Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 120 из 137

Powstrzymają jego niewidzialność. To go zabije, pomyślał Cowart.

Czy jesteś mordercą, Cowart?

Mogę być.

Sięgnął po telefon, żeby zadzwonić do Willa Martina, i w tym momencie usłyszał ostre pukanie do drzwi. Prawdopodobnie Ta

Wstał z głową przepełnioną słowami z artykułu, który przygotowywał. Otworzył drzwi i zobaczył stojącą w korytarzu Andreę Shaeffer.

– Czy on tu jest?

Miała mokre i potargane włosy. Deszcz spływał strugami z jej płaszcza, tworząc na nim ciemne smugi. Spojrzała za Cowarta, desperacko przeszukując wzrokiem mały pokój. Nie zdążył się odezwać, gdy zapytała ponownie:

– Czy Wilcox jest tutaj? Rozdzieliliśmy się.

Potrząsnął głową, ale odepchnęła go i przeszła obok. Rozejrzała się po pokoju.

– Myślałam, że będzie tutaj. Gdzie jest porucznik Brown?

– Wróci za chwilę. Czy coś się stało?

– Nie! – wysapała i kontynuowała już spokojniej: – Straciliśmy się z oczu. Próbowaliśmy śledzić Fergusona. On szedł za nim, ja zostałam w wozie. Myślałam, że do tej pory już zadzwonił.

– Nie. Żadnych telefonów. Zostawiłaś go?

– On zostawił mnie! Kiedy przyjdzie porucznik Brown?

– W każdej chwili może się zjawić.

Skierowała się w stronę małego pokoju i zdjęła przemoczony płaszcz. Cowart zauważył, że dziewczyna drży.

– Zmarzłam – powiedziała. – Muszę napić się kawy. Muszę się przebrać. Wszedł do łazienki, z której wziął biały kąpielowy ręcznik.

– Trzymaj. Wytrzyj się.

Przetarła ręcznikiem głowę, a następnie oczy. Zauważył, jak przytrzymała ręcznik przy twarzy, chowając ją na chwilę w puszystą białą bawełnę. Oddychała ciężko, gdy opuściła ręcznik. Cowart właśnie zamierzał zadać następne pytanie, gdy ktoś zapukał.

– Może to Wilcox – powiedziała z nadzieją w głosie.

W wejściu pojawił się Ta

– Mieli jedynie majonez – powiedział. Jego wzrok spoczął na Shaeffer stojącej sztywno na środku pokoju. – Gdzie jest Bruce? – zapytał.

– Rozdzieliliśmy się – odparła.

Brown uniósł brwi w zdziwieniu. W tym samym momencie poczuł niepokój, który aż skręcił mu żołądek. Natychmiast ulotniło się wszystko, zniknęły wszelkie problemy – prócz tego jednego. Przeszedł powoli przez pokój, jak gdyby przesadzał ze zbyt rozważnym stawianiem kroków. Nie mógł powstrzymać myśli, które nagle zaczęły wypełniać jego wyobraźnię.

– Rozdzieliliście się? Gdzie? Jak?

Shaeffer spojrzała na niego nerwowo.

– Zauważył, jak Ferguson wychodzi ze swego mieszkania, i poszedł za nim. Zostałam w samochodzie, starałam się nie tracić ich z oczu. Poruszali się bardzo szybko. Chyba się przeliczyłam. W każdym razie rozdzieliliśmy się. Szukałam go na obszarze jakichś pięciu, sześciu przecznic. Wróciłam i sprawdziłam w mieszkaniu Fergusona, lecz tam również go nie było. Pomyślałam, że może powrócił tutaj, złapał jakiś wóz patrolowy lub taksówkę.

– Pozwól mi zrozumieć… Poszedł za Fergusonem…

– Poruszali się szybko.

– Czy musiał?

– Nie sądzę.

– Dlaczego w takim razie to zrobił?

– Nie mam pojęcia – odparła Shaeffer, przerażona i wściekła. – Po prostu zobaczył Fergusona i wypadł jak bomba z samochodu. Wyglądało, jakby koniecznie chciał się z nim zmierzyć. Nie wiem, co zamierzał zrobić.

– Czy słyszałaś coś? Widziałaś coś?

– Nie. Wilcox szedł jakieś pięćdziesiąt metrów, może trochę mniej, za Fergusonem, potem żadnego śladu, niczego.

– Co zrobiłaś?

– Wysiadłam z samochodu, chodziłam po ulicach, wypytywałam ludzi i nic.

– A zatem – spytał zirytowany Ta

– Nie wiem. Myślałam, że będzie tutaj albo przynajmniej zadzwoni. Brown rzucił krótkie spojrzenie na Cowarta.

– Jakieś wiadomości na sekretarce? – Nie.

– Czy próbowałaś dzwonić na posterunek?

– Nie – odparła Shaeffer. – Jestem tutaj dopiero od kilku minut.

– W porządku – mruknął Brown. – Zróbmy przynajmniej to. Skorzystaj z telefonu w swoim pokoju. Gdyby dzwonił, ta linia nie będzie zajęta.

– Chciałabym się przebrać – powiedziała Shaeffer. – Pozwól, że…

– Zadzwoń od razu – polecił chłodno Brown.

Zawahała się, po czym skinęła głową. Wyjęła z kieszeni klucz do pokoju. Chciała powiedzieć coś jeszcze do Ta

– Co o tym myślisz? – spytał Cowart.

Brown odwrócił się i strzelił palcami w powietrzu.

– Nic nie myślę. I ty też nic nie myśl.

Cowart skinął jedynie głową, zdając sobie sprawę, że żądanie detektywa było niemożliwe do wykonania. Brak informacji był denerwujący. Jedli kanapki, czekając w milczeniu na dzwonek telefonu.

Shaeffer wróciła po półgodzinie.

– Połączyłam się z oficerami dyżurnymi na okolicznych posterunkach – powiedziała. – Ani śladu po nim. Przynajmniej tam się nie zameldował. Żaden z nich nie miał dziwnych telefonów, jak powiedzieli. Na jednym posterunku mieli na głowie jakąś sprawę strzelaniny, ale to miało związek z gangiem ulicznym. Wszyscy stwierdzili zgodnie, że pogoda wpływa na spokój na ulicach. Zadzwoniłam do kilku stacji pogotowia, dla zasady. Do straży pożarnej. I nic.

Brown spojrzał na nich.

– Tracimy czas – odezwał się nagle. – Zbieramy się. Musimy znaleźć Wilcoxa.

Cowart spojrzał do swego notesu.

– Ferguson ma dzisiaj zajęcia, późno wieczorem. Postępowanie karne. Dwudziesta – dwudziesta druga trzydzieści. Być może śledził go przez całą drogę, aż do New Brunswick.

Brown skinął głową, po czym pokręcił nią przecząco.

– To jest możliwe, ale nie możemy czekać.

– Co to da, że się stąd zabierzemy? Przypuśćmy, że on właśnie wraca.

– Przypuśćmy, że nie wraca.

– On jest twoim partnerem. Jak myślisz, co teraz może robić?

Shaeffer wypuściła powoli powietrze z płuc. To jest to, pomyślała sobie. To musi być to. Prawdopodobnie ścigał tego skurczybyka aż do jakiegoś autobusu, a następnie do pociągu i nie miał okazji zadzwonić. A teraz śledzi go w drodze powrotnej z zajęć i nie wróci przed północą. Odczuła niewielką ulgę, która jednak pozwoliła jej uwolnić się od przykrego uczucia bezradności, trapiącego ją od czasu, gdy straciła Wilcoxa z oczu. Nagle uświadomiła sobie, że w pokoju świeci światło, dostrzegła plastikowe dekoracje, meble, uspokajający znajomy wystrój wnętrza. Przez chwilę wydawało się, jakby powróciła z kopalni zatopionej głęboko w trzewiach ziemi i znalazła się na jasno oświetlonej słońcem powierzchni. Poczucie bezpieczeństwa płynące z tej iluzji rozprysło się jak mydlana bańka rozbite przez ostry dźwięk głosu Browna.

– Zamierzam teraz wyjść. – Wskazał na Shaeffer. – Chcę, żebyś pokazała mi, gdzie to wszystko się wydarzyło. Chodźmy.

Cowart wziął swój płaszcz i wyszli prosto w objęcia nocy.

Shaeffer prowadziła, Ta

Gdyby Wilcox miał możliwość, na pewno by zadzwonił i Brown był o tym święcie przekonany.

Nie miał wątpliwości, że Wilcox jest bezczelny, wybuchowy, czasami niebezpieczny i za często działa pod wpływem impulsów, zadufany we własne możliwości. Te cechy Wilcoxa potajemnie bawiły Ta