Страница 37 из 137
Rozdział siódmy
Jednak gdy wracał do domu, narastające zmęczenie sprawiło, że żywi pozostali jedynie w jego notesie, a miejsce w wyobraźni zajęli zmarli.
Było późno, dobrze po północy, w przejrzystą noc Miami i niebo wyglądało jak nieskończony obszar czerni pomalowany doskonałymi ruchami pędzla w nieskończoną ilość mrugających gwiazd. Pragnął podzielić się z kimś swoim nadchodzącym sukcesem, ale zdał sobie sprawę, że nie ma z kim. Wszyscy odeszli zabrani przez wiek, rozwód i zbyt wiele śmierci. Najbardziej brakowało mu rodziców, ale ich nie było już od dawna.
Matka umarła, gdy był jeszcze młodym mężczyzną. Wyglądała jak myszka. Była szczupła i silna niczym lekkoatletka, co sprawiało, że jej uścisk był kanciasty i twardy, lecz kompensował to jej miękki, głęboki głos, tak wspaniale brzmiący, gdy opowiadała bajki. Urodziła się w czasach, które zrobiły z niej gospodynię domową, i tak już zostało przez całe życie; wychowała jego oraz jego braci i siostry, tkwiąc w kręgu pieluch, odżywek i ząbkowania, które później zmieniły się w odrapane kolana i wymyślne kontuzje, prace domowe, treningi koszykówki i od czasu do czasu nieuniknione zawody miłosne wieku dojrzewania.
Zmarła nagle, lecz spokojnie w początkach wieku starczego. Złośliwy guz odbytnicy. Pięć tygodni; niezwykła, równomierna metamorfoza od życia do śmierci, zaznaczana codzie
Siostry i bracia odbywali długie rozmowy telefoniczne, zastanawiając się nad jego decyzją, zastanawiając się, co będzie robił sam w wielkim i teraz zawsze opustoszałym, rozbrzmiewającym echem domu na przedmieściu, w otoczeniu młodych rodzin, które jego obecność tam uważały za coś niezwykłego i prawdopodobnie lekko denerwującego. Matthew Cowart był najmłodszym z szóstki – wyrośli na nauczycieli, prawnika, lekarza, artystę i, w jego przypadku, dzie
Powinienem był przewidzieć, pomyślał. Powinienem był zauważyć, co się święci. Ojciec zadzwonił do niego wieczorem dwa dni wcześniej. Rozmawiali ostrożnie, obco, o artykułach i pracy reporterskiej. Ojciec powiedział: „Pamiętaj, im nie zależy na faktach. Zależy im na prawdzie”. Wcześniej rzadko mówił synowi takie rzeczy i gdy Cowart próbował namówić go, żeby ciągnął dalej, wycofał się gburowato.
Policja znalazła go siedzącego przy biurku, w jednej ręce trzymał mały rewolwer, w skroni miał ranę po pocisku, a na kolanach zdjęcie żony. Cowart rozmawiał później z detektywami, zawsze dzie
Gwiazdy migotały ponad nim.
Byłem najmłodszy, pomyślał. Jedyny, który poszedł w jego ślady. Sądziłem, że to nas zbliży. Sądziłem, że będę w tym lepszy. Sądziłem, że będzie dumny. Albo zazdrosny.
Zamiast tego odsunął się jeszcze bardziej.
Pomyślał o uśmiechu matki. Przypominał mu go uśmiech jego córki. I pozwoliłem swojej żonie zabrać ją niemal bez żadnego sprzeciwu. Na tę myśl poczuł nagle ciemną pustkę, którą natychmiast zajęło koszmarne wspomnienie zdjęć małej Joanie Shriver zrobionych w miejscu zbrodni.
Opuścił głowę i patrzył w głąb ulicy. Daleko widział bulwar błyszczący żółtym światłem latarni i przesuwających się świateł przejeżdżających samochodów. Odwrócił się słysząc wycie syreny gdzieś w oddali i wszedł do swojego bloku. Wjechał windą na górę, przeszedł przez korytarz i otworzył drzwi swego mieszkania. Na chwilę zawahał się w przedpokoju, zapalił światła i rozejrzał się wokół siebie. Ujrzał kawalerski nieład, książki upchnięte na półkach, oprawione plakaty na ścianach, biurko zasłane papierami i czasopismami i przypięte nad nim notatki. Rozejrzał się za czymś znanym, co by mu powiedziało, że jest w domu. Westchnął, zamknął za sobą drzwi. Przystąpił do rozpakowywania bagażu i pójścia spać.
Cały następny długi tydzień spędził przy telefonie, zbierając dodatkowe informacje do swojego materiału. Przeprowadził kilka niemiłych rozmów telefonicznych z prokuratorami, którzy oskarżali Fergusona i nie życzyli sobie kontaktów z żadnymi dzie
Potrzymał ten nóż w ręce i pomyślał: Pasuje.
I
Rozmawiał telefonicznie z władzami Uniwersytetu Rutgersa i uzyskał dane o przeciętnych wynikach studiów Fergusona. Był sumie
Cowart rozmawiał również z pedagogiem Fergusona z liceum, ten powiedział mu w większości to samo, ale zaznaczył, że w Newark Ferguson miał znacznie lepsze stopnie. Żadna z tych osób nie była mu w stanie podać nazwiska choćby jednego człowieka, mogącego uchodzić za bliskiego przyjaciela skazanego.
Zaczął postrzegać Fergusona jako chłopaka dryfującego po powierzchni życia, niepewnego siebie, niepewnego kim jest i dokąd zmierza, człowieka czekającego, aż coś mu się przydarzy, kiedy spadła na niego najgorsza możliwa rzecz. Postrzegał go nie tyle jako niewi