Страница 19 из 137
Jego ojciec był przede wszystkim nawiedzony nigdy nie kończącymi się wzlotami i upadkami, szczegółami i dramatami dzie
Czy bardzo się różnię? – zastanawiał się. Nie bardzo. Żona zwykła go nazywać romantykiem, jakby to było obraźliwe. Błędny rycerz. Podniósł wzrok i spostrzegł mężczyznę wchodzącego do poczekalni. Ale z sercem brytana, pomyślał.
– Pan jest Cowart? – spytał mężczyzna w dość przyjacielski sposób.
Cowart wstał.
– Zgadza się.
– Nazywam się Bruce Wilcox – mężczyzna wyciągnął dłoń. – Proszę, potrwa kilka minut, zanim wróci porucznik Brown. Możemy tutaj porozmawiać.
Detektyw poprowadził Cowarta przez mrowie biurek do oszklonego gabinetu w rogu; jego okna wychodziły na stanowiska pracy. Na drzwiach widniał napis: PORUCZNIK T.H. BROWN, WYDZIAŁ ZABÓJSTW. Wilcox zamknął drzwi i usadowił się za wielkim szarym biurkiem, wskazując Cowartowi miejsce naprzeciwko.
– Dziś rano mieliśmy niewielki wypadek lotniczy – zaczął, przekładając jakieś dokumenty na biurku. – Mały piper cub podczas zajęć szkoleniowych spadł na skraju bagniska. Ta
Detektyw potrząsnął głową wyraźnie zadowolony, że udało mu się uniknąć tej roboty.
Cowart przyjrzał się detektywowi. Był krępym, niskim mężczyzną o długich, ale zaczesanych do tyłu włosach i swobodnym sposobie bycia; miał prawdopodobnie około trzydziestki. Wilcox zdjął sportową kurtkę – przyozdobioną krzykliwym wzorem w czerwone kwadraty – i przewiesił ją przez oparcie. Kołysał się na krześle, jak człowiek, który ma ochotę położyć nogi na biurku. Cowart ujrzał szerokie bary i mocne ramiona, które bardziej pasowałyby do znacznie wyższego mężczyzny.
– …W każdym razie – kontynuował detektyw – wyciąganie ciał to jedna z nieprzyjemnych stron tego zawodu. Na ogół to ja dostaję takie zadania… – Wyciągnął ramię i napiął mięśnie. – W szkole ćwiczyłem zapasy i jestem niewysoki, więc potrafię się wślizgnąć w miejsce o połowę mniejsze niż i
– No i jak się kręci interes? – spytał Cowart.
– Śmierć zawsze wyrabia normę – odparł detektyw. Roześmiał się krótko. – Żadnych opóźnień. Żadnych urlopów. Żadnych przestojów. Cały czas równomierna praca. Do diabła, powi
– A co z morderstwami? Tutaj…
– Pewnie pan słyszał, że borykamy się tu na Wybrzeżu Zatokowym z problemem narkotyków. Czy ładnie to ująłem? Problem narkotyków. Brzmi dosyć niewi
– To coś nowego.
– Racja. Od kilku lat.
– A poza handlem narkotykami?
– Kłótnie rodzi
– A Joanie Shriver?
Detektyw przerwał i namyślił się, zanim odpowiedział.
– To było coś i
– Dlaczego?
– Po prostu to było coś i
– Wydawało mi się, że ma na imię Theodore.
– Bo ma. Ta
– Obydwaj jesteście miejscowi. Mam na myśli…
– Wiem, co pan ma na myśli. Jasne, ale Ta
– Od jak dawna pracuje pan w wydziale zabójstw?
– Ja? Od jakichś trzech lat. Ta
– Podoba się panu?
– To coś i
– A Joanie Shriver?
Detektyw skulił barki, jakby chciał się w nich skryć.
– To była moja pierwsza prawdziwa sprawa. Wie pan, większość morderstw, jakie tutaj mamy, to morderstwa podmiotowe. Tak je nazywamy. Przyjeżdża się na miejsce i zabójca stoi tuż obok ofiary…
To była prawda. Cowart przypomniał sobie, jak Vernon Hawkins mówił, że kiedy przyjeżdża na miejsce zabójstwa, zawsze najpierw rozgląda się za osobą, która nie płacze, ale stoi z szeroko otwartymi oczami, w stanie szoku, oszołomiona. To zabójca.
– … Czy teraz te zabójstwa w związku z narkotykami. Ale to na ogół tylko zbieranie trupów. Wie pan, jak na to mówią w biurze adwokata stanowego? Zbrodnicze odpadki. Naprawdę nikt nie oczekuje wytoczenia sprawy o zabójstwo na podstawie ciała znalezionego w wodzie, po trzech dniach moczenia się; ciała, przy którym nie ma dokumentów tożsamości i któremu, jak rybki zrobią swoje, nie pozostaje zbyt wiele z twarzy. Jedna rana postrzałowa z tyłu głowy. Drogie dżinsy i złote łańcuchy. Nie, takich po prostu oznacza się metką i wsadza do plastikowego worka. Ale mała Joanie, rany, ona miała twarz. Ona nie była jakimś kolumbijskim, anonimowym handlarzem narkotykami. To było coś i
Przerwał i zastanawiał się. Potem dodał:
– Ona była jakby małą siostrzyczką nas wszystkich.
Detektyw Wilcox chciał jeszcze coś powiedzieć, kiedy zadzwonił telefon na biurku. Odebrał go, wymamrotał kilka słów powitania, posłuchał i oddał słuchawkę Cowartowi.
– To szef. Chce z panem mówić.
– Tak?
– Pan Cowart? – Usłyszał powolny, odległy, równy, głęboki głos, nie zdradzający żadnych południowych naleciałości, do których już zaczynał się przyzwyczajać. – Tu porucznik Brown. Będę musiał jeszcze trochę zostać tutaj, na miejscu katastrofy lotniczej.