Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 62 из 120

Po obu stronach Petera stali Mały Czarny i jego wielki brat.

– Peter, pochyl się – szepnął ponaglająco mniejszy z pielęgniarzy. – Nikt nie może ci się dobrze przyjrzeć.

Strażak był ubrany w białe spodnie i krótki fartuch laboratoryjny tak samo jak dwaj pielęgniarze, chociaż oni mieli na nogach przepisowe, czarne buty na grubej podeszwie, a on wysokie, płócie

Po prawej widział grupkę pacjentów pracujących w ogródku. Na zapuszczonym asfalcie dawnego boiska pół tuzina i

System przeszukiwania opracowali sobie wcześniej. Mały Czarny uprzedzał i

– Zapomina się, co? – powiedział cicho. – W taki ładny dzień jak ten. Peter kiwnął głową.

– W taki dzień jak ten – ciągnął olbrzym – to nie fair być chorym.

– Wiesz, Peter – włączył się nieoczekiwanie Mały Czarny – w taki dzień jak ten jest tu jeszcze gorzej niż zwykle. Wszyscy czują smak namiastki tego, czego im brakuje. Zimny dzień. Deszczowy. Wietrzny i śnieżny. Wtedy pacjenci wstają rano i nie robią problemów. Nigdy nie zwracają na nic uwagi. Ale w piękny dzień każdemu jest ciężko.

Peter nie odpowiedział.

– A zwłaszcza takim, jak twój młody przyjaciel – dodał Mały Czarny. – Mewa cały czas ma nadzieję, marzy. I nie, że daleko mu jeszcze do normalnego świata.

– On wyjdzie – powiedział Peter. – I to prędko. Niemożliwe, żeby trzymano go tu aż tak długo.

Duży Czarny westchnął.

– Chciałbym, żeby to była prawda. Mewa ma ogromne kłopoty.

– Francis? – spytał Peter z niedowierzaniem. – Ależ on jest nieszkodliwy. Każdy głupi to widzi. Przecież ten chłopak w ogóle nie powinien tu trafić…

Mały Czarny pokręcił głową, jakby żadne słowo Petera nie było prawdą, a on sam nie mógł pojąć tego, co rozumieją pielęgniarze, ale nic nie powiedział. Peter zerknął na główne wejście do szpitala, na bramę z kutego żelaza i gruby, ceglany mur. W więzieniu, pomyślał, odosobnienie zawsze było kwestią czasu. Czyn określał jak długiego. Mógł to być rok albo dwa, dwadzieścia albo trzydzieści lat, ale zawsze chodziło o skończony okres, nawet dla tych skazanych na dożywocie, bo w końcu, nieodwołalnie, nadchodziła komisja zwolnień warunkowych albo śmierć. W szpitalu tak nie było. Długość pobytu tutaj określało coś o wiele bardziej nieuchwytnego i trudniejszego do uzyskania.

Duży Czarny chyba odgadł myśli Petera, ponieważ znów się odezwał, głosem, w którym wciąż pobrzmiewał smutek.

– Nawet jeśli załatwi sobie rozmowę, ma przed sobą długą drogę, zanim go stąd wypuszczą.

– To bez sensu – stwierdził Peter. – Francis jest bystry i nie skrzywdziłby nawet muchy…

Tak – przerwał Mały Czarny. – I cały czas słyszy głosy, mimo leków, i nie rozumie, dlaczego tu trafił, a pan Zły bardzo go nie lubi, chociaż nie wiem dlaczego. Wszystko to razem, Peter, oznacza, że twój przyjaciel tu zostanie i że nie wyznaczą mu żadnego terminu rozmowy. W przeciwieństwie do niektórych i

Peter zaczął coś mówić, potem zacisnął usta. Przez chwilę szli przed siebie w milczeniu; Strażak próbował wygnać ciepłem dnia chłodne myśli, które zasiali w nim dwaj pielęgniarze.

– Mylicie się – powiedział w końcu. – Obaj się mylicie. On wyjdzie. Wróci do domu. Ja to wiem.

– W domu nikt go nie chce – zauważył Duży Czarny.

– W przeciwieństwie do ciebie – powtórzył Mały Czarny. – Każdy chce Strażaka dla siebie. Gdzieś w końcu trafisz, ale nie tutaj.

– Aha – odparł Peter gorzko. – Z powrotem do więzienia. Tam, gdzie moje miejsce. Na dwadzieścia lat albo dożywocie.

Mały Czarny wzruszył ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że Peter może nie tyle coś pokręcił, ile minął się z prawdą. Przeszli jeszcze kilka kroków w stronę budynku Williams.

– Pochyl się – rozkazał Mały Czarny, kiedy zbliżyli się do bocznego wejścia.

Peter znów opuścił głowę i wbił wzrok w zakurzoną ścieżkę. Nie było to łatwe, bo każdy promień słońca na plecach przypominał mu o i

Mężczyzna siedzący naprzeciwko Lucy uśmiechnął się pusto.

– Pamięta pan pielęgniarkę, którą nazywano Krótką Blond? – spytała po raz drugi.

Mężczyzna zakołysał się i cicho jęknął. Nie był to jęk potakujący ani przeczący, lecz po prostu sygnalizujący słuchanie. A przynajmniej Francis nazwałby ten dźwięk jękiem, ale tylko z braku lepszego słowa, bo przesłuchiwany pacjent w najmniejszym stopniu nie sprawiał wrażenia przejętego czymkolwiek, ani pytaniem, ani twardym krzesłem, ani obecnością pani prokurator. Był potężny, barczysty, miał krótko przycięte włosy i szeroko otwarte oczy, nadające twarzy wyraz ciągłego zdziwienia. W kąciku ust zebrało mu się trochę śliny; kołysał się do rytmu, który rozbrzmiewał tylko w jego uszach.

– Odpowie pan na jakiekolwiek pytania? – spytała Lucy Jones ze zniecierpliwieniem.

Mężczyzna uparcie milczał; słychać było tylko ciche skrzypienie krzesła na którym kołysał się w przód i w tył. Francis spojrzał na jego dłonie, wielkie i sękate jak u starca, co zupełnie nie pasowało, bo milczący człowiek był prawdopodobnie niewiele starszy od niego. Francis czasami myślał, że w szpitalu zmieniały się nawet normalne zasady starzenia. Młodzi ludzie wyglądali jak starzy. Starzy wyglądali jak wiekowi. Mężczyźni i kobiety, którzy powi