Страница 20 из 52
Rozdział XII. Skrawek papieru
Małgorzata przeżywała straszliwe męczarnie. Śmiała się, rozmawiała, otaczano ją, dogadzano jej bardziej niż i
Bolesne napięcie nerwów spotęgowało się jeszcze podczas kilku chwil, spędzonych w towarzystwie męża po powrocie z opery. Słaby promień nadziei, że znajdzie w dobrodusznym, leniwym mężu światłego doradcę i przyjaciela, zgasł równie prędko, jak rozbłysnął.
Miała dla tego człowieka uczucie życzliwego lekceważenia, jak dla oddanego sługi lub wiernego zwierzęcia. I dlatego właśnie odwróciła się z pobłażliwym uśmiechem od męża, który powinien był stać się w ciężkiej rozterce jej moralną podporą, gdy jej honor ważył się między miłością do zagrożonego brata a obrzydzeniem dla nikczemnej przysługi, mającej okupić życie Armanda.
Ach! ta moralna podpora, ten światły doradca! W gronie młokosów o płaskim mózgu powtarzał z uciechą biegnącą z ust do ust bezmyślną strofkę, którą właśnie im zadeklamował. Ze wszystkich stron dochodził do niej ten bezde
– Ułożyłem go podczas zawiązywania krawatu -oświadczył swym wielbicielom sir Percy.
"Szukam go tu, szukam go tam,@ Francuz mówi – już go mam…@ Nie ma go w niebie, w piekle go szukam,@ "Szkarłatny Kwiat" znów umknął nam!"@
Ta fraszka sir Percy'ego obiegła wszystkie salony. Uradowany książę oświadczył, że życie bez Blakeneya byłoby beznadziejną pustynią. Po pewym czasie, ująwszy go pod ramię, zaprowadził do sali gry i zasiadł z nim przy jednym stole.
Sir Percy, który podczas zebrań towarzyskich stale przesiadywał przy stolikach z kartami, pozwalał żonie flirtować, tańczyć, bawić się lub nudzić do woli. I tego wieczoru, zdobywszy się na ten dowcipny wierszyk, pozostawił Małgorzatę, otoczoną tłumem wielbicieli, którzy dokładali wszelkich starań, aby zapomniała jak najprędzej o mężu, dość naiwnym, aby łudzić się niegdyś, że "najmądrzejsza kobieta w Europie" zadowoli się zimną formą angielskiego małżeństwa. Podniecenie nerwów i niepokój dodawały jej jeszcze uroku. Otoczona zbitą masą mężczyzn różnych narodowości, budziła ogólny zachwyt i podziw. Nie chciała już o niczym myśleć. Jej wychowanie, trochę poniekąd cygańskie, uczyniło ją fatalistką. Tłumaczyła sobie, że wypadki muszą pójść swoją koleją, a kierunek ich nie zależał od niej. Wiedziała, że od Chauvelina nie mogła spodziewać się litości. Naznaczył cenę za głowę Armanda i pozostawił jej rozstrzygnięcie.
Późnym wieczorem zauważyła przybycie sir Andrewa Ffoulkesa i lorda Antony'ego Dewhursta. Sir Andrew zwrócił się natychmiast do Zuza
Obaj młodzieńcy wyglądali na nieco zakłopotanych i niespokojnych; poza tym ani z ich stroju, ani zachowania nie można było odgadnąć strasznej przygody, jaką przeżyli, która zagrażała ponadto bezpieczeństwu ich wodza.
Małgorzata wywnioskowała ze słów Zuza
Rozglądając się po wytwornym towarzystwie, zgromadzonym w rzęsiście oświetlonych salonach, Małgorzata zapytywała się w duchu, który z tych dumnych panów był zagadkowym "Szkarłatnym Kwiatem", trzymającym w silnych dłoniach nici tak zawiłych spisków i los tylu drogich istot?
Ogarnęła ją paląca ciekawość, aby koniecznie go dzisiaj poznać. Pragnęła wiedzieć, kim on jest, zupełnie bezinteresownie, nie z powodu Armanda i nie dla Chauvelina, ale dla swojej własnej satysfakcji, dla zaspokojenia namiętnej czci, jaką odczuwała dla niego za jego waleczność, zręczność i odwagę.
Był na pewno na balu, skoro lord Antony i sir Andrew znajdowali się tu także, czekając na spotkanie z wodzem, aby odebrać nowy rozkaz.
Małgorzata śledziła każdego mężczyznę, spoglądała na arystokratyczne normandzkie twarze, na jasnowłosych barczystych Sasów, na delikatniejszych i wesołych Celtów, i pragnęła wyczytać z ich rysów, który z nich zdradzał siłę, potęgę, energię i dostateczną zręczność, aby wybić się na stanowisko wodza tych wysoko urodzonych angielskich dżentelmenów, do których należał, jak twierdzono, jego królewska wysokość.
Może sir Andrew Ffoulkes? -zapytywała, wątpiąc, gdyż jego niebieskie oczy były zanadto łagodne, gdy odprowadzały czułym wejrzeniem uroczą Zuza
Z drugiego końca salonu Małgorzata widziała, jak westchnąwszy ciężko, stał przez chwilę samotny i bezradny, patrząc jak zgrabna postać znikła w tłumie przechadzających się gości. Potem skierował się ku drzwiom, prowadzącym do małego bocznego saloniku, i oparł się o nie plecami, spoglądając niespokojnie dokoła.
Małgorzata, wymknąwszy się zgrabnie towarzyszącemu jej kawalerowi i przecisnąwszy się przez tańczące pary, przystanęła przy drzwiach, o które oparł się sir Andrew. Czemu zapragnęła zbliżyć się do niego?
Nie odpowiedziałaby z pewnością na to pytanie.
Może kierowało nią wszechwładne fatum, które tak często zdaje się rządzić losami ludzkimi?
Nagle zatrzymała się. Serce jej na chwilę przestało bić. Pałającymi oczyma błysnęła w stronę drzwi i natychmiast zwróciła wzrok w i
Opanowała się w mgnieniu oka. Z doskonale udaną obojętnością przeszła się parę razy po sali, a potem zwróciła się nagle ku drzwiom saloniku, w których zniknął młodzieniec. Wszystko to trwało najdłużej minutę i oto w tej chwili przestała istnieć lady Blakeney. Została tylko Małgorzata St. Just, która dzieciństwo i wczesną młodość spędziła pod opiekuńczymi skrzydłami brata Armanda. Zapomniała o wszystkim i
Nie zwlekając weszła do saloniku. Sir Andrew, obrócony plecami, stał blisko stołu, na którym lśnił światłem ciężki srebrny świecznik. Trzymał w ręku skrawek papieru i czytał go z uwagą. Małgorzata, wstrzymując oddech, zbliżała się cicho. Jej miękka suknia nie zaszeleściła nawet na ciężkim dywanie i… gdy lady Blakeney była już blisko, sir Andrew odwrócił się nagle i zobaczył ją. Wydała słaby okrzyk, podobny do jęku, podniosła rękę do czoła i szepnęła cicho:
– To gorące powietrze w salonach jest nie do zniesienia… czuję się tak źle…
Zachwiała się, jakby miała upaść. Sir Andrew, ochłonąwszy ze zdumienia, zgniótł w ręce przeczytany bilecik i rzucił się na jej ratunek.
– Jesteś chora, lady Blakeney? – zapytał z niepokojem.
– Nie, nie – przerwała szybko.
– Krzesło! Podaj mi pan krzesło!
Upadła na krzesło blisko stołu i wsparłszy głowę o poręcz, zamknęła oczy.
– Już omdlenie przechodzi – szepnęła bardzo słabo. – Nie troszcz się pan o mnie, zapewniam cię, że czuję się o wiele lepiej.
W takich chwilach, jak zapewniają nas psychologowie, działa szósty zmysł, nie mający nic wspólnego z pięcioma i
W owym półśnie widziała tylko twarz Armanda, tego Armanda, którego życie było tak bardzo zagrożone. Zdawało się, że patrzył na nią z kipiącego tłumu Paryża, z tła nagich ścian trybunału bezpieczeństwa publicznego; a sędzia Fouquier Tinville w imię ludu francuskiego domagał się jego głowy… Posępna gilotyna o zakrwawionym nożu czekała na nową ofiarę… Armand!