydawała mu się już spokojnym sanktuarium, kojarząc mu się raczej z bagnem czy polem minowym. Popatrzył na swoje ręce, obracając je do światła, licząc bruzdy i żyły, rozmyślając nad ironią sytuacji. Kilka godzin temu dałby wszystko, by zostać sam, a kiedy mu się w końcu to udało, nie był w stanie zdecydować, co robić.
Przeczesywał pamięć w poszukiwaniu i
Wszystko to sprawiło jednak, że poczuł się jeszcze gorzej.
Zajął miejsce, tak jakby szykował się do rozmowy z kimś, kto siedział na krześle naprzeciwko, i spytał:
– Co mogłem zrobić?
Wstał i zaczął chodzić po pokoju jak uwięzione zwierzę. Cholera, przecież nie było żadnych dowodów. Wszystko to miało taki sens. Było sensowne. Cholera, jasna cholera.
Wściekłość ogarnęła go nagłą falą, wyciągnął rękę i zmiótł z blatu leżące tam gazety i pisma. Zanim miały czas dosięgnąć podłogi, schwycił stół i przewrócił, zwalając na kanapę. Dźwięk mebli walących jedne o drugie wprawił go w jakiś trans. Zaczął miotać przekleństwa, coraz szybciej demolując pokój. Złapał kilka talerzy i rąbnął o ziemię. Jednym ruchem zmiótł na podłogę książki z półki. Przewrócił krzesła, przywalił pięścią w ścianę, wreszcie rzucił się sam na podłogę obok kanapy.
– Skąd mogłem wiedzieć?! – wrzasnął. Jedyną odpowiedzią była martwa cisza, zaległa w pokoju. I
Usiadł szybko.
– Dobra. Więc co teraz zrobimy? – Cisza. – Ano właśnie. – Roześmiał się. – Po prostu nie wiemy, prawda?
Wstał i przeszedł przez wywołany przez siebie chaos w stronę biurka. Szarpnął jedną z szuflad. Niecierpliwie przerzucał przez chwilę papiery, dopóki nie natrafił na lekko pożółkły egzemplarz wydania niedzielnego gazety, z widniejącą na pierwszej stronie datą sprzed roku. Był tam jego pierwszy artykuł. Papier wydawał się kruchy w dotyku. Tytuł wyskoczył mu naprzeciw; zaczął czytać.
– Nowe pytania w sprawie morderstwa w Penhandle. – Czytał głośno zdania pierwszego akapitu. Rzeczywiście, całkiem nowe. Czytał dalej, zagłębiając się coraz bardziej w artykuł, mijając kolejne kolumny, przechodząc na drugą stronę. Omijał wzrokiem zdjęcie Joanie Shriver, natomiast przyjrzał się z narastającą złością podobiznom Sullivana i Fergusona.
Miał właśnie zgnieść gazetę i wrzucić ją do kosza, gdy zatrzymał się i raz jeszcze uważnie jej przyjrzał. Łapiąc żółty mazak, zaczął podkreślać niektóre słowa, całe ustępy. Gdy skończył czytać, zaśmiał się. We wszystkich napisanych słowach nie było nic niezgodnego z prawdą. Nic prawdziwie przekłamanego. Nic niedokładnego.
Oprócz wszystkiego.
Raz jeszcze przyjrzał się temu, co wtedy napisał: Wszystkie „pytania” były poprawne. Skazanie Roberta Earla Fergusona było oparte na najbardziej ulotnym, chwiejnym materiale dowodowym, zgromadzonym w atmosferze uprzedzeń rasowych. Czy przyznanie się do winy zostało wybite z Fergusona? Jego artykuły przytaczały tylko to, co mówił więzień i czemu zaprzeczali policjanci. To Ta
Cowartowi kręciło się w głowie.
Dalej analizował swój artykuł. Blair Sullivan przebywał w okręgu Escambia w czasie popełnienia morderstwa. To zostało wielokrotnie potwierdzone. Nie było też żadnych wątpliwości, że Sullivan był akurat w trakcie swojego morderczego ciągu. To przede wszystkim on powinien być podejrzany – gdyby tylko policja zadała sobie trud podważenia tego, co wydawało im się takie oczywiste.
Jedyne kłamstwo w żywe oczy – jeżeli w ogóle jakiekolwiek było – padło z ust Fergusona, gdy oskarżył Sullivana o przyznanie się do popełnienia morderstwa. Ale to powiedział Ferguson – słowo w słowo cytowany w artykule – nie on sam.
A jednak wszystko było kłamstwem, wybuchowe połączenie tych dwóch mężczyzn całkowicie przesłoniło wszelką prawdę.
Jestem w piekle, pomyślał. Zwykła, okropna rzeczywistość wyglądała tak, że z najbardziej właściwych powodów wyniknęły najbardziej niewłaściwe konsekwencje.
Dwa pierwsze razy, gdy zadzwonił telefon, zignorował. Za trzecim razem wstał i mimo że nie było takiej osoby, z którą chciałby w tej chwili rozmawiać, podniósł słuchawkę z widełek.
– Tak?
– Chryste, Matt? – Dzwonił Will Martin z działu reportażu.
– Will?
– Jezu, facet, gdzie ty, do diabła, byłeś? Wszyscy tu wychodzą ze skóry, próbując cię znaleźć.