Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 12 из 53

– Przestań – roześmiała się Renee – po prostu poczułeś whisky. – Wejdź. Tam stoi szklaneczka do zębów.

Przybysz uśmiechnął się przekornie, co nie było pozbawione wdzięku. Traktuje ją jak matkę, pomyślał Campion i spojrzał uważnie na pa

– Weź, proszę. Świetnie, żeś przyszedł, bo będziesz mógł dokładnie opowiedzieć panu Campionowi, jak zachorowała pa

Dzięki niej poufna rozmowa nabrała charakteru spotkania towarzyskiego, z czego była wyraźnie dumna, a co zarazem starała się ukryć.

Kapitan rozsiadł się wygodnie w fotelu z ciemnego dębu, kształtem przypominającym jakiś nordycki tron.

– Ja jej nie, zabiłem – oświadczył z wstydliwym uśmiechem, jak gdyby chciał sobie zaskarbić przychylność.Campiona.

– Nie znałeś jej, Albercie – wtrąciła spiesznie Renee, jak gdyby chciała sama pokierować sytuacją. – Była to duża tęga kobieta, największa w rodzinie i nie tak inteligentna jak reszta. Wiem, co Cłarrie myśli, ale moim zdaniem on się myli.

– Cholerna z niej była dziwaczka,-mruknął kapitan Seton nad szklanką i roześmiał się pogardliwie, prychając jak kot.

– W każdym razie nie dlatego ją zabili – ciągnęła, nie zwracając na niego uwagi. – Irytowała wszystkich, wiem o tym, ale nie dlatego, że była mało inteligentna. Ta biedna kobieta była chora. Doktor powiedział mi o tym na dwa miesiące przed jej śmiercią. „Renee, jeśli ona nie będzie dbać o siebie, bardzo łatwo może dostać ataku apopleksji", powiedział do mnie, „a wtedy będziesz miała przy niej mnóstwo roboty. Będzie tak jak z jej bratem."

Campion wyprostował się gwałtownie.

– Przecież pan Edward umarł na atak serca.

– Tak powiedział lekarz – w słowach pa

Kapitan słysząc te czułe słowa przymrużył oko i wykrzywił wąskie usta.

– Od razu się zorientowałem, że coś jej dolega – zaczął powoli. – Trudno było tego nie zauważyć. Wyobraźcie sobie, ona krzyczała.

– Krzyczała?

– No, bardzo głośno mówiła. – Sam ściszył głos wypowiadając te słowa. – Była czerwona na twarzy, wymachiwała rękami i chwiała się na nogach. Ponieważ akurat byłem na miejscu, oczywiście zrobiłem, co tylko w mojej mocy. – Z namysłem zaczął sączyć whisky. – Zaprowadziłem ją do tego konowała obok. Musieliśmy oboje kapitalnie wyglądać. Wydawało mi się, że przyglądają nam się ze wszystkich okien w mieście. – Roześmiał się sam do siebie, ale w jego oczach nadal malowała się uraza.

– Miał pan wielki kłopot, ale postąpił pan szlachetnie – powiedział Campion.

– Właśnie to chciałam powiedzieć – przytwierdziła z zapałem Renee. – To było bardzo szlachetne z jego strony. Nawet mnie nie wezwał. Po prostu zrobił, co trzeba. To zupełnie do niego podobne. Doktor był w swoim gabinecie, ale nic jej nie pomógł.

– Nie, nie, moja "droga, niezupełnie tak było – rzuciwszy przepraszające spojrzenie w stronę łóżka, kapitan wrócił do poprzedniej relacji. – Muszę być dokładny. Rzecz przedstawiała się następująco: kiedy tak szliśmy ulicą – wyglądałem jak policjant prowadzący pijaną kobietę, ponieważ ona głośno krzyczała -zobaczyliśmy naszego doktora, który akurat zamykał drzwi swego gabinetu. Koło niego stało jakieś wielkie chłopisko, na dobitek wszystkiego zalane łzami. Właśnie obaj śpieszyli się, o ile zdołałem zrozumieć, do porodu… – urwał zażenowany. Widać było, że scena ta stanęła mu znów przed oczami z całą wyrazistością i że wspomina ją z pewnym rozbawieniem.

– Tak więc wszyscy staliśmy u wejścia do gabinetu doktora. Byłem zupełnie bezradny; ściskałem w ręku swój zielony kapelusz, który kolorem pasował do mojej twarzy. Doktor był wyraźnie zaniepokojony informacjami, jakich udzielił mu ten drągal. Moja towarzyszka była w wiose

– To z pewnością były dwie suknie, mój drogi, a nie spódnica. Oni wszyscy dziwacznie się ubierają. Są wyżsi ponad stroje.

– Pa

– Jakie znowuż liczby? – spytał zaniepokojony Campion.

– No, liczby. Ona była rodzi

– Lekarz powinien był ją wpuścić do gabinetu – stwierdziła Renee. – Wiemy, że jest człowiekiem bardzo zajętym, jednak…

– Doskonale go rozumiem – kapitan Seton z uporem starał się być bezstro

– Gdzie przewrócił garnek, który postawiłam akurat na blasze, a ja poszłam do niej – powiedziała pa

– Cokolwiek by o "mnie ludzie mówili – dokończył za nią kapitan i spojrzał na nią prowokacyjnie, śmiejąc się przy tym.

– Wypij lepiej i nie bądź taki łasy na komplementy – skarciła go. – Kiedy ją zobaczyłam, wydawało mi się, że drzemie. Nie bardzo podobał mi się jej oddech, ale wiedziałam, że wkrótce przyjdzie doktor, i pomyślałam, że najlepiej będzie, jak sobie wypocznie. Przykryłam ją więc jeszcze jednym kocem i wyszłam.

Kapitan z westchnieniem wysączył do końca swoją szklaneczkę.

– Kiedy ponownie ktoś do niej zajrzał, była jedną nogą na tamtym świecie – stwierdził. – Żaden kłopot. Dla wszystkich, z wyjątkiem mnie oczywiście.

– Och, nie mów tak, to brzmi okropnie! – Różowe kokardy na czepku pa

– Czy pa

Renee spojrzała mu w oczy.

– No nie. To znaczy tyle, ile możną się było po niej spodziewać. Powiedziała coś do siostry, ale kiedy ta się nie odezwała, rozejrzała się po pokoju, wzięła jakąś książkę z półki, czytała ją przez chwilę i wreszcie powiedziała mi, żebym posłała kogoś po lekarza, jakbym sama o tym nie pomyślała.

– Kiedy lekarz przyszedł?