Страница 70 из 76
– Wygląda pan na zaskoczonego, panie Austin.
– Kolejna pomyłka z mojej strony. Myślałem, że trzyma pan swoje ryby na wybrzeżu, gdzie mają dostęp do słonej wody.
– To nie są zwykłe ryby – odparł Barker z dumą w głosie. – Mogą żyć w słonej lub słodkiej wodzie. Tak je zaprojektowałem. Udoskonaliłem modele, które opracowałem wspólnie z doktorem Throckmortonem. Są trochę większe i bardziej agresywne niż zwyczajne ryby. Perfekcyjne maszyny do rozmnażania. Polecimy tuż nad powierzchnią oceanu i ryby zsuną się do wody po specjalnych pochylniach. – Rozpostarł ręce jak podczas wiecu przed hangarem. – Oto moje dzieło. Niedługo te piękne stworzenia będą pływały w morzu.
– Gdzie narobią nieprawdopodobnych zniszczeń – dodał Austin. – To potwory.
– Potwory? Ja tak nie uważam. Po prostu wykorzystałem moją znajomość inżynierii genetycznej do stworzenia lepszego produktu komercyjnego. To nie jest wbrew prawu.
– Ale zabójstwa są karane!
– Niech pan sobie daruje to żałosne oburzenie. Zanim wkroczyliście na scenę, było wiele ofiar. I będzie jeszcze dużo więcej przeszkód do usunięcia. – Barker podszedł do zbiorników po drugiej stronie rybiej ładowni. – To moi ulubieńcy. Chciałem sprawdzić, do czego uda mi się dojść. Przekonać się, jak duże i żarłoczne mogą być ryby. Są zbyt agresywne, żeby się rozmnażać. Gdyby nie te śluzy, rzuciłyby się na siebie.
Na polecenie Barkera strażnik podszedł do chłodziarki i wyjął zamrożonego, ponad półmetrowego dorsza. Odsunął plastikową pokrywę jednego ze zbiorników i wrzucił martwą rybę do wody. W przeciągu sekundy dorsz zniknął w krwawej pianie.
– Zarezerwowałem panom miejsca na kolację – powiedział Barker.
– Dziękujemy, już jedliśmy – odrzekł Austin.
Barker przyjrzał się twarzom obu mężczyzn, ale nie dostrzegł w nich strachu. Zmarszczył brwi.
– Dam panom czas na zastanowienie się nad tym, co was czeka. Spróbujcie sobie wyobrazić, jakie to uczucie być rozerwanym na kawałki przez ostre zęby i rozwleczonym po oceanie. Moi ludzie przyjdą po was wkrótce po postoju na naszym lądowisku na wybrzeżu, gdzie zatankujemy paliwo. Żegnam panów.
Austina i Zavalę zaprowadzono korytarzem do magazynu, wepchnięto do środka i zaryglowano drzwi.
Austin zbadał zamek, potem usiadł na stosie tekturowych pudeł.
– Nie wyglądasz na zbyt przejętego tym, że będziesz karmą dla ryb – zauważył Zavala.
– Bo nie zamierzam dostarczyć rozrywki temu białookiemu psycholowi i jego przygłupom. A przy okazji, podobał mi się twój tekst o kiolyańskich kobietach.
– To było wbrew mojej naturze. Jak wiesz, kocham wszystkie kobiety, a te muszą mieć ciężkie życie ze swoimi facetami, którzy mordują i składają ludzi w ofierze. No więc jak się wypłaczemy z tego małego bałaganu?
– Chyba wywalimy drzwi.
– Aha. Zakładając, że nam się uda, jakie mamy we dwóch szansę przeciwko batalionowi uzbrojonych facetów?
– Właściwie jest nas trzech.
Zavala rozejrzał się.
– My i niewidzialny przyjaciel?
Austin zrzucił płaszcz i wyciągnął z pochwy miecz. Nawet w słabym świetle magazynu ostrze wydawało się żarzyć.
– To jest nasz przyjaciel. Durendal.
38
Katamaran przybił do brzegu jak barka desantowa marines. Dwa kadłuby ze szklanego włókna zazgrzytały, trąc o piasek. Zanim statek zdążył się zatrzymać, ludzie zaczęli zeskakiwać na ląd. Pierwszy Ben Nighthawk, za nim Baskowie i ekipa SOS. Pomogli wysiąść wieśniakom i wszyscy pobiegli do lasu. Zostali tylko Ben i Diego. Jesse Nighthawk obejrzał się i wrócił do Bena.
– Dlaczego nie idziesz z nami? – zapytał.
– Rozmawiałem z Diego. Mamy robotę – odrzekł Ben.
– O czym ty mówisz? Jaką robotę?
Ben spojrzał na drugą stronę jeziora.
– Musimy się zemścić.
– Nie możesz tam wrócić – powiedział Jesse. – To zbyt niebezpieczne.
– Pilot zestrzelonego helikoptera był naszym przyjacielem. Musimy pomścić jego śmierć – rzekł Diego, który przysłuchiwał się rozmowie.
– Tamci ludzie zabili mojego kuzyna – dodał Ben. – Bili i torturowali moją rodzinę i przyjaciół. Zniszczyli nasz piękny las.
Jesse nie widział w ciemności twarzy syna, ale usłyszał determinację w jego głosie.
– Dobrze – odrzekł smutno. – Zaprowadzę resztę w bezpieczne miejsce.
Z lasu wyłonił się Marcus Ryan, za nim Chuck Mercer i Therri Weld.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Ben i ten człowiek wracają – wyjaśnił Jesse. – Próbowałem ich powstrzymać, ale koniecznie chcą zginąć.
Ben położył rękę na ramieniu ojca.
– Nie, tato, ale chcę przynajmniej zetrzeć z powierzchni ziemi tamto wielkie, fałszywe igloo.
– To nie jest zadanie dla dwóch ludzi – powiedział Ryan. – Będzie wam potrzebna pomoc.
– Dzięki, Mark. Wiem, że chcesz dobrze, ale i
– Nie tylko wy macie rachunki do wyrównania – odparł ostro Ryan. – Barker zabił Joshuę i zatopił mój statek. Teraz próbuje zniszczyć oceany. Tamta budowla po drugiej stronie jeziora to nie szałas. Nie rozwalicie go tupnięciem nogi.
– Coś wymyślimy.
– Nie macie czasu na próby. Wiem, jak możemy wysłać tamtą kopułę w stratosferę. – Ryan odwrócił się do Mercera. – Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy?
– Jasne, że pamiętam. Obiecaliśmy sobie, że przypieczemy Barkera, jeśli będziemy mieli okazję.
– I co ty na to, Ben? – zapytał Ryan. – Weźmiesz nas?
– Nie tylko ja tu decyduję. – Ben odwrócił się do Diego.
– Ich jest dużo, nas tylko kilku – odrzekł Bask. – Pablo jest wyłączony z akcji. Będziemy mieli szczęście, jeśli przeżyjemy.
Ben zawahał się.
– Dobrze, Mark. Bierzemy was.
Ryan uśmiechnął się triumfalnie.
– Potrzebne są jakieś materiały wybuchowe. Nasze ładunki C-4 przepadły, kiedy nas złapali.
– Mamy z bratem trochę granatów ręcznych – powiedział Diego i klepnął swój plecak. – Po trzy na głowę. Wystarczy?
W odpowiedzi Ryan spojrzał pytająco na Mercera.
– Wystarczy, jeśli umieścimy je we właściwych miejscach – odparł Chuck.
– A co ze mną? – zapytała Therri, która przysłuchiwała się dyskusji.
– Rodzina i przyjaciele Bena są w kiepskim stanie – odpowiedział Ryan. – Przyda im się twoja pomoc. Zwłaszcza dzieciom.
– Zrobię, co będę mogła – obiecała Therri. Pocałowała Ryana, potem cmoknęła w policzek Mercera i Bena. – Uważajcie na siebie.
Kiedy Therri wróciła do lasu, Ben i i
Mercer wstąpił do szopy obok przystani. Wyniósł stamtąd dwa zwoje stalowej linki, przewód elektryczny i rolkę taśmy samoprzylepnej. Idąc gęsiego, zbliżyli się do placu. Nikt ich nie zauważył. Ryan doprowadził grupę do kopuły i znalazł to, czego szukał – wysoki, cylindryczny zbiornik na polanie otoczonej gęstym lasem. Na zbiorniku było ostrzeżenie, że zawartość jest łatwo palna. Od zbiornika do budynku biegły stalowe rury o średnicy około piętnastu centymetrów. Obok miejsca, gdzie rury wchodziły do hangaru sterowca, były zaryglowane drzwi zrobione z plastiku, podobnie jak sama kopuła. Łatwo ustąpiły pod silnym ramieniem Diego.
Weszli do korytarza, który przez kilka metrów biegł równolegle do rur znikających w ścianie obok następnych drzwi. Te nie były zaryglowane. Ryan uchylił je i zobaczyli wnętrze kopuły. Na środku hangaru, gdzie wcześniej stał sterowiec, kręcili się ludzie. Zwijali liny, przesuwali rusztowania i pomosty.
Ryan pokazał i