Страница 113 из 137
– Ten wywiad – powiedział zimno Ferguson – nigdy nie miał miejsca.
Wskazał drzwi.
– Te słowa? Nigdy nie zostały wypowiedziane – wyszeptał Ferguson patrząc na reportera. – Jaki artykuł ma pan napisać, panie Cowart?
Cowart potrząsnął głową.
– Jaki artykuł, panie Cowart?
– Żadnego artykułu – odparł chrapliwym i załamującym się głosem.
– Tak myślałem – odparł Ferguson.
Cowart, kiwając głową, wyszedł potykając się na korytarzu. Ledwie zdał sobie sprawę, że drzwi za nim się zatrzasnęły. Stęchłe i przesycone wilgocią powietrze otuliło go w ciemności. Rozpiął kołnierzyk koszuli, starając się poluzować go i złapać oddech. Z trudem zszedł po schodach, rzucił się na drzwi wejściowe, otwierając sobie drogę na ulicę. Na jego płaszczu i twarzy pojawiły się pierwsze krople deszczu. Nie obejrzał się w tył, w stronę mieszkania, lecz zaczął biec, tak jakby wiatr na jego twarzy mógł usunąć strach. Widział, jak Ta
– Zabierz mnie stąd – wyszeptał.
– Co się stało? – zapytał Brown.
– Zabierz mnie stąd, do cholery! – krzyknął Cowart.
Sięgnął ręką i przekręcił kluczyk w stacyjce, próbując uruchomić samochód. Silnik warknął głucho i zaskoczył, pracując równomiernie.
– Jedź, do diabła! Jedź!
Oczy Ta
– Bruce, zostańcie tutaj. Obserwujcie mieszkanie Fergusona.
– Jak długo?
– Po prostu obserwujcie. – Dokąd wy…
– Po prostu nie strać Fergusona z oczu. Wilcox kiwnął głową.
Cowart walnął w deskę rozdzielczą.
– Jedź! Do diabła! Zabierz mnie stąd!
Ta
Rozdział dwudziesty trzeci
Detektywi spędzili większą część dnia w samochodzie zaparkowanym pół przecznicy od domu, w którym znajdowało się mieszkanie Fergusona. Ich nadzór nie miał w sobie nic z wyrafinowania; w ciągu godziny po ostatniej rozmowie z Brownem i Cowartem wszyscy w promieniu dwóch przecznic – nie tylko kryminaliści z natury i z zamiłowania – wiedzieli o ich obecności. W zasadzie jednak pozostawiono detektywów w spokoju.
Pomniejszy handlarz narkotyków, korzystający zwykle z miejsca, w którym zaparkowali samochód, przeklął ich głośno i zaczął szukać jakiejś spokojniejszej okolicy na odpoczynek. Dwóch członków lokalnego gangu ulicznego w kurtkach nabitych ćwiekami i w opaskach na głowach, w drogich i modnych koszykarskich butach, jakie preferowano w centrum miasta, zatrzymało się na chwilę przy wynajętym wozie, drwiąc sobie z pary gliniarzy i czyniąc nieprzyzwoite gesty. Gdy Wilcox otworzył okno i krzyknął, żeby zniknęli mu z oczu, roześmiali się mu w twarz, naśladując jego południowy akcent. W ich głosie malowało się zawzięte rozbawienie i skrywana groźba. Dwie prostytutki w czerwonych butach na wysokich obcasach i seksownych majteczkach z cekinów pod cienkimi czarnymi płaszczami przeciwdeszczowymi ostentacyjnie wystawiły na pokaz to, co miały do zaoferowania, w stronę detektywów, jakby wyczuwając, że pozostaną niewzruszeni na powab ich ciał. Kilku zniedołężniałych włóczęgów popychało walające się wszędzie kosze na zakupy wypełnione miejskimi odpadkami lub po prostu kuśtykali przez deszczowy dzień, pukając w szyby samochodu i prosząc o pieniądze. Kilku szczęśliwców odeszło przeliczając otrzymane od detektywów drobne. I
Dokuczliwa mżawka wygoniła większość podobnych łazęgów z otwartych ulic i sprawiła, że okoliczni mieszkańcy schronili się w domach za okratowanymi oknami i drzwiami wzmocnionymi potrójnymi zamkami. Deszcz i szare niebo sprawiły, że miasto spowił mrok, potęgując ponury nastrój.
Detektywi zastanawiali się, zadając sobie co jakiś czas pytanie: „Co, u diabła, stało się Cowartowi?” Siedząc jednak w samochodzie, odizolowani od świata metalową skorupą nie mogli liczyć na szybką odpowiedź. Wilcox z pobliskiej budki telefonicznej zadzwonił do motelu, próbując skontaktować się z dzie
Zjedli „szybki posiłek” ze sklepiku, w którym sprzedawano jedzenie na wynos, wypili kawę w jednorazowych kubkach, która ostygła zbyt szybko. Bez końca wycierali wilgotną mgiełkę, jaka osiadała na przedniej szybie, chcąc zobaczyć, co się dzieje przed nimi. Dwukrotnie wychodzili z samochodu, kierując się do pobliskiej, zaplamionej olejem stacji, by skorzystać z łazienki śmierdzącej dziwną mieszanką odoru środka dezynfekującego zwalczającego właśnie woń ekskrementów. Niewiele ze sobą rozmawiali, a kilka prób znalezienia wspólnego tematu nieodmie
Nie dostrzegli żadnego śladu Fergusona, choć przeczuwali, że on już wie o ich obecności.
– Jak długo tu zostaniemy? – spytała Shaeffer. Światła ulicznych latarni daremnie próbowały rozproszyć otaczającą ich ciemność. – Nie pokazał się przez cały dzień. Może jest tam tylne wejście, a on prawdopodobnie polazł gdzieś i śmieje się teraz z nas.
– Niewiele dłużej będzie się śmiał – oparł Wilcox.
– Co my robimy? – kontynuowała Shaeffer. – Chodzi mi o to, jaki jest sens tej obserwacji?
– Sens jest taki, że pozwalamy mu wiedzieć, że ktoś o nim myśli. Taki, że Ta
– Zgadza się – odpowiedziała. Ale nie na zawsze, chciała dodać. Czas wydawał się przeciekać jej przez palce. Wiedziała, że Michael Weiss będzie się zastanawiał, gdzie ona się podziewa. Wiedziała również, że będzie musiała wymyślić jakiś dobry powód, dla którego wciąż była tutaj. Dobry, solidny, oficjalnie brzmiący powód.
Wyciągnęła szeroko ręce i zaparła się nogami o podłogę samochodu, czując ból zesztywniałych mięśni.
– Nienawidzę tego – powiedziała.
– Czego? Obserwowania?
– Zgadza się. Właśnie obserwowania. To nie w moim stylu. – Jaki jest twój styl?
Nie odpowiedziała.
– Za jakieś dziesięć minut zrobi się ciemno. Zbyt ciemno.
– Już jest ciemno.
Wilcox wskazał na górę ku wejściu do mieszkania, nie komentując jednak swego gestu.