Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 100 из 120

Rozdział 29

Po południu pojawiła się mżawka, przerywana mocniejszymi ulewami; co jakiś czas spomiędzy chmur wyglądało zbyt optymistyczne słońce, zapowiadające przejaśnienie, ale szybko ścierał je kolejny front ciemnego deszczu.

Francis szedł szybko obok Dużego Czarnego prawie z nadzieją, że pielęgniarz swoim wielkim ciałem przetrze drogę i ochroni go przed lepką wilgocią powietrza. Taki dzień kojarzył się z malaryczną chorobą: był gorący, przytłaczający, duszny i parny. Jakby zwykły, konserwatywnie suchy nowoangielski świat szpitala stanowego zaraził się niespodziewanie klimatem lasu tropikalnego. Taka pogoda, pomyślał Francis, była równie dziwna i szalona, jak oni wszyscy. Nawet lekki wiatr, który zwiewał kałuże z asfaltowych chodników, wydawał się nieziemsko gęsty.

Posiedzenia komisji zwolnień jak zawsze odbywały się w budynku administracji, w niezbyt dużej stołówce dla personelu, którą na tę okazję upodobniono do sali sądowej. W oczy biła prowizorka. Stały tam stoły dla komisji i adwokatów. W rzędy ustawiono niewygodne, metalowe składane krzesła dla pacjentów i ich rodzin. Przyniesiono biurko dla stenotypistki i krzesło dla świadków. Sala była prawie pełna. Jeśli coś mówiono, to szeptem. Francis i Duży Czarny usiedli w tylnym rzędzie. W pierwszej chwili Francis miał wrażenie, że powietrze dookoła jest gęste i duszne, potem jednak stwierdził, że to raczej opary nadziei i bezradności.

Komisji przewodniczył emerytowany sędzia okręgowy ze Springfield. Był siwowłosy, otyły i rumiany na twarzy, miał skło

Poczuł bezbrzeżną rozpacz. Rozglądając się po sali, pojął, że najważniejszym elementem posiedzeń komisji była siedząca w milczeniu rodzina, czekająca na wywołanie nazwiska syna, córki, siostrzenicy, bratanka czy nawet matki albo ojca. Bez niej nie wypuszczano nikogo. Nawet jeśli pierwotne nakazy sądu, które skierowały kogoś do Western State, dawno straciły ważność, bez kogoś, kto byłby gotów wziąć na siebie odpowiedzialność za chorego, pacjent nie miał szans przekroczyć bram szpitala. Francis nie mógł się powstrzymać od rozmyślań, jak ma przekonać rodziców, żeby znów otworzyli dla niego swoje drzwi, skoro nie przyjeżdżali go nawet odwiedzać.

Usłyszał głos w swojej głowie, mówiący z naciskiem: Nigdy nie pokochają cię aż tak, żeby dopominać się tu o ciebie…

A potem drugi, pospieszny, nalegający: Francis, musisz znaleźć i

Sam sobie przytaknął, rozumiejąc, że najważniejsze było to, co udawało mu się ukryć przed panem Złym i Pigułą. Poruszył się na krześle i wolno zaczął przyglądać się zgromadzonym ludziom. Widział najróżniejsze typy. Niektórzy mężczyźni nosili marynarki i krawaty, strój zupełnie nieprzystający do szpitalnych realiów. Wiedział, że ubrali się tak, żeby zrobić dobre wrażenie, podczas gdy o wiele bardziej prawdopodobne było, że wywoła to efekt odwrotny. Kobiety miały na sobie proste sukienki i ściskały w dłoniach jednorazowe chusteczki, czasem ocierając łzy. Francis pomyślał, że atmosferę sali wypełniło w równej mierze poczucie porażki i winy. Na wielu twarzach widniało piętno wstydu; przez chwilę miał ochotę zawołać: „To nie wasza wina, że wyszło nam tak, a nie inaczej…”, ale sam nie był pewien, czy to prawda.

– Idźmy dalej – prychnął sędzia czerwony na twarzy i łupnął młotkiem. Francis odwrócił się, żeby pooglądać posiedzenie.

Zanim jednak sędzia odchrząknął, a pani psychiatra grzebiąca w papierach ze zmieszaniem odczytała nazwisko, Francis usłyszał kilka swoich głosów naraz. Co my tu robimy, Francis? Nie powi

Francis obejrzał się najpierw w prawo, potem w lewo. Żaden z pacjentów nie zauważył jego wejścia, nikt się mu nie przypatrywał, nikt nie spoglądał ze złą wolą, nienawiścią czy wściekłością.

Francis podejrzewał, że to się mogło zmienić.

Wziął głęboki oddech, bo uświadomił sobie, że jeśli ma rację, to jest w ogromnym niebezpieczeństwie. Mimo że siedział otoczony przez pacjentów i personel szpitala, w cieniu Dużego Czarnego. A jednak groziło mu niebezpieczeństwo z powodu konkretnego człowieka, który też był na tej sali i właśnie uwalniał swoje emocje.

Francis przygryzł wargę i spróbował oczyścić umysł. Postanowił zamienić się w pustą kartę i zaczekać, aż coś zostanie na niej zapisane. Pomyślał, że Duży Czarny może zauważyć jego płytki oddech i pot na czole albo lepkość rąk, którą nagle poczuł. Wytężając siłę woli, nakazał sobie spokój.

Potem odetchnął głęboko i powiedział w duchu do wszystkich swoich głosów: każdy potrzebuje wyjścia.

Wiercił się, mając nadzieję, że nikt, zwłaszcza Duży Czarny albo pan Zły, albo i

Lucy weszła do szpitalnej kostnicy i poczuła chłód źle ustawionej klimatyzacji. Kostnica znajdowała się w małym pomieszczeniu w piwnicy, w jednym z dalej stojących budynków szpitala, używanym generalnie do przechowywania starego sprzętu i zapomnianych zapasów. Posiadał on tę wątpliwą zaletę, że stał blisko prowizorycznego cmentarza. Na środku pomieszczenia lśnił metalowy stół sekcyjny, w jedną ścianę wbudowane było pół tuzina chłodni. W przeszklonej szafce z polerowanej stali znajdował się skromny zbiór skalpeli i i

Panowała tu atmosfera pustki i opuszczenia, nie licząc unoszącego się w powietrzu lekkiego odoru ludzkich odchodów. Na stole sekcyjnym leżał plik formularzy złączonych spinaczem biurowym. Lucy rozejrzała się w poszukiwaniu pracownika kostnicy, ale nikogo nie zobaczyła. Weszła dalej. Na stole zauważyła kanaliki odprowadzające płyny, a w podłodze kratkę odpływu. Na jednym i drugim były ciemne plamy. Wzięła spinacz i przeczytała wstępny raport z autopsji, zawierający oczywiste: kobieta umarła wskutek uduszenia prześcieradłem. Lucy zatrzymała wzrok na drugim wpisie. Dotyczył samookaleczenia i opisywał odcięty kciuk. Niżej wisiała diagnoza: niezróżnicowana schizofrenia paranoidalna z omamami i skło