Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 137

– Niedawno się o tym dowiedziałem.

– Ale ten chłopak siedzi w więzieniu. Ma wyrok śmierci.

– Istnieje kilka wątpliwości, w jaki sposób się tam znalazł. Nie wszystko jest do końca wyjaśnione.

Kobieta odchyliła głowę do tyłu i roześmiała się.

– Założę się, że to nie ma specjalnego znaczenia. Powodzenia, człowieku z Miami.

Po czym odwróciła się, żeby obsłużyć następnego klienta, zostawiając Cowarta sam na sam ze szklanką piwa. Już nie wróciła.

Ranek wstał rześki i przejrzysty. Wydawało się, że pora

Miasteczko wydawało się trwałą osadą; położone na płaskim kawałku terenu opodal autostrady, służyło jako rodzaj spoiwa łączącego ją z rozciągającymi się wokół polami uprawnymi. Było wysunięte nieco zbyt daleko na północ, żeby można było tu z dobrym skutkiem uprawiać sady pomarańczowe, ale minął po drodze kilka gospodarstw, gdzie drzewka rosły równymi rzędami, oraz i

Centrum miasteczka zajmowało zaledwie trzy przecznice i znajdowało się tam kino, parę biur, jeszcze kilka sklepów i dwa sygnalizatory ze światłami ulicznymi. Ulice były czyste i zastanawiał się, czy tak wymiotła je burza poprzedniej nocy, czy też była to zasługa miejscowej społeczności.

Przejechał przez miasteczko, wjechał na niewielką, wąską drogę i zaczął oddalać się od sklepów żelaznych, magazynów z częściami samochodowymi i restauracji szybkiej obsługi. Odniósł wrażenie, że zaszła pewna zmiana w kolorycie otaczającego go krajobrazu; soczysta zieleń, którą widział chwilę wcześniej, ustąpiła miejsca brunatnym prążkom ugorów. Droga stała się wyboista, a domy, które się teraz przy niej pojawiły, były drewniane, chyliły się od starości i wszystkie pomalowano na wyblakły jasny kolor. Szosa wślizgnęła się pomiędzy szpaler drzew i spowiła Cowarta ciemnością. Rozproszone światło przesączało się przez gałęzie wierzb i sosen, które utrudniały widoczność. Niemal przeoczył szutrową drogę odchodzącą w lewo. Opony straciły przyczepność na błocie i zanim znowu jej nabrały, zaczął podskakiwać na wyboistej drodze. Prowadziła wzdłuż długiego żywopłotu. Od czasu do czasu udawało mu się dostrzec ponad nim niewielkie gospodarstwa. Zwolnił i minął trzy drewniane szopy, przytulone do siebie na skraju drogi. Gdy przejeżdżał powoli, przyglądał mu się stary czarny mężczyzna. Spojrzał na licznik i przejechał jeszcze kilometr do następnej rudery usadowionej przy drodze. Zatrzymał się przed nią i wysiadł z samochodu.

Rudera miała z przodu ganek, na którym stał jeden bujany fotel. Z boku był mały kojec dla drobiu, gdzie kurczęta grzebały w ziemi. Droga kończyła się na podwórku przed domem. Stał tu zaparkowany stary chevrolet kombi z podniesioną maską.

Panował potężny, obezwładniający upał. Cowart usłyszał w oddali szczekanie psa. Żyzna, brunatna gleba podwórka przed domem była udeptana na tyle mocno, że udało jej się przetrwać burzę poprzedniego wieczora. Odwrócił się i zobaczył, że chałupa wychodzi na rozległe pole, obramowane ciemnym lasem.

Zawahał się, po czym podszedł do frontowego ganku.

Kiedy postawił stopę na pierwszym stopniu, usłyszał ze środka głos.

– Widzę cię. Czego chcesz?

Zatrzymał się i odpowiedział:

– Szukam pani Emmy Mae Ferguson.

– A po co ci ona?

– Chcę z nią porozmawiać.

– To mi nic nie mówi. Po co ci ona?

– Chcę porozmawiać o jej wnuczku.

Drzwi frontowe, które w połowie składały się z siatki odchodzącej od popękanej ramy, uchyliły się lekko. Wyszła stara Murzynka o siwych włosach, ściągniętych mocno z tyłu głowy. Była drobnej, ale mocnej budowy i poruszała się wolno, jednak w zdecydowany sposób, który zdawał się świadczyć, iż wiek i słabe kości to po prostu drobna niedogodność.

– Z policji?

– Nie. Nazywam się Matthew Cowart. Z „Miami Journal”. Jestem dzie

– Kto cię przysłał?

– Nikt mnie nie przysłał. Po prostu przyjechałem. Czy pani Ferguson?

– Może.

– Pani Ferguson, bardzo proszę, chciałbym porozmawiać o Robercie Earlu.

– To dobry chłopak, a oni mi go zabrali.

– Tak, wiem. Próbuję pomóc.

– Jak możesz pomóc? Czyś ty prawnik? Prawnicy już dość zrobili krzywdy mojemu chłopakowi.

– Nie, proszę pani. Bardzo proszę, czy moglibyśmy usiąść i porozmawiać przez kilka minut? Chcę jedynie pomóc pani wnukowi, nic więcej. Prosił mnie, żebym tu przyjechał i z panią porozmawiał.

– Widziałeś się z moim chłopakiem?

– Tak.

– Jak mu tam jest?

– Chyba nieźle. Jest rozgoryczony, ale chyba mu nieźle.

– Bobby Earl był dobrym dzieciakiem. Bardzo dobrym dzieckiem.

– Wiem. Proszę.

– Zgoda, Panie Dzie

– Więc, proszę pani, muszę się dowiedzieć czegoś o wydarzeniach sprzed niemal trzech lat. Muszę wiedzieć, co Robert Earl robił tego dnia, gdy zniknęła ta mała dziewczynka, dzień po tym i jeszcze jeden dzień później, gdy go zaaresztowano. Pamięta pani te dni?

Parsknęła pogardliwie.

– Panie Dzie

– Właśnie dlatego tu jestem.

Przyjrzała mu się z ukosa poprzez cień spowijający ganek.

– Na pewno przyjechałeś tu, żeby pomóc Bobbiemu Earlowi?

– Tak, proszę pani. Najlepiej jak będę mógł.

– Jak mu chcesz pomóc? Co takiego możesz zrobić, czego nie może prawnik o ciętym języku?

– Napisać artykuł do gazety.

– W gazetach napisali już pełno artykułów o Bobbym Earlu. Z tego co wiem, to najbardziej mu pomogli w dostaniu się do celi śmierci.

– Tym razem chyba będzie inaczej.

– Niby dlaczego?

Nie miał na to pytanie przygotowanej odpowiedzi. Po chwili odrzekł:

– Musi pani zrozumieć, pani Ferguson, że już bardziej pogorszyć sprawy nie mogę. A jeśli mam pomóc, potrzebuję odpowiedzi na kilka pytań.

Staruszka znowu się do niego uśmiechnęła.

– Racja. Dobrze, Panie Dzie

– Tego dnia gdy zamordowano tę dziewczynkę…

– Był tutaj, ze mną. Cały dzień. Wychodził tylko rano, złowić parę ryb. Okonie. Pamiętam, bo usmażył je tego wieczoru na kolację.

– Jest pani pewna?

– Oczywiście, że jestem pewna. Gdzieżby jeszcze miał pójść?

– Miał przecież samochód.

– Słyszałabym, gdyby go zapalił i odjechał. Głucha nie jestem. Tamtego dnia nigdzie nie jechał.

– Powiedziała to pani policji?

– Jasne.

– I co?

– Nie uwierzyli mi. Powiedzieli: „Emma Mae, jesteś pewna, że się gdzieś nie wypuścił po południu? Jesteś pewna, że cały czas miałaś go na oku? Może się zdrzemnęłaś albo co?” Ale wcale się nie zdrzemnęłam i tak im powiedziałam. To oni mi na to, że gadam bzdury, rozzłościli się i sobie poszli. Więcej ich nie widziałam.