Страница 14 из 53
Na parterze pa
– Dobry Boże, a to co takiego?
– Och, nic ważnego, gotuje się. – Celowo starała się to zbagatelizować. – Czy pan ich słyszy?
Dopiero teraz usłyszał jakiś hałas, dość odległy i stłumiony, jakby chrobot czegoś, co przywodziło na myśl puste drewno.
Chociaż w dolatującym z sutereny zapachu nie było nic, co by przypominało kostnicę, połączenie tego wraz z odgłosem było niezwykłe. Aż drgnął, kiedy go dotknęła.
– Tędy – szepnęła – pójdziemy do salonu. Tam jest okno znajdujące się akurat nad zejściem do piwnicy. Niech się pan trzyma blisko mnie.
Bezszelestnie otworzyła drzwi salonu i znaleźli się w dużym mrocznym pokoju, słabo oświetlonym blaskiem lampy, znajdującej się w odległym końcu Apron Street.
Okno z wykuszem, zajmujące większą część frontowej ściany pokoju, było przecięte u góry wenecką żaluzją. Hałas dobiegał teraz znacznie wyraźniej i kiedy czekali bez ruchu, u dołu środkowej szyby dojrzeli błysk światła.
Campion ostrożnie ruszył poprzez archipelag mebli i spojrzał sponad ostatniej bariery – było to kilka pustych doniczek po paproci, przymocowanych drutem do żardiniery. '
Nagle za oknem ukazała się trumna. Zachwiała się w chwili, gdy ktoś ją podnosił z dołu, by wydobyć z otwartych drzwi piwnicy. Na ten widok Renee wstrzymała oddech w niemym okrzyku i w tym momencie Campion zapalił latarkę elektryczną, której dotąd, powodowany ostrożnością, nie chciał używać.
Szeroka biała smuga jak reflektor oświetliła drewniane pudło. Ponurość tego bezgłowego kształtu potęgowała jeszcze gładkość i czerń drewna, które lśniło niby pianino, szerokie, dostojne, połyskujące fornirem.
Płachta, która okrywała trumnę, opadła, i ujrzeli mosiężną tabliczkę z nawiskiem. Litery były tak wyraźne, że zdawały się krzyczeć:
Edward Bon Chretin Palinode
urodzony 4 września 1883
zmarł 2 marca 1946
W ciszy dusznego pokoju stali oboje wpatrując się w trumnę, aż wreszcie, obróciwszy się łagodnie, zniknęła im z pola widzenia, a z wąskiej przestrzeni pod nimi dobiegł ich odgłos kroków.
7. Praktyczny przedsiębiorca pogrzebowy
Twarz szeroka i różowa jak płat wędzonej szynki spojrzała na Campiona ze studni wejścia piwnicznego. W świetle latarki elektrycznej dojrzał tęgiego mężczyznę o szerokich plecach, potężnej klatce piersiowej i wydatnym brzuchu. Pod czarnym, sztywnym melonikiem widać było siwe wijące się włosy, a ciężkie podbródki spoczywały na błyszczącym kołnierzyku. Sprawiał imponujące wrażenie, jak nowy marmurowy nagrobek.
– Dobry wieczór panu. – Głos miał energiczny, pełen szacunku, ale brzmiała w nim podejrzliwość. – Mamy nadzieję, że nie przeszkadzamy?.
– Głupstwo, nic się nie stało – mruknął Campion. – Co robicie? Zabieracie towar?
W przyjaznym uśmiechu ukazały się dwa białe szerokie zęby.
– Niezupełnie, proszę pana, niezupełnie, chociaż oczywiście do pewnego stopnia. Wszystko w porządku, najpierw trzeba się zająć…
– Ziemią? -podsunął Campion.
– Nie, oproszę pana, drewnem, powiedziałbym. Czy mam przyjemność rozmawiać z panem Campionem? Nazywam się Jas Bowels, do usług o każdej porze dnia i nocy, a to mój syn, Rowley.
– Słucham, ojcze. – W kręgu światła ukazała się druga twarz. Włosy Bowelsa-juniora były czarne, a wyraz twarzy może nieco baczniejszy, ale ogólnie biorąc był jednym z najbardziej prawowitych synów swego ojca, jakich Campion miał okazję kiedykolwiek widzieć. Jeszcze trochę czasu upłynie, a ojciec i syn staną się identyczni – tego był pewien.
Zapanowała chwila pełnego skrępowania milczenia.
– Zabieram ją właśnie – zauważył Bowels-senior nieoczekiwanie. – Widzi pan, wynajmuję u pa
W tym momencie Campion pomyślał sobie, że Bowels wyraża się o trumnie z wielkim, szacunkiem.
– Wygląda rzeczywiście bardzo dobrze – powiedział ostrożnie.
– Och, bo i tak jest w rzeczywistości, proszę pana – Jas mówił z wyraźną dumą. – To specjalna sztuka. Z kategorii luksusowych. Nazywamy ją z synem,,Królową Mary". Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że każdy dżentelmen, który naprawdę jest dżentelmenem, cieszyłby się, gdyby go w niej pochowano. Zupełnie jakby się na dół pojechało własnym powozem. Ja zawsze powiadam, kiedy mnie ktoś pyta o zdanie, że jak się robi coś ostatecznego, to trzeba to robić dobrze. – Przy tych słowach jego niebieskie oczy zabłysły niewi
Campionowi zrobiło się zimno.
– Jednak człowiek, którego nazwisko figuruje na tabliczce, nie chciał być w niej pochowany – zauważył.
Małe oczka nie ustąpiły pod jego wzrokiem, ale twarz stała się nieco różowsza, a pełen skruchy uśmiech wykrzywił małe, brzydkie usta.
– Ach, więc widział pan. Trudno, zostałem przyłapany i muszę się przyznać do winy. Wiesz, chłopcze, pan widział naszą tabliczkę z nazwiskiem. O, z pana Campiona to szczwany lis. Z tego, co słyszałem od wujka Magersa, powinienem był się domyśleć.
Pomysł, że Lugg jest czyim wujkiem, był wystarczająco denerwujący, ale komplement i błysk pochlebstwa w oczach był jeszcze mniej miły. Campion milczał.
Przedsiębiorca pogrzebowy czekał o ułamek sekundy za długo. Wreszcie westchnął.
– Próżność – oświadczył uroczyście. – Próżność. Byłby pan zdumiony, gdyby pan wiedział, jak często słucham o tym kazań w kościele, a mimo to nic a nic mi nie pomogło. Właśnie o próżności, panie C., świadczy ta tabliczka z nazwiskiem, o próżności Jasa Bowelsa.
Campion był zaintrygowany, ale nie dał się omamić. Nic nie powiedział i położył ostrzegawczo rękę na dłoni pa
Jas wyraźnie posmutniał.
– Trudno, muszę panu wszystko wyznać – rzekł wreszcie. – Kiedyś w tym domu mieszkał pewien dżentelmen za którym obaj z moim chłopcem, przepadaliśmy, prawda, Rowley?
– Tak, ojcze. – W głosie młodego Bowelsa brzmiało przekonanie, ale w oczach malowała się wyraźnie ciekawość.
– Był to pan Edward Palinode – ciągnął Jas z wyraźną ulgą. – Wspaniałe nazwisko na nagrobek. Oznaczał się imponującą postawą, nawet mnie trochę przypominał. Tęgi, wie pan, szeroki w barach. Tacy zawsze pięknie wyglądają w trumnie. – Jasne oczy patrzyły na Campiona raczej w zamyśleniu niż z wyrachowaniem. – W pewien zawodowy sposób kochałem tego człowieka. Nie wiem, czy pan mnie dobrze rozumie?
– O, bardzo dobrze – mruknął Campion i od razu miał ochotę zakląć ze złości na siebie. Jego ton zdradził go, co spowodowało, że przedsiębiorca miał się teraz bardziej na baczności.
– Rzadko jeden człowiek rozumie zawodowe ambicje drugiego człowieka. To ambicja artysty – ciągnął z godnością. – Siadywałem w kuchni tej damy i nasłuchiwałem, jak padają bomby, a żeby zachować równowagę umysłową, rozmyślałem o swojej pracy. Patrzyłem na pana Edwarda Palinode i myślałem sobie: „Jeśli umrze przede mną, wyprawię mu wspaniały pogrzeb" i taki miałem zamiar.
– Ojciec naprawdę miał taki zamiar – przytwierdził nagle Rowley, jak gdyby milczenie Campiona działało mu na nerwy. – Ojciec to prawdziwy artysta w swoim fachu.
– Daj spokój, chłopcze. – Jas najwidoczniej był zadowolony z tej pochwały, ale ciągnął dalej: – Niektórzy ludzie rozumieją tego rodzaju rzeczy, i