Страница 87 из 120
Lucy kiwnęła głową. Francis nie był pewien, czy mu uwierzyła.
– Zobaczę, co się da zrobić – powiedziała, ale chłopak miał wrażenie, że zgodziła się tylko dlatego, żeby zrobić mu przyjemność, i tak naprawdę nie widziała w tym żadnego sensu. Spojrzała na Petera. – Moglibyśmy zorganizować przeszukanie całej sypialni w Williams. Nie potrwałoby to długo, a jest szansa, że przyniosłoby efekty.
Lucy pomyślała, że trzeba trzymać się konkretniejszych aspektów dochodzenia. Listy i podejrzenia były intrygujące, ale czułaby się o wiele pewniej, dysponując dowodami, które można przedstawić na sali sądowej. Strata zakrwawionej koszuli martwiła ją o wiele bardziej, niż to po sobie pokazywała; zależało jej na znalezieniu i
Znów pomyślała: nóż, palce, zakrwawione ubrania i buty.
– Coś w tym może być – powiedział Peter. Spojrzał na prokurator i uświadomił sobie, jaka jest stawka.
Francis wątpił w tego typu rozwiązanie. Pomyślał, że anioł na pewno przewidział takie posunięcie. Musieli wymyślić coś podstępnego, co aniołowi nie przyszłoby do głowy. Coś dziwnego, i
Duży Czarny podniósł wzrok.
– Za wcześnie jeszcze na lekarstwa, Mewa – powiedział. – Ale domyślam się, że nie po to przyszedłeś, co?
Francis pokręcił głową.
– Pan mi uwierzył, prawda?
Pielęgniarz rozejrzał się, zanim odpowiedział.
– Jasne, Mewa. Problem w tym, że nie jest dobrze zgadzać się z pacjentem. Rozumiesz? Tu nie chodziło o prawdę. Tu chodziło o moją pracę.
– On może wrócić. Dzisiaj w nocy.
– Wątpię. Gdyby chciał cię zabić, Mewa, już by to zrobił.
Francis też tak sądził, chociaż to spostrzeżenie dodawało mu otuchy, a zarazem przerażało.
– Panie Moses – wychrypiał bez tchu. – Dlaczego nikt tutaj nie chce pomóc pa
Duży Czarny zesztywniał i odwrócił się.
– Przecież ja pomagam, nie? Mój brat też.
– Wie pan, o co mi chodzi. Duży Czarny kiwnął głową.
– Wiem, Mewa. Wiem.
Rozejrzał się, chociaż wiedział, że w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby podsłuchać. Mimo to mówił szeptem, bardzo ostrożnie.
– Musisz coś zrozumieć, Mewa. Narobienie tutaj dymu przy szukaniu tego gościa… wiesz: rozgłos, dochodzenie władz, nagłówki w gazetach i tłum reporterów z telewizji, no, oznaczało koniec kariery dla niektórych ludzi. Za dużo pytań. Prawdopodobnie trudnych. Może nawet doszłoby do przesłuchań w senacie stanu. Mnóstwo zamieszania, a nikt, kto pracuje na państwowym, zwłaszcza doktor albo psycholog, nie ma ochoty się tłumaczyć, dlaczego pozwolił mordercy mieszkać w szpitalu. Mówimy tu o skandalu, Mewa. O wiele łatwiej zatuszować sprawę, wymyślić jakieś wyjaśnienie jednej czy dwóch śmierci. Nikt nikogo nie oskarża, wszyscy dostają pensje, nikt nie traci pracy i życie toczy się dalej swoim dawnym torem. Tak samo jak w każdym i
Francis uświadomił sobie, że wpadł. Po prostu nie chciał się z tym pogodzić.
– Musisz pamiętać o jednym – dodał Duży Czarny, kręcąc głową. – Nikogo tak naprawdę nie obchodzą wariaci.
Pa
– Doktor jest zajęty – oznajmiła; jej palce śmigały nad klawiaturą, a stalowa kulka starego selectrica skakała po kartce. – Nie umówiła się pani na spotkanie – dodała.
– To zajmie tylko chwilkę.
– Zobaczę, czy uda mi się coś załatwić. Niech pani usiądzie. Sekretarka nie odsunęła się od maszyny, nie podniosła nawet słuchawki telefonu, dopóki Lucy nie odsunęła się od biurka i nie usiadła na wygniecionej kanapie w poczekalni.
Nie odrywała wzroku od pa
– Doktor panią przyjmie – poinformowała po chwili sekretarka tonem, jakim recepcjonistka zwraca się do pacjenta w poczekalni.
Gulptilil stał za biurkiem, wpatrując się w drzewo rosnące tuż za oknem. Odchrząknął, kiedy pani prokurator weszła, ale nie poruszył się. Lucy czekała, aż lekarza zainteresuje jej obecność. Po chwili odwrócił się, nieznacznie pokręcił głową i opadł na fotel.
– Pa
– Wezwać?
– Właśnie tak – powiedział Gulptilil. – Dopiero co rozmawiałem z pani szefem, prokuratorem hrabstwa Suffolk. Powiedzmy, że bardzo ciekawiła go pani obecność tutaj i postępy w prowadzeniu sprawy. – Rozparł się w fotelu. Na twarzy miał krokodylowy uśmiech. – Ale chyba przyszła pani do mnie z jakąś prośbą, czyż nie?
– Tak – odparła powoli. – Chciałabym dostać nazwiska i karty wszystkich pacjentów z Williams, z dormitorium na pierwszym piętrze. A jeśli to możliwe, także plan rozmieszczenia łóżek, żebym mogła powiązać nazwiska z diagnozami i miejscem zajmowanym w sypialni.
Doktor Gulptilil kiwnął głową wciąż się uśmiechając.
– Chodzi o dormitorium, w którym panuje teraz piekielne zamieszanie dzięki pani poprzednim dociekaniom?
– Tak.
– Rozgardiasz, jaki pani już stworzyła, prędko się nie uspokoi. Jeśli dam te informacje, czy obieca mi pani, że zanim rozpocznie jakiekolwiek działania w tej części szpitala, najpierw mnie poinformuje?
Lucy zacisnęła zęby.
– Dobrze. A zatem, skoro o tym mowa, chciałabym, żeby całą tę salę przeszukano.
– Przeszukano? Zamierza pani przetrząsnąć nieliczne osobiste rzeczy pacjentów?
– Owszem. Muszę odszukać ważne dowody rzeczowe, a jestem przekonana, że część z nich znajduje się właśnie w tamtym dormitorium, dlatego potrzebuję pana pozwolenia na przeszukanie.
– Dowody rzeczowe? Na jakich podstawach opiera pani to przekonanie?
Lucy się zawahała.
– Uzyskałam informacje z wiarygodnego źródła, że jeden z tamtejszych pacjentów posiadał zakrwawioną koszulę. Rodzaj ran Krótkiej Blond pozwala wnosić, że ten, kto popełnił zbrodnię, miałby ubranie wymazane jej krwią.
– Hm, to brzmi sensownie. Ale czy policja nie znalazła zakrwawionych ubrań na Chudym, kiedy go aresztowano?
– Jestem zdania, że tę niewielką ilość przeniosła na niego i
Doktor Gulptilil się uśmiechnął.
– Ach, oczywiście. – Westchnął. – Nasz współczesny Kuba Rozpruwacz. Zbrodniczy geniusz, nie, proszę wybaczyć, to złe określenie. Mistrz zbrodni. W samym środku naszego szpitala. Cóż, mało prawdopodobne, ale pozwalam pani kontynuować śledztwo. A ta zakrwawiona koszula… mogę ją zobaczyć?
– Niestety, nie mam jej.
Gulptilil kiwnął głową.
– Nie wiedzieć czemu, pa
– Nie. To szpital stanowy, macie państwo prawo go przeszukiwać w celu wykrycia jakichkolwiek niedozwolonych substancji albo przedmiotów. Ja proszę tylko o zrobienie tego w mojej obecności.
Gulptilil przez chwilę kołysał się w fotelu.
– A więc nagle doszła pani do wniosku, że ja i mój personel możemy się jednak przydać?
– Nie jestem pewna, czy rozumiem, co chce pan przez to powiedzieć – skłamała Lucy.
Gulptilil najwyraźniej wyczuł fałsz, ponieważ westchnął znacząco.
– Ach, pa