Страница 87 из 94
— Będę w ciągłym kontakcie z tobą, Saltade. Glos i obraz.
— Na odległość.
— Tak. Oczywiście już teraz mogę ci obiecać odpowiednie wynagrodzenie za zakończoną powodzeniem misję.
— Czyżby? W takim razie… — Leverett spojrzał na Pitta. Pitt odczekał chwilę, a potem zapytał.
— Jaka jest twoja cena?
— Zasugeruję ci pewną cenę: jeśli chcesz, abym spotkał się z nimi na Erytro, w takim razie chcę Erytro.
— Co to znaczy?
— Chcę zamieszkać na Erytro. Zmęczyły mnie asteroidy. Zmęczyła mnie twoja Agencja. Zmęczyli mnie ludzie. Mam dosyć. Chcę mieć cały, pusty świat. Zbuduję sobie ładną siedzibę, a ty zapewnisz mi żywność i i
— Od jak dawna o tym marzysz?
— Nie wiem. To narastało we mnie. No, a gdy znalazłem się znowu na Rotorze i zobaczyłem te wasze tłumy, usłyszałem ten wasz hałas, Erytro stała się dla mnie rajem.
Pitt wzruszył ramionami.
— To jest was dwoje. Zachowujesz się tak samo jak ta szalona dziewczyna.
— Jaka szalona dziewczyna?
— Córka Eugenii Insygny. Znasz chyba Insygnę.
— Astronoma? Oczywiście. Ale nie spotkałem jej córki.
— Całkowicie szalona. Chce mieszkać na Erytro.
— Nie sądzę, aby było to oznaką szaleństwa. Uważam, że to bardzo rozsądne. No, a jeśli chce mieszkać na stałe na Erytro to… chyba zniósłbym kobietę.
Pitt podniósł palec.
— Powiedziałem „dziewczyna”.
— Ile ma lat?
— Piętnaście.
— No cóż, wkrótce będzie dorosła. Szkoda, że ja nie młodnieję.
— Nie jest jedną z twoich piękności.
— Jeśli dobrze mi się przyjrzysz, Janus, to stwierdzisz, że ja też nie jestem piękny. Znasz moje warunki.
— Chcesz zapisać wszystko oficjalnie w komputerze?
— To tylko formalność, co, Janus? Pitt nie uśmiechnął się.
— W porządku. A teraz przyjrzyjmy się temu statkowi i przygotujemy cię do podróży.
Rozdział 36
SPOTKANIE
— Marlena śpiewała dzisiaj rano — powiedziała Eugenia Insygna tonem, który wyrażał zdziwienie i niezadowolenie. — Jakąś piosenkę o „Domu, domu w gwiazdach, gdzie tańczące światy są wolne”.
— Znam tę piosenkę — Slever Genarr kiwnął głową. — Zaśpiewałbym ci, ale zapomniałem melodię.
Właśnie skończyli lunch. Jedli razem niemal codzie
Ale czy miało to jakieś znaczenie? Każdy powód był dobry…
— Nigdy przedtem nie słyszałam jej śpiewu — powiedziała Insygna. — Zawsze wydawało mi się, że nie potrafi śpiewać, a okazuje się, że ma bardzo przyjemny kontralt.
— Oznacza to, że jest szczęśliwa lub podniecona, lub zadowolona, a w każdym razie jest to coś dobrego, Eugenio. Wydaje mi się, że odnalazła swoje miejsce we Wszechświecie, swój własny powód, by żyć. A nie każdy z nas to potrafi. Większość ludzi, Eugenio, żyje z dnia na dzień szukając jakiegoś sensu w życiu, nie znajdując go i kończąc w cichej rozpaczy lub rezygnacji. Ja sam należę do tej ostatniej kategorii.
Insygna pozwoliła sobie na mały uśmiech.
— A ja? Czy mnie także zaliczasz do tej kategorii?
— Nie jesteś zrozpaczona ani zrezygnowana, Eugenio, ale nie powi
Spuściła oczy.
— Myślisz o Krile?
— Jeśli ty myślisz, że ja tak myślę, to chyba rzeczywiście tak jest — powiedział Genarr. — Ale mówiąc prawdę, myślałem o Marlenie. Byla na zewnątrz kilkanaście razy. Podoba jej się tam. Jest szczęśliwa, a mimo to ty ciągle walczysz ze strachem. Dlaczego, Eugenio? Dlaczego ciągle się boisz?
Insygna poruszyła się niespokojnie przekładając widelec na talerzu.
— Mam poczucie straty — powiedziała. — To niesprawiedliwe. Krile dokonał swojego wyboru i straciłam go. Teraz Martena dokonała wyboru i ją także stracę. Nie zabrała mi jej Plaga… zrobiła to Erytro…
— Wiem — sięgnął po jej rękę. Insygna nieświadomie odwzajemniła uścisk.
— Marlena coraz chętniej wychodzi w tę absolutną dzikość — powiedziała — i coraz mniej interesuje ją bycie z nami. Zobaczysz, że w końcu dojdzie do wniosku, że może tam żyć. Będzie wracała coraz rzadziej, aż wreszcie zniknie na zawsze.
— Masz rację. Całe życie składa się z następujących po sobie strat. Traci się młodość, rodziców, kochanków, przyjaciół, dobrobyt, zdrowie i w końcu życie. Przeciwstawianie się stratom niczego nie zmienia — powoduje jedynie, że tracisz dodatkowo równowagę ducha i spokój umysłu.
— Marlena nigdy nie była szczęśliwym dzieckiem, Siever.
— Czy uważasz, że jest to twoja wina?
— Mogłam okazać jej więcej zrozumienia.
— Na to nigdy nie jest za późno. Marlena chciała mieć cały świat i dopięła swego. Chciała zmienić swój kłopotliwy dla otoczenia talent w sposób komunikowania się z obcym umysłem i tego również dokonała. Czy chciałabyś, aby zrezygnowała z tego wszystkiego? Czy chciałabyś zrekompensować sobie stratę jej obecności powodując jeszcze większą stratę; stratę, której ani ty, ani ja nie moglibyśmy w pełni pojąć, stratę nowego sposobu wykorzystania jej niezwykłego mózgu?
Insygna wybuchnęła śmiechem, chociaż w jej oczach kryły się łzy.
— Ożywiłbyś umarłego swoimi przemowami, Siever.
— Czyżby? Moje przemowy nigdy nie przyniosły takich efektów jak milczenie Krile.
— Krile miał także i
— To najlepszy znak, że zestarzałem się — odpowiedział Genarr ponuro. — Że wystarcza mi sama pomoc. Wypalił się we mnie prawdziwy ogień, teraz jest to płomyczek, przy którym można sobie grzać ręce.
— Nie ma w tym nic złego, zapewniam cię.
— Nic złego, absolutnie nic złego! Podejrzewam, że istnieje mnóstwo małżeństw, które przeszły przez dziką ekstazę i nigdy nie były dla siebie pomocą, i z chęcią zamieniłyby uniesienia na zwykłą przyjaźń… Nie wiem… Ciche zwycięstwa są takie ciche. Wszystko co ważne często bywa przeoczane…
— Jak ty, mój biedny Sieverze…
— Posłuchaj, Eugenio. Przez całe życie starałem się unikać wpadania w pułapkę rozżalenia, a teraz ty kusisz mnie, po to tylko, by patrzeć jak wyję do księżyca.
— Och, Sieverze, nie chcę, żebyś wył do księżyca.
— To dobrze. Chciałem to usłyszeć. Widzisz, jaki jestem rozsądny. Ale jeśli potrzeba ci kogoś, kto zastąpi w twoim życiu Marlenę, z chęcią zgłaszam się na jej miejsce, kiedy tylko chcesz. Nawet dziesięć światów takich jak Erytro nie byłoby w stanie oderwać mnie od ciebie, zakładając oczywiście, że tego pragniesz.
Ścisnęła jego dłoń.
— Nie zasługuję na ciebie, Sieverze.
— Nie traktuj tego jako wymówki, Eugenio. Jeśli jest tak, jak mówisz, to z chęcią się poświęcę, a ty nie powi
— Czy nie uważasz, że jest wiele bardziej wartościowych kobiet?
— Nigdy ich nie szukałem. Poza tym kobiety z Rotora nigdy specjalnie nie oglądały się za mną. I co miałbym robić z taką bardzo wartościową kobietą? Ofiarować się jej jako od dawna oczekiwany prezent? Wolę być romantycznym niechcianym prezentem, niechcianą ma
— Boskim podarkiem dla ludzi małego serca. Genarr pośpiesznie kiwnął głową.
— O tak. Podoba mi się to. Ten obraz przemawia do mnie. Insygna roześmiała się, tym razem zupełnie szczerze.
— Jesteś szalony… Wiesz, że jakoś nigdy tego nie zauważyłam.
— Mam ukryte głębie. Z czasem poznasz mnie lepiej… znacznie lepiej…
Przerwał mu brzęczyk oznaczający nadejście pilnej wiadomości.
— No, właśnie — powiedział z oburzeniem Genarr. — Taki jest mój los. Dochodzimy do punktu… — już nie pamiętam jak to zrobiliśmy — w którym gotowa jesteś rzucić się w moje ramiona… i przerywają nam. Halo… Och! Co? — ton jego głosu zmienił się całkowicie — To Saltade Leverett.