Страница 34 из 82
Pozostawała jeszcze kwestia przyczyny tak późnej wizyty. Głos reportera sączył się ze słuchawki telefonicznej.
– …cholerna sprawa. Ma pan pojecie? Przez parę lat uchodzić z życiem spod ostrzału w Wietnamie, po powrocie do kraju oberwać podczas strzelaniny w banku, w końcu urządzić się na dobrej posadzie tylko po to, by jakiś pętak wyniuchał pieniądze i załatwił faceta na dobre. Ludzie w miasteczku poczuli się cholernie nieswojo, gdy sprzątnięto Millera. – Przekonali się, że może dotyczyć to każdego z nich.
– Przepraszam – wtrącił Duncan – co pan powiedział?
– Że to cholerna sprawa.
– A potem?
– Że facet wywija się śmierci w Wietnamie, a po powrocie do kraju obrywa w strzelaninie podczas napadu na bank…
– Ktoś napadł na bank?
– Przecież mówię, gdzieś w sześćdziesiątym ósmym. Dużo się wtedy o tym pisało. Banda zwariowanych hippisów dokonała napadu – zginęło dwóch strażników, a Miller otrzymał postrzał w nogę. Tamci też zresztą nieźle oberwali. Miller otrzymał od gubernatora medal za odwagę.
– Już sobie przypominam – powiedział Duncan.
– Pewnie. Reportaż na co najmniej dziesięć minut. W tych czasach nie brakowało tematów, jeden mocniejszy od drugiego.
– Pamiętam – rzekł Duncan.
Skulił się czując mdłości. Przez chwilę bał się, że nie zdoła pohamować wymiotów.
– Wiem – powtarzał sobie w duchu – teraz wiem już wszystko. – Z trudem przełknął ślinę i spytał: – Czy policja ma podejrzanych?
– Jedynie teorie. Uważają, że to gang działający poza granicami San Francisco. Podobno doszło do kilku napaści na domostwa w ciągu paru ostatnich miesięcy. Ale ten Miller zajmował się ochroniarstwem i licho wie, na kogo mógł się napatoczyć, wykonując swoją pracę. Trzeba też pamiętać, że tu jest Kalifornia – tu wszystko może się zdarzyć.
– Dziękuję panu – wykrztusił Duncan słabym głosem.
– Czy wie pan coś, co mogłoby pomóc policji? Firma zamordowanego wyznaczyła dwadzieścia tysięcy dolarów nagrody.
Ale Duncan już nie słuchał.
Usiadł w fotelu. Kim był Robert Miller – człowiekiem, który zabił Emily Lewis przed bankiem na ulicy w Lodi w 1968 roku.
Teraz już wiedział, czemu Miller zginał. Dosięgła go zemsta.
Sędzia Thomas Pearson uważnie obserwował wnuka.
Chłopiec stawał się mniej nerwowy, w miarę jak oswajał się z otoczeniem. Jednak na najmniejszy odgłos z dołu, który przedostawał się do ich ciemnego pomieszczenia, wzdrygał się. Widać było wyraźnie jak rosła jego frustracja, połączona z lękiem i reakcją na przymusową bezczy
Rozejrzał się po strychu – diabelska pułapka – otoczony ścianami i przytłoczony odpowiedzialnością. Gdybym stracił Tommy'ego, nie mógłbym spojrzeć w twarz Duncanowi i Megan. To by mnie zabiło.
Spojrzał na zegarek i stwierdził, że kolacja się spóźnia. Pewnie już zapadła noc, pomyślał. Nasza druga noc. Na zewnątrz gęstnieją ciemności, niebo się zachmurzyło. Robi się coraz zimniej, dzień gaśnie szybko, wszystko kryje się w cieniach.
Skinął na Tommy'ego, by podszedł i usiadł przy nim, a następnie objął go ramieniem.
– Tak tu cicho, dziadku – powiedział chłopiec, jakby chcąc się upewnić. – Czasem zdaje mi się, że nikogo tu w ogóle nie ma.
– Wiem – odpowiedział sędzia – ale gdybyśmy spróbowali wywalić łóżkiem drzwi, przekonałbyś się, że oni są i pilnują nas.
– Jak długo będziemy musieli tu siedzieć?
– Już o to pytałeś. Nie wiem.
– Zgadnij.
– To do niczego nie prowadzi, Tommy.
– Proszę.
Czuł napięcie w głosie chłopca i nie mógł się zdecydować, czy powiedzieć prawdę, czy skłamać. To główny kłopot w wychowaniu dzieci, pomyślał. Nigdy nie można być do końca pewnym, czy prawda, prawda dorosłych uwolni je, czy przytłoczy. Mignęło mu wspomnienie wycieczki samochodowej, którą odbył wspólnie z żoną i dziećmi wiele lat temu. Megan miała wtedy tyle lat co Tommy. "Jak długo jeszcze?" – wypytywała w nieskończoność. – "Aż dojedziemy" – odpowiadał. – "Ale jak długo" – upierała się. – Długo. – Ale jak długo? W końcu po dwudziestu minutach postanowił: Powiem jej prawdę. – "Megan, zostały jeszcze dwie godziny, więc zajmij się czymś, popatrz przez okno, albo zagraj w coś z mamą, ale przestań wreszcie pytać – jak długo". Dziewczynka zaczęła krzyczeć: "Dwie godziny! Chcę do domu!" A on aż zgrzytnął zębami.
Ale to była jedynie maleńka prawda. A co z poważnymi sprawami? Na przykład, czy mamy jakieś szansę. Czy w ogóle przeżyjemy?
– Myślę, Tommy, że posiedzimy tu co najmniej jeszcze jeden dzień. Widział jak wargi chłopcu zadrżały.
– Czemu? Chłopiec drżał.
– Myślę, że zażądali od twego taty pieniędzy, a on musi je zebrać, więc to potrwa trochę. Już ci tłumaczyłem.
Tommy pokiwał głową, ale trząsł się w dalszym ciągu.
– Chcę stąd iść – powiedział. Sędzia spostrzegł napływające do oczu łzy. – Chcę iść do domu – powtarzał coraz wyższym głosem, przerywanym łkaniem. – Chcę iść do domu, do domu, do domu…
Dziadek mocno objął go ramionami.
Lecz chłopiec, zamiast się uspokoić w ciepłym mocnym uścisku, nagle wybuchnął, odpychając sędziego.
– Chcę stąd iść! Chcę stąd iść! – wrzeszczał, tupiąc z wściekłości. Nagle zerwał się i podbiegł do drzwi strychu waląc w nie gołą dłonią jak w ogromny rezonujący bęben. – Chcę stąd iść!! – krzyczał przeraźliwie.
Sędzia podbiegł i schwycił go za ramiona. Próbował go odciągnąć, ale chłopiec był silniejszy.
Nie, tylko nie to, pomyślał sędzia. Tylko nie teraz, Tommy, nie teraz, błagam.
Chłopiec po raz drugi wyrwał się z objęć dziadka i rzucił się całym ciężarem na drzwi, które skrzypnęły pod naporem ciała dziecka.
– Wyjść, wyjść, wyjść!! Do domu!! – krzyczał Tommy.
Gdy sędzia próbował powstrzymać go po raz trzeci, Tommy rzucił się na niego z pięściami.
– Nie, nie, nie!! Do domu!!
Sędzia przewrócił się do tyłu zaskoczony nagłością ataku.
Boże, on już nie panuje nad sobą, pomyślał. A ja nie dam rady. Gdy następował jeden z tych jego ataków, trzeba było całej siły Duncana i Megan, żeby go powstrzymać. Nie poradzę sobie sam.
Tommy znów grzmocił pięściami w drzwi. Hałas zdawał się rozsadzać cały dom, wibrujący jak od ciosów olbrzyma.
Sędzia usłyszał tupot nóg po schodach. Boże, idą tu!
– Tommy, przestań, błagam cię, przestań – prosił, starając się bez rezultatu odciągnąć chłopca od drzwi.
– Puść mnie! Puszczaj! – wrzeszczało histerycznie dziecko.
– Tommy, to ja, twój dziadek… – Sędzia bezskutecznie próbował oderwać chłopca od drzwi. Zobaczył krew na jego dłoniach i ten widok przeraził go jeszcze bardziej. – Tommy – krzyczał – Tommy.
– Nie, nieeee!! – krzyczał Tommy czując na ramionach ręce dziadka.
Sędzia usłyszał dźwięk odsuwania rygla, chwycił chłopca i szarpnął go do tyłu z całej mocy.
Tommy wydał długi przeraźliwy krzyk, który rozbrzmiał echem w maleńkim pokoju i rozszedł się po całym domu.
Olivia Barrow i Bill Lewis wpadli do środka trzymając w pogotowiu broń – na ich twarzach malowało się zmieszanie a nawet ślad niepokoju. Stanęli wpatrując się w miotające się dziecko, w ramionach dziadka.
– Nie chcę, nie chcę! – krzyczał Tommy. – Puśćcie mnie, idźcie stąd!!
– Zamknij się! – wrzasnął Bill Lewis.
– Spokój! – zawtórowała Olivia.
Ale na Tommym nie robiło to żadnego wrażenia – oczy miał zamknięte, a ciało jakby wstrząsane prądem elektrycznym.
– Nie utrzymam go – krzyknął nagle sędzia, czując, że chłopiec wyślizguje mu się z rąk.