Страница 66 из 137
– Śmierć nie wybiera pory, tato, więc i ja nie mogę.
– Domyślam się, że to twoja wymówka na opuszczenie mszy w ostatnią niedzielę. I w poprzednią zresztą też.
– Bo widzisz… – zaczął.
– Już twoja mama by ci dała, gdyby jeszcze żyła. Do diabła, synu, mnie też by dała, że ci na to pozwoliłem. Nie tak powi
– Wiem. Pójdę w tę niedzielę. Postaram się.
Jego ojciec rozbijał jajka w misce widelcem.
– Nie znoszę tych wszystkich nowomodnych rupieci, które tu macie. Tak jak ten elektryczny ogrzewacz. Odrzutowy piekarnik czy jak to się tam nazywa.
– Kuchenka mikrofalowa.
– Cokolwiek to jest, nie działa.
– Nie, po prostu nie wiesz, co zrobić, żeby działała. Jest pewna różnica.
Ojciec uśmiechał się łobuzersko. Brown wiedział, że staruszek odczuwa niekwestionowaną wyższość, jako ktoś, kto dorastał w czasach lodu w blokach i wygódek, wody ze studni i kuchni na drewno, i kto pochodził z dawnego, znajomego świata, na starość zaś został zabrany do domu, który wydawał mu się bliższy rakiecie kosmicznej niż miejscu, gdzie dałoby się mieszkać. Wszystkie urządzenia, stanowiące dumę klasy średniej, bardzo bawiły staruszka, który uważał je w większości za bezużyteczne graty.
– Naprawdę nie widzę, do czego miałoby się to przydać, no, może do rozmrażania.
Pomyślał, że w tym przypadku jego ojciec ma rację. Obserwował, jak sękate ręce szybko wrzuciły omlet na patelnię, podrzucając go i składając na pół z niesamowitą zręcznością. Reumatyzm odebrał mu tyle naturalnej ruchliwości; starość – ostrość widzenia i słuch; gościec z będącą jego wynikiem chorobą serca wysączył siły, zostawiając wymizerowane ciało i skórę, pod którą kiedyś grały potężne mięśnie, wiszącą teraz z chudych ramion. Ale zręczność starego garbarza nigdy go nie opuściła. Nadal brał nieraz nóż i przekrawał jabłko na równe części albo też łapał ołówek, rysując idealnie prostą linię. Tylko teraz sprawiało mu to ból.
– Proszę bardzo. Powi
– A ty?
– Nie. Zrobię jeszcze dla dziewczynek. Dla mnie tylko kawa i trochę bułki. – Stary człowiek spojrzał w dół na swoją klatkę piersiową. – Wiele mi teraz nie potrzeba. Parę drewek do paleniska i wystarczy.
Staruszek wślizgnął się z widocznym trudem na krzesło. Syn udał, że nic nie zauważył.
– Piekielne stare kości.
– Co?
– A nic. – Siedzieli chwilę w ciszy. – Theodore – powiedział cicho ojciec – dlaczego nigdy nie myślisz, żeby poszukać sobie nowej żony?
Syn potrząsnął głową.
– Nie znalazłbym drugiej takiej jak Lizzie.
– Skąd wiesz, skoro nie szukasz?
– Kiedy mama umarła, ty też się nie rozglądałeś za nową żoną.
– Ja byłem już wtedy stary. A ty jesteś młody.
Brown ponownie potrząsnął głową.
– Mam wszystko, czego mi trzeba. Nadal mam ciebie i dziewczynki, moją pracę i ten dom. Tak jest mi dobrze.
Starszy człowiek prychnął, ale nic nie powiedział. Kiedy syn skończył jeść, zabrał mu talerz i sztywno zaniósł do zlewu.
– Pójdę obudzić dziewczynki – oznajmił Brown.
Ojciec tylko coś mruknął. Ta
Poprowadził dziewczynki przez zarosłe pola, schodząc do małej dolinki, w której rozgrzane powietrze zdawało się wisieć, paląc mu płuca z każdym oddechem. Wskazał im grupkę przycupniętych chałup, pochylonych upływem czasu, wypłowiałe czerwienie i brązy, ze sterczącymi gdzieniegdzie drzazgami. Powiedział im, że tu właśnie urodził się i dorastał ich dziadek. Potem zabrał je z powrotem drogą przez Pachoulę, pokazując im dawną, oddzielną szkołę dla czarnych, gdzie jego ojciec poznawał litery. Wskazał im również rozległą farmę, na której później pracował, dochodząc z czasem do godności rządcy i gdzie nauczył się garbować skóry. Pokazał dom, który potem kupił dziadek, w części miasta zwanej wtedy Murzynowem, gdzie ich babcia rozwijała swój zakładzik krawiecki, zyskując wkrótce renomę, która przekroczyła nawet bariery rasowe. Jako pierwsza w okolicy miała także białe klientki. Zawiózł je do jasnego kościółka, w którym jego ojciec był diakonem, matka zaś śpiewała w chórze. Potem zabrał je do domu, i nie było już od tej pory mowy o zmywarce do naczyń.
Ja też czasem zapominam, pomyślał. Wszyscy zapominamy.
Hall prowadzący do pokoju dziewczynek zawieszony był rodzi
Zapukał do pokoju starszej córki.
– Szybciutko, Lisa! Zbieramy się! Raz-dwa! – Obrócił się szybko, łomocząc głośno do drzwi młodszej córki. – Samantha! W górę serca! Wstajemy! Czas do szkoły!
Jęki dobiegające zza drzwi rozbawiły go, odwracając na chwilę myśli od Pachouli, zamordowanej dziewczynki i dwóch mężczyzn z celi śmierci.
Następne pół godziny Ta