Страница 45 из 120
– Też o tym pomyślałam – wtrąciła Lucy. – Kiedy stworzymy portret człowieka, którego szukamy, wszystko się nam wyklaruje. – Odwróciła się do Francisa. – Mewa, będę potrzebowała twojej pomocy.
Francis nachylił się do pani prokurator.
– Jakiej?
– Chyba nie pojmuję szaleństwa – powiedziała.
Francis musiał zrobić zmieszaną minę, bo Lucy się uśmiechnęła.
– Och, nie zrozum mnie źle. Nie mam problemu z językiem psychiatrii, kryteria diagnozy, planami leczenia i tekstami medycznymi. Ale nie wiem, jak to wygląda od środka, z pozycji patrzącego. Myślę, że ty w tym mi pomożesz. Muszę wiedzieć, kto byłby w stanie popełnić te zbrodnie.
– Jak pani chce… – mruknął Francis niepewnie.
Peter za to kiwał głową, jakby widział coś, co było oczywiste dla niego i powi
– Na pewno da sobie radę. Ma wrodzony talent. Prawda, Mewa?
– Postaram się.
Gdzieś w głębi siebie Francis usłyszał stłumiony gwar, jakby jego mieszkańcy prowadzili gwałtowny spór. Potem odezwał się jeden z głosów. Powiedz im. Możesz. Powiedz im, co wiesz. Zawahał się, ale po chwili zaczął mówić, a słowa pochodziły z jakiegoś wewnętrznego źródła.
– Musi pani zdać sobie sprawę z jednej rzeczy – zaczął powoli, ostrożnie. Lucy i Peter popatrzyli na niego, jakby trochę zaskoczeni faktem, że włączył się do rozmowy.
– Z jakiej? – spytała Lucy.
Francis kiwnął głową w stronę Petera.
– Peter ma chyba rację. Napastnik musi być silny, a tu nie ma za dużo ludzi, którzy wyglądaliby na dość krzepkich, żeby pokonać kogoś takiego jak Krótka Blond. To znaczy, tak pewnie jest. Ale nie do końca. Jeśli anioł słyszał głosy rozkazujące mu zaatakować Krótką Blond i tamte i
Przerwał i usłyszał w sobie dudniące echo: Zgadza się. Dobrze powiedziane, Francis.
Peter spojrzał na przyjaciela uważnie, potem uśmiechnął się szeroko. Stuknął Francisa w ramię.
Lucy też się uśmiechnęła.
– Będę o tym pamiętać, Francis. – Westchnęła głęboko. – Dzięki. Myślę, że możesz mieć rację. To tylko potwierdza fakt, że nie prowadzimy zwyczajnego śledztwa. Zasady są tu trochę i
Francis poczuł ulgę i zadowolenie, że na coś się przydał. Wskazał swoje czoło.
– Tutaj też są i
Lucy dotknęła jego ramienia.
– Będę pamiętać – powtórzyła i pokręciła głową. – Musicie się dla mnie dowiedzieć czegoś jeszcze.
– Proszę mówić – rzucił Peter pospiesznie.
– Evans dał do zrozumienia, że są sposoby, żeby poruszać się nocą między budynkami bez zwracania na siebie uwagi ochrony. Mogę zapytać go wprost, co miał na myśli, ale wolałabym ograniczyć jego udział do minimum…
– Rozumiem – powiedział szybko Peter. Może trochę za szybko.
Lucy spojrzała na niego ostro.
– Cały czas się zastanawiam, czy nie moglibyście zbadać tego z punktu widzenia pacjentów. Kto wie, jak niepostrzeżenie się przemieszczać po terenie? Co się ryzykuje? I komu by na tym zależało?
– Uważa pani, że anioł przyszedł z i
– Chcę się dowiedzieć, czy mógł.
Peter znów kiwnął głową.
– Rozumiem – powtórzył. Zaczął mówić coś jeszcze, przerwał. – Dowiemy się, czego damy radę – obiecał po chwili.
– To dobrze – odparła energicznie Lucy. – Idę do doktora Gulptilila. Zamierzam dokładniej przyjrzeć się różnym datom. Każę się oprowadzić po i
– Można wyeliminować mężczyzn ze zdiagnozowanym upośledzeniem – poradził Peter. – Zawęzi pani pole działania. Ale tylko z ciężkim upośledzeniem.
Lucy znów kiwnęła głową.
– Słusznie. Spotkajmy się w moim gabinecie przed obiadem, zobaczymy, co uda się nam wskórać.
Odwróciła się i odeszła szybkim krokiem. Francis zauważył, że pacjenci schodzili pani prokurator z drogi. W pierwszej chwili pomyślał, że ludzie muszą się bać Lucy, czego nie rozumiał, potem jednak uświadomił sobie, że raczej płoszyła ich jej obcość. Ona była normalna, oni nie. Chodziło o to, co sobą reprezentowała – egzystencja tej kobiety sięgała poza mury szpitala. Obecność Lucy, pomyślał, podważała logikę istnienia świata, w którym wszyscy tu żyli. I to wydawało się najbardziej niepokojące.
Francis przyjrzał się uważnie twarzom niektórych pacjentów i zrozumiał, że w budynku bardzo niewiele osób naprawdę pragnęło zburzenia spokoju ich świata, co przynosiła ze sobą Lucy. W Szpitalu Western State pacjenci i personel kurczowo trzymali się codzie
Zastanawiał się, czy on sam też pasuje do tej kategorii.
Po chwili Peter odwrócił się i lekko pokręcił głową.
– Będzie ciężko, Mewa – powiedział.
– Co masz na myśli?
– Lucy się wydaje, że to zupełnie prosta sprawa. Dała nam zadanie, żebyśmy mieli zajęcie i mogli się skupić. Ale tu chodzi o coś więcej.
Francis wyczekująco spojrzał na Petera.
– Kiedy tylko zaczniemy wypytywać ludzi, rozejdą się słuchy i wcześniej czy później dotrą do kogoś, kto rzeczywiście wie, jak przechodzić z budynku do budynku po zmroku, kiedy wszyscy teoretycznie są zamknięci, nafaszerowani lekami i śpią. To ktoś, kogo szukamy. Wtedy będziemy narażeni na atak. – Peter wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze z płuc. – Pomyśl tylko – mruknął cicho, pod nosem. – Wszyscy mieszkamy w budynkach rozsianych po całym terenie szpitala. Tu jemy. Chodzimy na sesje. Spędzamy wolny czas. Śpimy. A każdy budynek jest taki sam.
Jeden w drugi. Małe, zamknięte światy w większym zamkniętym świecie. Kontakty między nimi są ograniczone do minimum. Cholera jasna, twój rodzony brat mógłby siedzieć w budynku obok, a ty byś o tym nie wiedział. Więc po co ktokolwiek miałby przechodzić do i
Duży Czarny i siostra Błąd urządzili tego popołudnia w świetlicy warsztaty malarskie zamiast regularnej sesji grupowej pana Złego. Nie wyjaśniono, gdzie się podział Evans. Lucy też nie było w budynku. Tuzinowi członków grupy rozdano duże, białe płachty grubego, szorstkiego papieru. Potem usadzono ich w luźnym kręgu i dano do wyboru akwarele albo kredki świecowe.