Страница 10 из 120
Na swój sposób, pomyślał, zbierał się do kupy.
Leżał na łóżku w niewygodnej pozycji przez następną godzinę, odczuwając ciasnotę wąskiego pomieszczenia. W końcu w jedynych drzwiach ze zgrzytem otworzył się mały judasz. Ze swojego miejsca Francis mógł go dostrzec, robiąc skłon; przez kaftan bezpieczeństwa trudno było wytrwać w takiej pozycji dłużej niż kilka sekund. Najpierw zobaczył jedno oko, potem i
– Kto tam? – wydusił z siebie słabym głosem.
Nikt nie odpowiedział i judasz zamknął się z trzaskiem.
Według obliczeń Francisa minęło trzydzieści minut, zanim wizjer znów się otworzył. Francis po raz drugi zapytał „Kto tam” i tym razem chyba zadziałało, bo kilka sekund później usłyszał odgłos przekręcanego w zamku klucza. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem i zobaczył większego z dwóch czarnych sanitariuszy, wciskającego się do celi. Mężczyzna się uśmiechał, jakby właśnie usłyszał dowcip, i skinął Francisowi głową, nie bez sympatii.
– Jak się pan ma, panie Petrel? – zapytał wesoło. – Przespał się pan? Jest pan głodny?
– Muszę się czegoś napić – zachrypiał Francis. Pielęgniarz kiwnął głową.
– To przez leki, które panu dali. Język jak spuchnięty, co?
Francis potaknął. Pielęgniarz cofnął się na korytarz i wrócił z plastikowym kubkiem wody. Usiadł na skraju łóżka i podniósł Francisa jak chore dziecko. Podał mu wodę. Była letnia, trochę słonawa, z lekko metalicznym posmakiem, ale w tej chwili samo uczucie wlewania czegoś do gardła i dotyk ramienia mężczyzny dodały Francisowi więcej otuchy, niż się spodziewał. Pielęgniarz najwyraźniej zdawał sobie z tego sprawę.
– Będzie dobrze, panie Petrel – powiedział cicho. – Panie Mewa. Tak pana nazwał ten nowy, i myślę, że to pasuje. Na początku jest tutaj trochę ciężko, trzeba się przyzwyczaić, ale da pan sobie radę. Od razu widać.
Położył Francisa z powrotem na łóżku.
– Teraz przyjdzie do pana doktor – dodał.
Kilka sekund później Francis zobaczył w drzwiach zaokrągloną sylwetkę Gulptilila. Lekarz się uśmiechnął.
– Francis Petrel – zaczął śpiewnie. – Jak się czujesz?
Dobrze – odparł Francis. Nie wiedział, co i
– Pamiętasz, gdzie jesteś? – spytał doktor. Francis kiwnął głową.
– W szpitalu.
– Tak – potwierdził z uśmiechem doktor. – Nietrudno to stwierdzić. Ale czy przypominasz sobie, w którym? I jak się tu znalazłeś?
Owszem, przypominał sobie. Sam akt odpowiedzi rozwiał mgłę, która zasłaniała mu pole widzenia.
– To Szpital Western State – wyrecytował. – A ja przyjechałem tu karetką po kłótni z rodzicami.
– Bardzo dobrze. A pamiętasz, jaki mamy miesiąc? I rok?
– Myślę, że jeszcze marzec. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego.
– Doskonale. – Doktor wyglądał na autentycznie zadowolonego. – Tak jak podejrzewałem, jesteś trochę lepiej zorientowany. Myślę, że dzisiaj będziemy mogli uwolnić cię z izolatki, zdjąć kaftan i zacząć integrować z pozostałymi.
– Chciałbym już jechać do domu – oznajmił Francis.
– Przykro mi, to jeszcze niemożliwe.
– Nie chcę tu zostawać – powiedział Francis. Drżenie, które zawładnęło jego głosem w dniu przyjazdu do szpitala, teraz groziło powrotem.
– To dla twojego dobra – odparł doktor.
Francis w to wątpił. Wiedział, że nie jest aż tak szalony, by się nie orientować, że to wszystko robiono dla dobra i
– Dlaczego nie mogę wrócić do domu? – spytał. – Nie zrobiłem nic złego.
– Przypominasz sobie atak kuche
– To było nieporozumienie – powtórzył uparcie. Doktor Gulptilil uśmiechnął się.
– Oczywiście. Ale zostaniesz u nas tak długo, aż sobie uświadomisz, że nie wolno bez powodu grozić ludziom.
– Obiecuję, że już nie będę.
Świetnie. Ale w obecnych okolicznościach obietnica to trochę za mało. Muszę być przekonany. Całkowicie przekonany, niestety. Leki, które dostałeś, na pewno ci pomogą. Dzięki nim z czasem będziesz lepiej panował nad sytuacją i znów przystosujesz się do otoczenia. Potem może porozmawiamy o powrocie do społeczeństwa i jakiejś bardziej konstruktywnej roli. – Ostatnie zdanie wypowiedział powoli i dodał: – A co o twojej obecności tutaj sądzą głosy? Francis był na tyle przytomny, że pokręcił głową.
– Nie słyszę żadnych głosów – powiedział z uporem. W głowie usłyszał chóralne potakiwanie.
Doktor znów się uśmiechnął, pokazując nierówne rzędy białych zębów.
– Ach, znów nie jestem do końca pewien, czy ci wierzę. Mimo to – doktor się zawahał – myślę, że dasz sobie radę wśród i
Francis energicznie pokiwał głową.
– Organizujemy tu różne zajęcia. Prowadzimy sesje grupowe. Od czasu do czasu będziesz miał indywidualne sesje ze mną. Do tego dochodzą zasady. Wszystko to razem wzięte stwarza wiele możliwości. Jeśli nie możesz się przystosować, wtedy, obawiam się, pobyt tu będzie długi i często nieprzyjemny… – Gestem wskazał izolatkę. – Ten pokój, na przykład, i i
– Tak – powiedział Francis. – Dopasować się. Przestrzegać reguł. – Powtarzał to sobie w duchu jak mantrę albo modlitwę.
– Otóż to. Doskonale. Widzisz, już poczyniliśmy pewne postępy. Odwagi, chłopcze. Korzystaj z tego, co szpital ma do zaoferowania. – Doktor wstał. Skinął na pielęgniarza. – W porządku, panie Moses. Może pan uwolnić pacjenta. A potem proszę go zaprowadzić do dormitorium, dać ubranie i pokazać świetlicę.
– Tak jest – potaknął pielęgniarz z wojskową dyscypliną.
Doktor Gulptilil wyszedł z izolatki kaczym chodem, a pielęgniarz zajął się rozpinaniem klamer kaftana bezpieczeństwa, a potem odwijania jego rękawów, aż w końcu uwolnił Francisa. Chłopak przeciągnął się niezgrabnie i roztarł ramiona, jakby chciał przywrócić rękom trochę energii i życia. Niepewnie wstał, czując narastające zawroty głowy. Pielęgniarz musiał to zauważyć, bo potężną dłonią podtrzymał chłopaka. Francis czuł się trochę jak małe dziecko robiące pierwszy krok, tyle tylko, że bez radości i poczucia dokonania czegoś ważnego; miał w sobie jedynie zwątpienie i strach.
Poszedł za panem Mosesem korytarzem na trzecim piętrze budynku Amherst. Minęli sześć cel, wszystkie dwa na dwa i pół metra, ze ścianami wyłożonymi miękką wyściółką, każda z podwójnym zamkiem w drzwiach i judaszem. Francis nie potrafił stwierdzić, czy są zajęte, poza jedną gdy przechodzili obok niej, zza zamkniętych drzwi dobiegł ich potok stłumionych przekleństw, które rozpłynęły się w długim, bolesnym wrzasku. Połączenie cierpienia i nienawiści. Francis przyspieszył kroku, by nie zostawać w tyle za pielęgniarzem, na którym nieludzki ryk nie zrobił żadnego wrażenia. Olbrzymi Murzyn bez przerwy opowiadał o rozkładzie pomieszczeń w budynku, o szpitalu i jego historii. Minęli podwójne drzwi, prowadzące na szerokie, główne schody. Francis jak przez mgłę przypominał sobie wchodzenie na te schody dwa dni wcześniej, w odległej, jak mu się zdawało, i coraz mniej wyraźnej przeszłości, kiedy to wszystko, co myślał o swoim życiu, było zupełnie i
Konstrukcja budynku wydała się mu równie szalona jak jego mieszkańcy. Na najwyższych piętrach znajdowały się gabinety, magazyny i izolatki. Na parterze i pierwszym piętrze były przestro