Страница 65 из 82
Megan pozwoliła Duncanowi się przespać.
Chodził nerwowo po salonie aż do wpół do czwartej nad ranem, z setkami pomysłów w głowie, aż wreszcie padł wyczerpany na fotel z bronią na kolanach. Bliźniaczki znalazły go w tej pozycji, gdy się obudziły; Lauren delikatnie wyjęła mu pistolet z ręki, a Karen dotknęła jego ramienia, by go nie przestraszyć, gdyby się obudził. Troszkę później Megan udała się do kuchni, gdzie bliźniaczki zdążyły już położyć pistolet na środku kuche
– Skąd my to mamy? – zapytała Lauren.
– I co chcecie z tym zrobić? – dodała Karen.
– Mamy to od sześćdziesiątego ósmego. Nie potrzebowaliśmy go nigdy… – Czuła się nieco zaskoczona podejściem bliźniaczek, ich rzeczowym tonem; nie wydawały się ani zaszokowane, ani przestraszone widokiem broni w ich domu.
– …dotąd – Lauren dokończyła zdanie za matkę.
– Aż dotąd – powtórzyła Megan.
– Czy rzeczywiście zamierzamy… – zaczęła Karen, lecz matka przytrzymała ją za rękę.
– Macie już jakiś plan? – zapytała Lauren.
– Nie, jeszcze nie.
– Więc co zrobimy?
– Teraz? – Megan spojrzała na bliźniaczki. – Teraz, dziewczynki, zostańcie tutaj i miejcie na oku ojca. Niech żadna nic nie robi. Jeśli zadzwoni telefon, obudźcie go. To mogą być oni. Powiedzieli, że się skontaktują.
– Nienawidzę czekania – powiedziała Lauren z nagłą siłą. – Nie znoszę tak czekać wciąż na coś, co nam się przydarzy. Może tak my byśmy coś zrobili.
– Przyjdzie i nasz czas, obiecuję – zapewniła Megan.
Lauren z zadowoleniem skinęła głową. Jej siostra wpatrywała się w matkę.
– A co chcesz teraz zrobić? – zapytała Karen. Megan podniosła pistolet ze stołu i schowała do teczki.
– Nie zrobisz sama nic nierozsądnego, prawda? Pójdę obudzić tatę – ostrzegała Lauren. – To dotyczy nas wszystkich.
Megan pokręciła głową.
– Nie martw się. Chcę tylko pojechać i rzucić okiem na niektóre posiadłości. To właśnie robią agenci nieruchomości w niedzielę.
– Mamo!
– Mamo, absolutnie nie możesz jechać sama. Tata się wścieknie.
– Wiem, ale muszę to zrobić sama.
– Dlaczego? I co chcesz zrobić?
– Co? Wyciągnąć sztylet znienacka – odpowiedziała Megan. – Próbowałam odgadnąć, który dom mogliby ewentualnie wynająć. Znalazłam parę takich miejsc. Może będę miała szczęście i odnajdę Tommy'ego i dziadka.
– Taak. A może będziesz miała pecha i wpadniesz w tarapaty – mruknęła pod nosem Karen.
– Mamo, to jest szaleństwo… – zaczęła Lauren. Megan pokiwała głową.
– Tak, chyba tak. Ale przynajmniej jest to coś, a to jest lepsze niż nic.
– Myślę jednak, że powi
– Nie, on już zrobił, co do niego należało. Sam. A teraz ja zrobię, co do mnie należy. Też sama.
Popatrzyła wnikliwie na dziewczynki. Zaskoczyło ją przez moment, że jest taka dogmatyczna, wiedziała jednak, że musi wyjść z domu, zanim obudzi się Duncan. On jest taki rozsądny i praktyczny, a przede wszystkim będzie się o nią bał. Nie dopuści, by podjęła to ryzyko, a to byłoby gorsze aniżeli każde możliwe niebezpieczeństwo. Walczyły w niej sprzeczne racje. Nie zrobiłam dotąd nic, pomyślała… Teraz przyszedł czas, bym coś zrobiła.
– Mamo, czy ty na pewno wiesz, co robisz? – zapytała Lauren.
– Tak – odparła Megan. – Nie. Zresztą, co to za różnica. – Nałożyła żakiet, wzięła czapkę i szalik. – Kiedy ojciec się obudzi, powiedzcie, że zadzwonię za godzinę lub dwie. I niech się o mnie nie martwi.
Przejęta troską o Duncana, który spał ciężkim snem, zostawiła bliźniaczki, z których żadna nie uwierzyła jej ani na moment.
Kiedy znalazła się na zewnątrz, zatrzymała się i wciągnęła w płuca haust zimnego powietrza. Poczuła jak wilgoć i chłód przenika jej mózg i rozjaśnia myśli. Na moment ogarnęło ją poczucie winy, zdawała sobie sprawę, w jaką furię wpadnie Duncan, kiedy się obudzi. Odsunęła jednak na bok to uczucie i podeszła stanowczym krokiem do samochodu, rozglądając się jednocześnie czy nie ma w pobliżu Olivii i jej ludzi. Dookoła nie było nikogo poza sąsiadami. Jedna z rodzin zapakowała się właśnie do furgonetki i ostrożnie wyjeżdżała tyłem z podjazdu. Samochód załadowany był kijami hokejowymi, łyżwami, wszyscy mieli na sobie czerwono-niebieskie dresy. I
Jechała przez Greenfield szybko, nieusta
Na farmie porywacze kłócili się zawzięcie.
Euforia jaka ich ogarnęła poprzedniego wieczora, kiedy liczyli pieniądze, przeszła teraz w gorączkową dyskusję. Chodziło o to, co powi
– Nie rozumiem – mówił Ramon – dlaczego nie zmywamy się stąd natychmiast. Co nas tu jeszcze trzyma? Mamy to, o co nam chodziło. Każda minuta czekania to błąd.
– Mamy? – zapytała Olivia zimno. – Jesteś pewien, że wykonaliśmy to, po co tu jesteśmy?
– Ja mam – odparł Ramon. Jednak przymknął się na chwilę.
– Ramon ma rację, Olivio. Po co się tu jeszcze szwendamy? Dlaczego po prostu nie wskoczymy do samochodu i nie wyniesiemy się stąd.
– Sądzicie, że zapłacili już wystarczająco? – Teraz musiała prowadzić dalszą grę ostrożnie, starając się, by rozumieli jej słowa zupełnie inaczej niż ona.
– Na każdego przypada pięćdziesiąt baniek. To więcej niż miałem kiedykolwiek w życiu. Wystarczy, żeby zacząć wszystko od nowa.
– A nie sądzisz, że oni mają więcej?
– Gdzie tam. Facet obrabował bank. Co jeszcze mogło zostać?
– A ta cała forsa, którą sam zgromadził? W akcjach, obligacjach, w funduszu powierniczym, posiadłościach, cały ten szmal, który jest jego i który sprzedaje teraz jak szalony? Nie widzicie? On myśli, że uda mu się spłacić wszystko bankowi. Jestem pewna, że tak sądzi. A te pieniądze też muszą być nasze.