Страница 101 из 137
Wilcox przerwał i wziął długi, głęboki oddech.
– Oczywiście i ty, i ja wiemy, czemu te rzeczy tam się znalazły. W takiej sytuacji jednak nie możemy oświadczyć, że są jakimś dowodem. Do diabła! Gdybym je znalazł trzy lata temu, kiedy wszystkie ślady były jeszcze świeże, rozumiesz, rozpuszczają to gówno razem z całym brudem dookoła i pozostaje krew. – Spojrzał na Cowarta. – Krew Joanie Shriver. A teraz to jedynie kilka kawałków zniszczonych ciuchów. Cholera!
Detektyw zaczął miotać się po pokoju.
– Nie mogę uwierzyć, jak bardzo spieprzyłem tą sprawę – powtórzył. – Spieprzyłem. Spieprzyłem. Spieprzyłem. Moją pierwszą cholernie ważną sprawę.
Zaciskał kurczowo pięści. Cowart zauważył, jak mięśnie detektywa poruszają się pod cienką koszulą. Zapaśnik przed walką.
Ta
– Policja Eatonville.
– Poproszę z kapitanem Luciousem Harrisem. Mówi porucznik Theodore Brown.
Czekał cierpliwie i po chwili w słuchawce rozległ się tubalny głos:
– To ty, Ta
– Cześć, Lukę.
– No tak. Dawno się nie słyszeliśmy. Co słychać?
– Raz lepiej, raz gorzej. A u ciebie?
– Ech, do diabła, Życie to nie bajka, ale nie jest również takie okropne, więc myślę, że nie mogę narzekać.
Brown wyobraził sobie potężną postać kolegi po drugiej stronie linii. Na pewno jest w mundurze, zbyt ciasnym na jego potężnie umięśnionym cielsku, szczególnie przy szyi. Odnosiło się wrażenie, że głowa kapitana policji spoczywa na białym krochmalonym kołnierzyku ozdobionym złotymi insygniami. Lucious Harris był niezwykle łagodny i pogodny, a wyglądał, jakby życie wydawało mu się wielką ucztą. Ta
– Jak sprawy w Eatonville? – spytał.
– Wiesz, Ta
Brown spróbował wyobrazić sobie Eatonville. Jego przyjaciel dorastał tam i rytmy tego miejsca eksplodowały w jego głosie. Było to niewielkie miasteczko, w którym panował osobliwy porządek. Prawie wszyscy mieszkańcy mieli czarny kolor skóry. Miejscowość zyskała nieco rozgłosu dzięki pisarstwu Żary Neale Hurston, będącej najznamienitszą osobistością Eatonville. Mimo to Eatonville pozostawało małym miasteczkiem dla czarnych, rządzonym przez czarnych.
Po krótkim milczeniu Lucious Harris powiedział:
– Przestałeś do mnie dzwonić. Teraz trudno nas nawet nazwać przyjaciółmi. Oczywiście zauważyłem, że zyskałeś sporo rozgłosu, lecz nie takiego o jaki zwykle się zabiega.
– To prawda.
– Teraz mija trochę czasu, a ty dzwonisz, ale nie będziesz chyba gadał o tym, dlaczego tyle czasu nie dawałeś znaku. I nie będziesz chyba gadał o niczym i
– Trafiłeś w sedno, Lukę. Pomyślałem, że może będziesz potrafił mi pomóc.
– No to wal śmiało. Cały zamieniam się w słuch.
Ta
– Nie wyjaśnione zniknięcia. Zabójstwa. Cały ubiegły rok. Dzieciaki, nastolatki, dziewczyny. I do tego czarni. Czy na twoim terenie miałeś podobne sprawy?
Policjant milczał, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Brown wyczuł coś w rodzaju tłamszenia czegoś po drugiej stronie linii.
– Ta
– Po prostu…
– Powiedz mi zupełnie szczerze, Ta
– Lukę, łapię się wszystkich możliwości. Mam pewne złe przeczucia i po prostu węszę wszędzie gdzie się da.
– Wywęszyłeś tu coś dużego, stary.
Brown zesztywniał w jednej chwili.
– Powiedz mi – poprosił miękko. Wyczuł, jak grzmiący głos po drugiej stronie słuchawki naprężył się, zawibrował, jakby słowa nabrały nagle większego znaczenia.
– Szalony dzieciak – powiedział powoli Harris. – Dziewczynka o imieniu Alexandra Jones. Lat trzynaście. Z tych co to czasami wydają się ośmioletnim dzieckiem, a czasami osiemnastoletnią pa
– Podobnie jak moje własne córki – wtrącił Brown mimowolnie.
– Nie. Twoje córki coś już osiągnęły, a ta mała nie. W każdym razie coś jej się pomieszało i zaczęła szaleć, rozumiesz, o co mi chodzi. Zaczyna myśleć, że to miasteczko jest dla niej zbyt małe. Pewnego razu ucieka i ojciec znajduje ją przy drodze wlokącą małą walizkę. Tatuś jest jednym z moich patrolowych, a więc wiemy o wszystkim. Ucieka po raz drugi i tym razem znajdujemy ją tuż za Landerdale na Alei Aligatora czekającą na okazję. Trzy miesiące temu ucieka po raz trzeci. Matka i ojciec objeżdżają wszystkie możliwe drogi, poszukując swego dziecka. Przypuszczają, że tym razem jedzie na północ do Georgii, gdzie mają krewnych, a między i
Brown nie odezwał się ani słowem. Słyszał, jak Harris bierze głęboki oddech.
– … Nigdy nie zakończymy tej sprawy, stary. Czy wiesz, Ta
– Nie – odparł ochryple Brown.
– Ta
Kapitan umilkł, zdając się rozmyślać nad czymś.
– … Bo myślę, że ta dziewczyna przeżyła koszmar. Ból i strach, Ta
Na chwilę zapanowała głucha cisza.