Страница 125 из 137
Cowart przytaknął.
– Więc zadzwoń. Każ obserwować dom jego babki. Każ go zgarnąć.
Brown zawahał się, następnie podszedł do telefonu. Wykręcił szybko numer, chwilę czekał na połączenie i odezwał się do słuchawki:
– Centrala? Mówi porucznik Brown. Połączcie mnie z oficerem dyżurnym.
Przerwał wyczekująco, po czym odezwał się znowu:
– Randy? Tu Ta
Detektyw umilkł, słuchając odpowiedzi kolegi.
– Nie. Nie. Po prostu zrób, o co proszę, dobrze? Doceniam to. Nie, nie martw się o mojego starego. Poradzi sobie sam. Martwię się o córki…
Przerwał słuchając, po czym dodał:
– Nie, nic konkretnego. Jak wrócę, zajmę się całą papierkową robotą. Dzisiaj, jeśli to będzie możliwe. Jutro na pewno. Na co mają zwracać uwagę? Na każdego, kto wyda się podejrzany. Kapujesz? Na każdego. – Powiedziawszy to, detektyw odłożył słuchawkę.
– Nie powiedziałeś im o Fergusonie – zauważył Cowart ze zdziwieniem. – Nic im nie powiedziałeś.
– Powiedziałem im wystarczająco dużo. On aż tak bardzo nami nie kieruje.
– A co będzie, jeśli…?
– Żadne jeśli, Cowart. Wozy patrolowe utrzymają go z daleka, aż do naszego przybycia. A wtedy on będzie mój. – Porucznik spojrzał na nich znacząco. – Tylko mój. Ja to skończę. Rozumiecie?
Milczeli przez chwilę, następnie Cowart podszedł do biurka i wyjął z szuflady rozkład lotów.
– W południe jest lot do Atlanty. Nic nie leci do Mobile, aż do późnego popołudnia. Możemy jednak polecieć do Birmingham i stamtąd pojechać samochodem. Powi
Ta
– Przed zmierzchem – powtórzył cicho policjant.
Rozdział dwudziesty szósty
Przekroczyli granicę Alabamy i wjechali do okręgu Escambia, jadąc z dużą prędkością, podczas gdy wieczór nad zatoką szybko zmieniał się w noc. Południowe niebo straciło swój niebieski kolor i teraz zdawało się, że nad ich głowami zawisła brudna, szarobrązowa płachta będąca zapowiedzią złej pogody. Niespokojny, gorący wiatr chłostał wszystko, co tylko napotkał na swej drodze, wciskając się w szpary między oknami samochodu, wyganiając z wnętrza chłód i wilgoć, jaka do tej pory niepodzielnie panowała w powietrzu. Przejeżdżali obok pokrytych pyłem farm i lasów, przeważnie sosnowych. Strzeliste drzewa przywodziły Cowartowi na myśl widzów wstających z miejsc na stadionie w momentach szczególnego napięcia. Prędkość, z jaką pędził samochód, zdradzała ogarniające ich wątpliwości. Wszyscy czuli potrzebę szaleńczej jazdy i niepewność rzucającą ponury cień na ich szlak. Krajobraz umykał za szybami i wydawało się, że na wąskiej drodze jest zbyt mało przestrzeni, by normalnie oddychać. Cowart wcisnął się głęboko w fotel, gdy zbliżyli się błyskawicznie do wolno jadącego, podskakującego na wybojach autobusu szkolnego, który zajmował bez mała całą szerokość drogi. Ta
Cowart uchylił okienko i natychmiast do wnętrza samochodu wdarły się odgłosy chóru kościelnego przebijające się ponad gorączkę dnia i rzężenie silnika autobusu. Wytężył słuch, lecz nie potrafił rozróżnić słów hymnu, jaki akurat śpiewali, choć jakieś ulotne fragmenty melodii docierały do jego uszu.
Ta
Jechali szybko wśród zapadającego mroku. Słabnące światło dnia zaczęło się rozmywać i zniekształcać kontury domów, stodół i stajni. Kręta droga stawała się mniej wyraźna, prawie rozmazana.
– W tym okręgu Jezus pracuje w nadgodzinach – powiedział Brown. – Zbiera duszyczki.
Prowadził samochód w milczeniu. Nie był w stanie otrząsnąć się ze wspomnień, które łomotały w jego umyśle. Czas wojny, okropny, a zarazem taki normalny. Był na froncie przez siedem miesięcy i jego pluton miał przebyć otwartą przestrzeń. Dzień chylił się ku końcowi, a oni znajdowali się już blisko obozu. Brudni, zmęczeni marszem i gorącem. Prawdopodobnie myśleli już o jedzeniu, wypoczynku i kolejnej, pełnej niewygód, dusznej nocy, a nie o zachowaniu czujności, co sprawiało, że stanowili idealny cel. Patrząc z perspektywy czasu, nikogo nie powi
Pamiętał krzyk ra
Ta
Był to biały chłopak z Kalifornii, który przebywał w plutonie od tygodnia. Brown stanął nad nim, wpatrując się w rozszarpaną i beznadziejnie wyglądającą klatkę piersiową, próbując przypomnieć sobie imię nieszczęśnika.
Ra
To był jego ostatni ra
Tydzień później Brown powrócił do kraju. Wstąpił ponownie na Uniwersytet Stanu Floryda, odbył praktykę w wydziale kryminalnym, aż wreszcie otrzymał posadę w policji. Nie był pierwszym czarnym, który znalazł się w Biurze Szeryfa Okręgu Escambia, lecz wiedziano, że będzie pierwszym, który do czegoś dojdzie. Zbyt wiele plusów stało po jego stronie: miejscowy chłopak, gwiazda futbolu, bohater woje
Poczuł nieprzyjemne ukłucie winy. W swojej pamięci często słyszał krzyki ra
Czy Bruce Wilcox wołał o pomoc? – zastanowił się. Jego również opuściłem.
Zdał sobie sprawę, że będzie musiał powiadomić rodzinę Wilcoxa, który na szczęście nie miał żony ani stałej dziewczyny. Przypomniał sobie o jego siostrze, która wyszła za oficera marynarki woje