Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 34 из 120

Doktor przez krótką chwilę to rozważał. Na jego ustach pojawił się paskudny uśmieszek, jednak zaraz zniknął. Francis podejrzewał, że jako jedyny to zauważył.

– Oczywiście – powiedział Gulptilil. – Mamy wolną sypialnię w budynku stażystów.

Francis zrozumiał, że doktor nie musi precyzować, kto był jej dotychczasowym mieszkańcem.

Kiedy wrócili, na korytarzu budynku Amherst stał Gazeciarz. Uśmiechnął się na ich widok.

– Nauczyciele z Holyoke rozważają nowy układ związkowy – oznajmił z ożywieniem. – „Springfield Union-News”, strona B-l. Cześć, Mewa, co robisz? Soksi stawiają w weekend czoło Jankesom; problem z miotającymi, „Boston Globe”, strona D-l. Idziesz na spotkanie z panem Złym? Szukał cię i nie wyglądał na zadowolonego. Kim jest twoja przyjaciółka? Bardzo ładna babka. Chciałbym ją poznać.

Pomachał ręką i uśmiechnął się nieśmiało do Lucy Jones, potem wyjął spod pachy gazetę, rozłożył ją i ruszył przed siebie korytarzem, trochę jak pijany, ze wzrokiem wbitym w druk, skupiony na zapamiętywaniu każdego słowa. Minął dwóch mężczyzn, jednego starego, drugiego w średnim wieku, ubranych w luźne, szpitalne piżamy; żaden z nich w obecnym dziesięcioleciu nie czesał włosów. Obaj stali na środku korytarza, niedaleko siebie, i cicho mówili. Wyglądali, jakby rozmawiali ze sobą, dopóki człowiek nie przyjrzał się ich oczom; wtedy okazywało się, że nie rozmawiali z nikim, a już na pewno nie ze sobą nawzajem, i że każdy z nich jest zupełnie nieświadomy obecności drugiego. Francisowi przeszło przez myśl, że tacy ludzie są częścią architektury szpitala tak samo jak meble, ściany czy drzwi. Kleo nazywała katatoników katonami; Francis uznał to określenie za równie dobre, jak każde i

– To nie jest świat, jakiego mogła się pani spodziewać. – Francis usłyszał słowa Petera Strażaka.

Lucy miała wielkie oczy.

– Wie pani coś o szaleństwie? – spytał Peter.

Pokręciła głową.

– Nie miała pani w rodzinie żadnej szurniętej ciotki Marty ani wujka Freda? Dziwaka kuzyna Timmy’ego, który lubił męczyć małe zwierzątka? Może sąsiada, który mówił do siebie albo wierzył, że prezydent jest kosmitą?

Pytania Petera sprawiły, że Lucy się rozluźniła. Pokręciła głową.

– Chyba mam szczęście – powiedziała.

– No, Mewa może panią nauczyć wszystkiego, co musi pani wiedzieć o szaleństwie – stwierdził Peter i się zaśmiał. – Jest ekspertem, prawda, Mewa?

Francis nie wiedział, co powiedzieć, więc tylko przytaknął bez słowa. Na twarzy prokurator zobaczył niekontrolowane uczucia i pomyślał, że wpaść do Western State z pomysłami to jedno, ale zrobić z nimi cokolwiek to już coś zupełnie i

– A więc – ciągnął Peter – skąd zaczniemy, pa

– Stąd – powiedziała energicznie. – Od miejsca zbrodni. Muszę się rozejrzeć tam, gdzie popełniono morderstwo. Potem przyjrzę się całemu szpitalowi.

– Wycieczka? – spytał Francis.

– Dwie wycieczki – odparł Peter. – Jedna, podczas której obejrzymy budynek – zatoczył ręką duże koło – i druga, która zacznie badać to. – Postukał się w czoło.

Mały Czarny i jego brat odprowadzili ich z powrotem do Amherst, ale tam ich zostawili i pogrążyli się w rozmowie przy dyżurce pielęgniarek. Duży Czarny zniknął potem w jednej z przyległych sal sesyjnych, a Mały z uśmiechem podszedł do grupy.

– To cholernie niezwykła sytuacja – zagaił przyjaznym tonem.

Lucy nie odpowiedziała, a Francis próbował wyczytać z twarzy małego mężczyzny, co ten naprawdę myślał o bieżących wydarzeniach. Okazało się to, przynajmniej na początku, niemożliwe.

– Mój brat poszedł przygotować pani nowe biuro, pa

– Pan Evans jest psychologiem?

– Tego budynku. Zgadza się.

– I sądzi pan, że nie będzie zachwycony moją obecnością? – Lucy uśmiechnęła się kpiąco.

Mały Czarny pokiwał głową.

– Musi pani coś zrozumieć…

– Co takiego?

– No, Peter i Mewa mogliby opowiedzieć o tym tak samo dobrze jak ja, ale żeby nie przedłużać: w szpitalu najważniejsze jest, żeby wszystko toczyło się gładko i bez problemów. Wszystko co i

– Pacjentów?

Tak, pacjentów. A jeśli pacjenci są zdenerwowani, zdenerwowany jest personel medyczny. Personel się denerwuje, to denerwują się administratorzy. Rozumie pani? Ludzie nie lubią problemów. I dotyczy to wszystkich. Stukniętych. Starych. Młodych. Normalnych. A jakoś mi się nie wydaje, żeby zamierzała pani omijać kłopoty, pa

– A pan? I pana wielki brat? Co wy dwaj o tym myślicie?

Mały Czarny zaśmiał się krótko.

– To, że on jest duży, a ja mały, nie znaczy, że nie przychodzi nam to samo do głowy. Nie, proszę pani. Myślenie nie ma nic wspólnego z wyglądem. – Wskazał grupki pacjentów chodzących po korytarzu, a Lucy Jones dostrzegła prawdę w jego słowach. Pielęgniarz odetchnął i popatrzył na prokurator. Kiedy się odezwał, mówił cicho, żeby nikt i

– Dziękuję – powiedziała Lucy.

– Niech mi pani jeszcze nie dziękuje – odparł Mały Czarny. – I proszę pamiętać: kiedy to wszystko się skończy, ja, mój brat, pielęgniarki, lekarze i większość pacjentów, ale nie wszyscy, ciągle tu będziemy, a pani nie. Więc niech pani na razie nikomu za nic nie dziękuje. Bardzo dużo zależy jeszcze od tego, komu konkretnie zrobi pani ten kipisz, jasne?

Kiwnęła głową.

– Zrozumiałam aluzję – odparła i podniosła wzrok. – Domyślam się, że to pewnie pan Evans? – dodała pod nosem.

Francis odwrócił się i zobaczył pana Złego, idącego szybkim krokiem w ich kierunku. Psycholog emanował przyjacielskością, uśmiechał się i szeroko rozkładał ramiona. Francis nie ufał mu ani przez chwilę.

– Pa

Uścisnęli sobie dłonie.

– Czy doktor Gulptilil powiadomił pana o powodzie mojej obecności? – spytała Lucy.

– Wyjaśnił, że podejrzewa pani, iż w sprawie zamordowania pielęgniarki aresztowano być może niewłaściwą osobę, co osobiście uważam za podejrzenie śmiechu warte. Tak czy inaczej, jednak już tu pani jest. Podobno chodzi o swego rodzaju śledztwo uzupełniające.

Lucy przyjrzała się uważnie psychologowi. Jego odpowiedź, choć w sensie szczegółowym nieco odbiegała od prawdy, w szerszym zarysie była jednak trafna.

– A więc mogę liczyć na pana pomoc? – spytała.

– Jak najbardziej.

– Dziękuję – powiedziała.

– Chciałaby pani przejrzeć akta pacjentów budynku Amherst? Możemy zacząć w tej chwili. Mamy jeszcze trochę czasu do kolacji i wieczornych zajęć.

– Najpierw wolałabym zrobić obchód – powiedziała.

– Jestem gotów.

– Miałam nadzieję, że oprowadzi mnie tych dwóch pacjentów. Pan Zły pokręcił głową.

– Wydaje mi się, że to nie najlepszy pomysł. Lucy nie odpowiedziała.

– Cóż – podjął Evans, przerywając milczenie. – Peterowi i Francisowi nie wolno, niestety, opuszczać tego piętra. A wszyscy pacjenci, niezależnie od ich statusu, mają zakaz wychodzenia na zewnątrz, dopóki nie zniknie niepokój wywołany morderstwem i aresztowaniem Chudego. Sprawę dodatkowo komplikuje pani obecność na oddziale; cóż, przykro mi to mówić, ale przedłuża ona mały kryzys, który przeżywamy. Dlatego na razie pozostajemy w stanie podwyższonej gotowości. Nie jest to do końca to samo, co więzie