Страница 23 из 82
– Jest tam dziadek. Wytłumaczy im wszystko.
– Jeśli mu pozwolą. Przecież jemu też mogą coś zrobić.
– Rany, ty chyba nic nie wiesz o kidnaperach. Nic im nie przyjdzie z tego, że zrobią krzywdę porwanym. Wtedy nie dostaną pieniędzy.
– Wiem. Wszyscy o tym wiedzą. Ale czasami ludzie wpadają w panikę. A założę się, że mają broń. W dodatku mogą się wkurzyć na dziadka – jest zgryźliwy i uparty, i na pewno będzie im się stawiał. O to się boję.
– Gdzie jest cukier i śmietanka?
– Pod twoim nosem, głuptasie.
– A, rzeczywiście.
– A poza tym, nie rozumiem, po co porwali akurat Tommy'ego i dziadka.
– Właśnie, też się nad tym zastanawiam. Zwykle porywają dzieci bardzo bogatych ludzi. Na przykład synów milionerów naftowych. Albo gwiazd filmowych.
– Jak mama i tata im zapłacą?
– Myślę, że chyba mają dość pieniędzy.
– Skąd wiesz?
– Widziałam kiedyś książeczkę czekową ojca, było na niej ponad siedem tysięcy dolców.
– Kidnaperzy na ogół żądają milionów.
– Sądzisz, że tata mógłby je pożyczyć?
– Od kogo?
– Sama nie wiem.
– W każdym razie ciekawe, o co się tak kłócą?
– Taaak. I dlaczego nie zawiadomili policji? Myślałaś o tym?
– Kidnaperzy zawsze uprzedzają, że zabiją porwanych, jeśli zadzwoni się na policję.
– Ale w filmach telewizyjnych i tak zawsze zawiadamia się gliniarzy.
– Tak, wiem. Albo prywatnych detektywów, jak Spensera albo Magnum.
– Myślisz, że to zrobią?
– Nie wiem. Nie sądzę, żeby w Greenfield byli jacyś prywatni detektywi. Nie znam nikogo, kto by tak wyglądał.
– Jak myślisz, będziemy musiały iść jutro do szkoły?
– Nie zastanawiałam się nad tym.
– Biedny Tommy. Założę się, że jest przerażony.
– Taak, chyba tak. Myślisz, że go związali?
– Nie. Najwyżej nogi. Ale pewnie nie wiedzą, jak szybko potrafi biegać.
– Aha, szybciej niż ty, grubasku.
– Zaraz, zaraz, ważymy tyle samo, więc mów za siebie.
– Wcale nie. Ostatnio schudłam prawie trzy kilo, tylko ci o tym nie powiedziałam.
– Nieprawda.
– Właśnie, że tak.
– Założę się, że schudłaś nie więcej niż ten grejpfrut, który zjadłaś…
– W każdym razie Tommy jest szybszy niż my obie.
– A jeśli go zabiją? – W momencie kiedy wypowiedziała te słowa, Lauren położyła rękę na ustach, i szybko dodała: – Nie, nie, lepiej nawet o tym nie myśleć. Nie wierzę, że mogłam to powiedzieć.
– A jeżeli? – zapytała Karen.
Spojrzały na siebie i obie poczuły łzy w oczach. Rzuciły się sobie w ramiona.
– Nie pozwolę im – płakała Lauren. – Nie pozwolę. To taki mały chłopiec, to byłoby niesprawiedliwe.
– Musimy coś zrobić – powiedziała Karen. – Jeśli coś się stanie Tommy'emu, to… Cholera, to niemożliwe, nie pozwolę im!
– Ale co my możemy zrobić?
– Nie wiem, lecz jeśli zrobią Tommy'emu najmniejszą krzywdę, to ja… ja… to ich zabijemy.
– Masz rację. Już nas popamiętają! Pamiętasz, jak Alex Williams pobił Tommy'ego? Dobrze mu wtedy dołożyłaś.
– Nie przyszło mu nawet do głowy, że mogę go uderzyć. Karen uśmiechnęła się.
– Myślą, że jak jesteś dziewczyną i do tego kilkunastoletnią, to nie jesteś w stanie zrobić czegoś takiego. A przecież my nie jesteśmy już takie młode. Mogłybyśmy nawet iść do wojska, gdybyśmy chciały.
– Do tego trzeba mieć osiemnaście lat.
– To zaledwie jeszcze dziewięć miesięcy. A zresztą, przyjmują i młodszych, jeśli tylko rodzice wyrażą zgodę. Pamiętasz tego człowieka, co przyszedł do naszej szkoły, żeby werbować do armii?
– Tak, rzeczywiście.
– Ciii… zauważyłaś?
– Co?
– Uciszyli się. Już się nie kłócą.
– Mamy tam iść?
– Chyba tak.
Ale zanim zdążyły się ruszyć, usłyszały, że ojciec ich wola.
Usiadły na sofie naprzeciwko rodziców. Spokojnie czekały na to, co powiedzą.
Zaczęła Megan.
– Dziewczęta, nie mamy zbyt wiele informacji, ale możemy wam powiedzieć, że Tommy i dziadek zostali porwani przez pewnych ludzi. Nie wiemy, dokąd ich zawieźli, ani czego od nas chcą. Jak dotąd. Dzwonili do taty i rozmawiali z nim tuż przed jego wyjściem z banku. Powiedzieli, że wkrótce znowu się odezwą. Właśnie na to czekamy.
– Czy z Tommym i dziadkiem wszystko w porządku?
– Powiedzieli, że obaj są cali i zdrowi. Nie sądzę, żeby chcieli coś im zrobić dopóki… – zawahała się. – No cóż, nie wiemy, jakie mają plany. Wiemy tylko, że chcą pieniędzy.
– Ile?
– Tego jeszcze nie powiedzieli.
– Dlaczego nie zadzwoniliście na policję? – zapytała Lauren. Duncan westchnął głęboko. Zaczęło się, pomyślał.
– Zagrozili nam, że zrobią krzywdę Tommy'emu i dziadkowi, jeśli zawiadomimy policję. Tak więc, na razie nie chcemy ryzykować.
– Przecież gliniarze wiedzą, jak postępować z kidnaperami…
– Myślicie, że mogłaby tu pomóc policja w Greenfield?
– Może nie, ale policja stanowa albo FBI…
Powiem im, zaraz powiem im wszystko, pomyślał Duncan. Spojrzał na Megan.
– Nie, Lauren, musimy najpierw poczekać.
– Czekaj! Myślę, że…
– Nie sprzeczaj się – przerwał jej Duncan.
Lauren cofnęła się, natomiast Karen nachyliła się do przodu.
– To nie ma sensu. Policja pomoże nam. A jeśli nie będziemy mieli dosyć pieniędzy dla kidnaperów?
– Na razie musimy po prostu poczekać. Ucichły, ale po chwili znowu odezwała się Karen.
– Mamo, dlaczego to wszystko się stało?
– Nie wiem, kochanie. Karen pokręciła głową.
– To wszystko jest bez sensu. W pokoju zapadła cisza.
Karen uniosła się nieco i ujęła rękę Lauren. Siedziały na swoich miejscach, ale Karen czuła się silniejsza, kiedy dotykała siostry. Lauren ścisnęła jej dłoń na znak zachęty.
– To naprawdę nie ma sensu. Myślicie, że jesteśmy wciąż małymi dziećmi i nie chcecie nam powiedzieć prawdy, ale Tommy jest też naszym bratem, a my nic nie rozumiemy. Myślicie, że wolimy nie rozumieć, ale to nieprawda. Myślicie, że nie wytrzymamy tego, ale on jest naszym bratem i chcemy pomóc. A jak to mamy zrobić, jeśli nic nie wiemy?
Lauren zaczęła płakać, jakby żale siostry były też jej żalami. Oczy Karen również wypełniły się łzami.
Megan poczuła ukłucie w sercu. Usiadła miedzy dziewczynkami i objęła je ramionami, przytulając do piersi.
Duncan wstał i usiadł obok Karen również ogarniając ramionami rodzinę.
– Macie rację – powiedział rzeczowym tonem. – Nie powiedzieliśmy wam nawet połowy prawdy. – Spojrzał na Megan. – Powi
Skinęła głową.
– Przepraszam, masz rację. Trzeba im powiedzieć.
Mocno przygarnęła dziewczynki do siebie. Poczuła jednak, że ich mięśnie zesztywniały, a uwagę zwróciły głównie ku ojcu.
– Nie bardzo wiem, od czego zacząć – przyznał – ale na początek udzielę wam kilku informacji. Przyczyną, dla której nie wezwaliśmy na pomoc policji, jest to, że ja, to znaczy my – wasza matka i ja – wiemy, kim są porywacze.
– Znacie ich?
– To kobieta, którą znaliśmy osiemnaście lat temu. Jeszcze zanim wy się urodziłyście.
– Jak to?
– Byliśmy z nią razem w grupie radykałów.
– Co?
– Radykałów. Uważaliśmy się za rewolucjonistów. Chcieliśmy zmienić świat.
– Wy? Niemożliwe!
Duncan wstał z kanapy i zaczął chodzić po pokoju.
– Nie wiecie, jak wtedy było – powiedział. – To wszystko przez wojnę. Była taką niesprawiedliwością, takim złem; cały naród oszalał. Był rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty ósmy. Akurat trwała ofensywa Tet, z ciężarówek rozrzucano zdjęcia marines, saperów na terenie ambasady, no i zdjęcie zastrzelonego Wietnamczyka. A potem zabity został Martin Luther King, zastrzelono go, kiedy przemawiał z balkonu w Memphis, i wybuchły zamieszki w Newark, w Waszyngtonie i wielu i