Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 37 из 120

– Wiem. Krewni. Czasami można przez nich oszaleć. – Kiedy tylko to słowo padło z jego ust, zrobił przerażoną minę, jakby właśnie mnie obraził.

Zaśmiałem się.

– Ma pan rację. Można. A w moim przypadku tak właśnie było. Myślę, że któregoś dnia znów do tego doprowadzą. Ale na razie wszystko w porządku.

W dalszym ciągu uważnie mi się przyglądał.

– A jednak trochę mnie pan martwi. Bierze pan leki? Wzruszyłem ramionami.

– Tak – skłamałem.

Widziałem, że mi nie uwierzył. Dalej na mnie patrzył, utkwił wzrok w mojej twarzy, jakby w każdej zmarszczce szukał czegoś, co by zdradzało chorobę. Nie odrywając ode mnie spojrzenia, rzucił przez ramię kilka słów po hiszpańsku. W drzwiach naprzeciwko zobaczyłem jego żonę z dzieckiem. Rosalita wyglądała na trochę wystraszoną; pomachała mi niepewnie. Dziecko odwzajemniło mój uśmiech. Potem pan Santiago znów zaczął mówić po angielsku.

– Rosie - odezwał się stanowczo, ale bez złości. - Przynieś panu Petrelowi ryż i kurczaka. Naszemu sąsiadowi przyda się solidny posiłek.

Kiwnęła głową, uśmiechnęła się do mnie nieśmiało i zniknęła w mieszkaniu.

– Naprawdę, panie Santiago, to bardzo miło z pana strony, ale nie trzeba…

– Nie ma problemu. Arkoz eon polio. Tam, skąd pochodzę, panie Petrel, to lekarstwo na wszystko. Jesteś chory, dostajesz kurczaka z ryżem. Wywalili cię z roboty, dostajesz kurczaka z ryżem. Masz pęknięte serce?

– … kurczak z ryżem – dokończyłem za niego.

– Właśnie, sto procent racji.

Obaj się zaśmialiśmy.

Rosie wróciła kilka chwil później z parującym kurczakiem i górą żółtego ryżu. Wziąłem papierowy talerz, lekko ocierając dłonią o jej dłoń; pomyślałem, że minęło sporo czasu, odkąd czułem dotyk i

– Nie musicie państwo… – zacząłem, ale sąsiedzi zgodnie pokręcili głowami.

– Na pewno nie chce pan, żebym do kogoś zadzwonił? Jeśli nie do rodziny, to może do opieki społecznej? Do przyjaciela?

– Nie mam już zbyt wielu przyjaciół, panie Santiago.

– O, panie Petrel, troszczy się o pana więcej ludzi, niż się panu wydaje – powiedział.

Znów pokręciłem głową.

– Może do kogoś i

– Nie. Naprawdę.

– Na pewno nikt się panu nie naprzykrzał? Słyszałem podniesione głosy. Jakby zaczynała się bójka…

Uśmiechnąłem się, bo rzeczywiście ktoś mnie dręczył. Tyle tylko, że ten ktoś nie istniał. Uchyliłem drzwi szerzej i pozwoliłem Ramonowi zajrzeć do środka.

– Jestem całkiem sam, przysięgam – powiedziałem.

Wzrok mężczyzny przemierzył pokój i zatrzymał się na zapisanej ścianie. Myślałem, że Santiago coś powie, ale się rozmyślił. Położył mi dłoń na ramieniu.

– Jeśli będzie pan potrzebował pomocy, panie Petrel, niech pan tylko zapuka do moich drzwi. O dowolnej porze. W dzień czy w nocy. Jasne?

– Dziękuję, panie Santiago. - Kiwnąłem głową. - I dziękuję za obiad. Zamknąłem drzwi i wziąłem głęboki oddech, wciągając w nozdrza zapach jedzenia. Nagle wydało mi się, że minęło kilka dni, odkąd ostatnio jadłem. Może tak było naprawdę, chociaż pamiętałem kanapki z serem. Ale kiedy to było? Znalazłem w szufladzie widelec i zabrałem się do specjalności Rosality. Zastanawiałem się, czy arroz eon polio, cudowny lek na tyle duchowych przypadłości, może pomóc i mnie. Ku mojemu zaskoczeniu, każdy kęs dodawał mi sił. Jedząc, dostrzegłem postępy, jakie poczyniłem na ścianie. Kolumny opowieści.

I uświadomiłem sobie, że znów jestem całkiem sam.

On wróci. Nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. Czaił się, bezcielesny, w przestrzeni tuż poza zasięgiem mojej świadomości. Unikając mnie. Kryjąc się przed rodziną Santiago i arroz eon polio. Chował się przed moją pamięcią. Ale w tej chwili, na szczęście, miałem tylko ryż, kurczaka i słowa. Pomyślałem: cała ta gadka w gabinecie Piguły o utrzymaniu wszystkiego w tajemnicy była niczym więcej jak pustką na pokaz.

Nie potrwało długo, a wszyscy pacjenci i personel dowiedzieli się o obecności Lucy Jones w budynku Amherst. Nie chodziło tylko o jej wygląd; ubierała się w luźnie, ciemne spodnie i sweter, nosiła elegancką skórzaną teczkę, która mocno kontrastowała z niechlujnym charakterem szpitala. Nie chodziło też o wzrost i posturę ani charakterystyczną bliznę na twarzy, co wyróżniało ją spośród i

Nie dołączał do niej nikt z pacjentów, w tym, na początku, Francis i Peter Strażak. To był pomysł Petera. Powiedział jej, że nie ma powodu ujawniać od razu, że ze sobą współpracują, chociaż wszyscy i tak mieli niedługo się o tym dowiedzieć. Dlatego, przynajmniej przez pierwszych kilka dni, Francis i Peter na stołówce nie zwracali na Lucy uwagi.

W odróżnieniu od Kleo.

Kiedy Lucy niosła tackę do punktu zwrotu naczyń, wielka pacjentka ją zaczepiła.

– Wiem, po co tu przyjechałaś! – oznajmiła głośnym i wyraźnie oskarżycielskim tonem i gdyby nie była to zwykła, obiadowa pora szczęku talerzy, tacek i sztućców, jej głos mógłby zwrócić uwagę całej sali.

– Wiesz? – odparła Lucy spokojnie. Minęła Kleo i zaczęła zeskrobywać do kosza resztki jedzenia z grubego, białego talerza.

– Tak – ciągnęła Kleo pewnym siebie głosem. – To oczywiste.

– Naprawdę?

– Jasne. – Kleo zaczęła nabierać opryskliwości i brawury, które czasem daje szaleństwo, wyłączające wszystkie hamulce.

– W takim razie może powi

– Aha! Oczywiście. Chcesz przejąć władzę nad Egiptem!

– Egiptem?

– Egiptem! – Kleo machnięciem ręki wskazała całą salę; gest był pełen zniecierpliwienia nad oczywistością sytuacji, co początkowo zmyliło Lucy. – Moim Egiptem. A potem szybko uwieść Marka Antoniusza i Cezara, bez wątpienia. – Chrząknęła głośno, skrzyżowała ramiona na piersi, stojąc jak blok skalny na drodze Lucy, a potem dodała, jak niemal zawsze: – Dranie. Przeklęte bydlaki.

Lucy Jones popatrzyła na nią ze zdziwieniem i pokręciła głową.