Страница 13 из 120
– Pielęgniarki na zewnątrz, za kratami…
– Ach, pa
– Wright i Winchell.
Zgadza się. Są też i
– Wszyscy tutaj to wariaci? – szepnął.
Strażak pokręcił głową.
– To szpital dla wariatów, Mewo, ale nie każdy tu jest wariatem. Niektórzy to po prostu starzy i zdziwaczali ludzie. I
Francis nie wiedział, co odpowiedzieć. Miał wrażenie, że gdzieś głęboko w nim toczy się debata; słyszał rzucane argumenty, przeskakujące między stronami jak iskry między elektrodami.
– Nie powiem – odparł z wahaniem.
Strażak kiwnął głową.
– Są rzeczy, które najlepiej zachowywać dla siebie. – Objął Francisa ramieniem i poprowadził do drzwi. – Chodź, oprowadzę cię po naszym nowym domu.
– A ty słyszysz głosy, Peter? – spytał Francis. Strażak pokręcił głową.
– Nie.
– Nie?
– Nie. Ale może by było dobrze, gdybym słyszał – wyznał. Uśmiechał się samymi kącikami ust w sposób, który Francis miał już niedługo dobrze poznać; uśmiech ten mówił wiele o samym Strażaku. Ten człowiek dostrzegał zarówno smutek, jak i wesołość w rzeczach, na które i
– Jesteś wariatem? – zapytał Francis. Strażak zaśmiał się cicho.
– A ty jesteś, Mewa? Francis wziął głęboki oddech.
– Może – odparł. – Nie wiem. Strażak pokręcił głową.
* W oryginale przezwiska tych osób brzmią podobnie do ich nazwisk, czego jednak nie sposób przełożyć na język polski. Czytelnikom znającym angielski zdradzę jednak, że pa
– Nie wydaje mi się. Nie wydawało mi się też, kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem. Nie jesteś przynajmniej poważnie szurnięty. Może trochę, ale co w tym złego?
Francis kiwnął głową. Słowa Strażaka dodały mu otuchy.
– Ale co z tobą? – ciągnął.
Strażak zawahał się.
– Jestem czymś o wiele gorszym – powiedział po chwili. – Dlatego tu trafiłem. Mają stwierdzić, co ze mną nie tak.
– Co może być gorszego od bycia wariatem? – spytał Francis.
Strażak odkaszlnął.
– Chyba nic się nie stanie, i tak byś się dowiedział, wcześniej czy później. Zabijam ludzi.
I z tymi słowami wyprowadził Francisa na szpitalny korytarz.
Rozdział 4
I to chyba by było na tyle. Duży Czarny powiedział, żebym się nie zaprzyjaźniał, żebym uważał, pilnował własnego nosa i przestrzegał zasad, a ja z całych sił starałem się dostosować do jego rad, za wyjątkiem tej pierwszej; kiedy o tym myślę, zastanawiam się, czy w tym punkcie też nie miał przypadkiem racji. Ale szaleństwo to także najgorszy rodzaj samotności, a ja byłem szalony i samotny, kiedy więc Strażak mnie przygarnął, z radością przyjąłem jego przyjaźń; zagłębiliśmy się w świat Szpitala Western State i nie pytałem Petera, co miał na myśli, kiedy powiedział to, co powiedział, chociaż domyślałem się, że niedługo się tego dowiem. W szpitalu bowiem wszyscy mieli jakieś tajemnice, ale mało komu udawało się zachować je dla siebie.
Moja młodsza siostra zapytała mnie raz, długo po tym, jak już zostałem wypuszczony, co było w szpitalu najgorsze. Po zastanowieniu odpowiedziałem: rutyna. Szpital istniał jako układ drobnych, niepowiązanych ze sobą chwil, które razem wzięte nie składały się zupełnie na nic. Stworzono je tylko i wyłącznie po to, by połączyć poniedziałek z wtorkiem, wtorek ze środą i tak dalej, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Wszyscy moi współtowarzysze niedoli zostali wysiani do szpitala przez rzekomo pragnących ich dobra krewnych albo bezduszny i nieskuteczny system opieki społecznej, po pobieżnej rozprawie sądowej, w której często nawet nie uczestniczyliśmy, na okres trzydziestu lub sześćdziesięciu dni. Szybko jednak przekonaliśmy się, że terminy te były takimi samymi złudzeniami jak głosy w naszych głowach, bo szpital mógł przedłużać wyrok sądu tak długo, jak długo uważano cię za zagrożenie dla i
Wszyscy chcieliśmy; to była nasza największa nadzieja i marzenie – pragnęliśmy być kimś. Dręczyła nas jednak nieuchwytność tego celu, dlatego wybraliśmy zamiast niego złudzenia. Na moim piętrze mieliśmy sześciu Jezusów czy przynajmniej ludzi, którzy twierdzili, że są w stanie bezpośrednio się z Nim komunikować; jednego Mahometa, który trzy razy dzie