Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 42 из 120

– Oczywiście, nie będę tego robić – powiedziała Lucy posłusznie.

– Zwłaszcza że wciąż czekam, aż wykaże mi pani, że ta poszukiwana mityczna persona rzeczywiście tu jest.

Lucy uśmiechnęła się lekko.

– A jakie dokładnie dowody chciałby pan zobaczyć? – spytała, kiedy milczenie zaczęło się robić niezręczne.

Evans również się uśmiechnął, jakby słowna szermierka sprawiała mu przyjemność. Pchnięcie. Parada. Cios.

– Coś więcej niż tylko przypuszczenie – odparował. – Może wiarygodnego świadka, chociaż skąd miałaby go pani wziąć w szpitalu dla umysłowo chorych, trudno mi sobie wyobrazić… – Zaśmiał się, jakby to był żart. -… Albo może narzędzie zbrodni, którego jak dotąd nie odnaleziono. Coś konkretnego. Solidnego… – Znów zrobił wesołkowatą minę niczym uczestnik przedstawienia, urządzonego wyłącznie dla jego uciechy. – Oczywiście, jak pewnie już się pani zorientowała, pa

– Być może człowiek, którego szukam, nie jest umysłowo chory, według pana dokładnej definicji – powiedziała Lucy. – Należy do zupełnie i

– Cóż, może tak – odparł Evans żywo. – Właściwie to bardzo prawdopodobne. Ale tutaj mamy aż w nadmiarze ludzi i tej pierwszej kategorii, a nie z drugiej. - Ukłonił się lekko i zatoczył ręką krótki łuk, wskazując swój gabinet. – Wciąż ma pani ochotę przejrzeć karty? – spytał.

Lucy odwróciła się do Petera i Francisa.

– Muszę to zrobić. A przynajmniej zacząć. Spotkamy się później.

Peter spojrzał ze złością na pana Evansa, który nie popatrzył w jego stronę, lecz poprowadził Lucy Jones korytarzem, odpędzając podchodzących do niego pacjentów. Francisowi skojarzył się z człowiekiem wyrąbującym sobie maczetą drogę przez dżunglę.

– Byłoby miło, gdyby się okazało, że to tego sukinsyna szukamy – mruknął pod nosem Peter. – To by było naprawdę niezłe, zostałbym tu dla samej tej satysfakcji. – Wybuchnął krótkim śmiechem. – Cóż, Mewa. W życiu nigdy nie ma aż tak dobrze. Wiesz, jak to mówią: „Uważaj, żeby twoje życzenia się nie spełniły”. – Cały czas, kiedy to mówił, nie spuszczał oka z pana Evansa idącego korytarzem. Odczekał kilka chwil. – Porozmawiam z Napoleonem – dodał i westchnął. – Przynajmniej dowiem się, jak to wszystko wygląda z perspektywy XVIII wieku.

Francis poszedłby z nim, ale zawahał się, a Peter odwrócił się na pięcie i pomaszerował do świetlicy. W tym momencie chłopak zauważył Dużego Czarnego. Pielęgniarz stał oparty o ścianę i palił papierosa; jego biały uniform lśnił w promieniach słońca wpadającego przez okna. Skóra Dużego Czarnego wydawała się przez to jeszcze ciemniejsza; Francis zobaczył, że pielęgniarz im się przyglądał. Podszedł do niego, a olbrzym odepchnął się od ściany i rzucił papierosa na podłogę.

– Paskudny nałóg – parsknął. – Tak samo śmiertelny jak wszystko i

Francis nie odpowiedział. Patrzył, jak pielęgniarz spogląda wzdłuż korytarza, zatrzymując wzrok najpierw na jednym pacjencie, potem na drugim, ale tak naprawdę skupiał się na czymś zupełnie i

– Dlaczego oni się nienawidzą, panie Moses? – spytał po chwili Francis.

Duży Czarny nie odpowiedział wprost.

– Wiesz, czasami, na południu, gdzie się urodziłem, trafiały się staruszki, które potrafiły przeczuwać zmiany pogody. Wiedziały, kiedy nad wodą rozpęta się sztorm. Zwłaszcza w porze huraganów chodziły, węszyły w powietrzu, śpiewały albo recytowały zaklęcia, czasami rzucały kawałki kości i muszelki na szmatki. Trochę jak wiedźmy. Teraz, kiedy jestem wykształconym człowiekiem, żyjącym we współczesnym świecie, Mewa, wiem, że nie należy wierzyć w te czary i inkantacje. Ale sęk w tym, że one się nigdy nie myliły. Jeśli nadciągał sztorm, wiedziały o tym pierwsze. To one kazały ludziom zaganiać bydło do obór, wzmacniać dachy, przygotować trochę wody w butelkach na wypadek nieszczęścia, którego nikt i

– Dalej nie rozumiem, panie Moses.

Olbrzym pokręcił głową.

– Powiem tak: Evans ma brata. I być może to, co zrobił Peter, ma coś wspólnego z tym bratem. Dlatego, kiedy Peter tu trafił, Evans załatwił wszystko tak, żeby to on odpowiadał za jego ocenę. Dopilnował, żeby Peter wiedział, że cokolwiek by chciał, on, Evans, postara się, żeby tego nie dostał.

– Ale to niesprawiedliwe – zaprotestował Francis.

– Nie mówiłem, że coś tu jest sprawiedliwe, Mewa. W ogóle nie wspominałem o sprawiedliwości. Powiedziałem tylko, że być może ma to jakiś związek z tymi paskudnymi kłopotami, które nas czekają, prawda?

Duży Czarny wsadził dłoń do kieszeni. Kiedy to zrobił, zadzwonił pęk kluczy przy jego pasku.

– Panie Moses, te klucze… Są do wszystkich drzwi?

Moses kiwnął głową.

– Tak. Do Amherst. Do i

– Kto ma takie klucze?

– Przełożone pielęgniarki. Ochrona. Pielęgniarze, tacy jak ja i mój brat. Główny personel.

– Zawsze wiadomo, gdzie są wszystkie komplety?

– Teoretycznie. Ale wiesz, to, co ludzie powi

Francis uśmiechnął się na ten komplement.

– Zastanawiam się, czy żadnych kluczy nigdy nie brakuje – powiedział. Duży Czarny pokręcił głową.

– Źle sformułowałeś pytanie, Mewa. Spróbuj jeszcze raz.

– Czy jakichś kluczy brakuje?

– O, to właściwe pytanie. Tak. Jednego kompletu brakuje.

– Ktoś ich szukał?

– Owszem. Ale może „szukał” to złe słowo. Ludzie zajrzeli w miejsca, które przyszły im do głowy, potem dali sobie spokój.

– Kto je zgubił?

– Ależ nikt i

Francis zobaczył, że pielęgniarki za siatką dyżurki na środku korytarza podniosły wzrok i uśmiechnęły się, jakby usłyszały żart. Mały Czarny też się wyszczerzył.

– Wiesz co, Francis? – powiedział.

– Co takiego, panie Moses?

– Spróbuj pojąć, jak ten świat działa. – Pielęgniarz szerokim machnięciem ręki wskazał cały szpital. – Zrozum to wszystko porządnie i do końca, a uwierz mi, zrozumienie świata na zewnątrz, za tymi murami, nie będzie dla ciebie wcale takie trudne. Jeśli będziesz miał szansę.

– A co powinienem zrobić, żeby dostać szansę, panie Moses?

– To najważniejsze pytanie, no nie, braciszku? Wszyscy tutaj zadają je sobie bez przerwy, każdej minuty, każdego dnia. Co zrobić, żeby dostać szansę. Są na to sposoby, Mewa. Więcej niż jeden. Ale nie ma żadnych zasad, prostych „tak” i „nie”. Musisz znaleźć własną drogę. Znajdziesz ją, Mewa. A wtedy po prostu nią pójdź. To największy problem, prawda?

Francis nie wiedział, jak odpowiedzieć, ale pomyślał, że starszy pielęgniarz na pewno się myli. Nie uważał też, by zdołał pojąć jakikolwiek świat. Usłyszał kilka swoich głosów, głęboko w duchu, i spróbował dosłyszeć, co mówią, bo podejrzewał, że mają coś do powiedzenia. Ale kiedy się skupił, zauważył, że obaj pielęgniarze mu się przyglądają, widzą na jego twarzy to, co dzieje się w duszy, i przez chwilę poczuł się nagi. Uśmiechnął się więc najuprzejmiej, jak potrafił, i poszedł przed siebie korytarzem, szybkim krokiem, do wtóru werbla tłukących się w nim wątpliwości.