Страница 63 из 123
– Doskonałe – odparł Gandalf, po raz pierwszy reagując z widocznym ożywieniem.
– A nie będzie o tej porze zamknięty?
Potrząsnął głową.
– Jeszcze otwarty. Sprawdziłem.
– A więc dobrze, tylko niech mi pan da minutkę. – Siobhan podeszła do dyżurnego, który siedząc w samej koszuli za ochro
Dyżurny kiwnął głową.
– To proszę, idziemy – zwróciła się do Gandalfa – Jak się ten sklep nazywa?
– Namiot Nomadów.
Siobhan znała to miejsce. Był to właściwie bardziej magazyn niż sklep i można w nim było kupić wspaniałe dywany i wyroby sztuki ludowej. Skusiła się tam kiedyś na kilim, bo dywan, którym się zachwyciła, był cenowo poza jej możliwościami. Dużo sprzedawanego tu towaru pochodziło z Indii i Iranu. Weszli do środka i Gandalf przyjaźnie pomachał na powitanie właścicielowi, który mu odmachnął, nie odrywając się od jakichś papierów.
– Dobre wibracje – rzekł Gandalf z uśmiechem, a Siobhan nie pozostało nic i
– Nie jestem pewna, czy mój bank byłby tego samego zdania – odparła.
– To tylko pieniądze – oświadczył Gandalf takim tonem, jakby wygłaszał jakąś wielką mądrość.
Wzruszyła ramionami, oczekując niecierpliwie, by przeszedł wreszcie do rzeczy.
– A więc, co mi pan może powiedzieć o Quizmasterze?
– Niewiele poza tym, że może też używać i
– Mianowicie?
– Questor, Quizling, Myster, Spellbinder, OmniSent… Chce pani jeszcze więcej?
– I co one wszystkie znaczą?
– To pseudonimy używane przez tych, którzy w Internecie wymyślają zadania.
– W ramach gier, które się aktualnie toczą?
Wyciągnął rękę i dotknął dywanika wiszącego obok na ścianie.
– Latami można studiować ten wzór – powiedział w zadumie – i nigdy go do końca nie zrozumieć.
Siobhan powtórzyła pytanie i odczekała chwilę, jaką Gandalfowi zajął powrót do teraźniejszości.
– Nie, to takie różne stare gry. Niektóre dotyczyły zagadek logicznych albo numerologii… w i
– I nie ma sposobu, żeby go wyśledzić?
Gandalf wzruszył ramionami.
– Może jakby się pani zwróciła do CIA albo do FBI…
– Będę o tym pamiętała.
Poprawił się pły
– Ale za to dowiedziałem się czegoś i
– Czego?
Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął złożony kawałek papieru i podał jej, a Siobhan go rozłożyła. Był to wycinek z gazety sprzed trzech lat opisujący historię studenta, który zniknął z domu w Niemczech. Po jakimś czasie na zboczu wzgórza w bezludnym rejonie szkockiego pogórza na północy kraju znaleziono ciało. Musiało tam leżeć od wielu tygodni, a może nawet miesięcy, bo było mocno naruszone przez miejscowe dzikie zwierzęta. Ponieważ z ciała zostały już tylko fragmenty skóry i kości, identyfikacja ofiary była bardzo utrudniona. Tak było do czasu, gdy rodzice zaginionego studenta z Niemiec nie poszerzyli terenu swych poszukiwań na i
Siobhan uniosła w górę wycinek.
– To wszystko?
– Tylko ta jedna notatka, tak. – Kiwnął głową.
– Skąd pan to ma?
– Od jednego znajomego – wyciągnął rękę – który chciałby ją dostać z powrotem.
– Dlaczego?
– Bo pisze książkę o zagrożeniach w wirtualnym wszechświecie. A tak nawiasem mówiąc, to z panią też chciałby kiedyś porozmawiać.
– Może później. – Siobhan złożyła wycinek, nie kwapiąc się, by go oddać. – Muszę to zatrzymać, panie Gandalf. Pański znajomy dostanie to, kiedy mnie już nie będzie potrzebne.
Gandalf spojrzał na nią z wyrzutem, jakby nie dotrzymywała zawartej umowy.
– Obiecuję, że mu to zwrócę najszybciej, jak to będzie możliwe.
– A nie moglibyśmy po prostu zrobić z tego fotokopii?
Siobhan westchnęła. Wciąż jeszcze miała nadzieję, że przed upływem godziny będzie już w wa
– Dobrze – powiedziała. – Chodźmy na komisariat i…
– Tu też na pewno mają kopiarkę. – Gandalf wskazał na siedzącego w rogu właściciela.
– No dobrze, poddaję się.
Twarz Gandalfa pojaśniała, jakby te cztery krótkie słowa sprawiły mu niekłamaną przyjemność.
Zostawiła Gandalfa w Namiocie Nomadów i wróciła do biura akurat w momencie, gdy Grant miął w kulę kolejną kartkę papieru i rzucał nią w kierunku kosza na śmieci, zresztą nie trafiając.
– Co się dzieje? – spytała.
– Zacząłem wymyślać anagramy.
– No i?
– No więc, jakby miasto Banchory nie miało w środku tego „h”, to mogłoby być anagramem od a corny b.
Siobhan parsknęła śmiechem, ale widząc minę Granta, zakryła usta dłonią.
– Nie, nie – powiedział – mną się nie krępuj, możesz się śmiać.
– Boże, przepraszam, Grant. Zdaje się, że zaczynam powoli popadać w paranoję.
– Może powi
– Jeszcze poczekajmy. Może bliżej terminu. – Zajrzała mu przez ramię i stwierdziła, że próbuje ułożyć anagram ze słów mason’s dream.
– Kończymy na dzisiaj? – spytał.
– Może.
Coś go zastanowiło w jej głosie, bo zapytał:
– A co, masz coś?
– Od Gandalfa – powiedziała i wręczyła mu kopię wycinka. Obserwując go, zauważyła, że podczas czytania lekko porusza wargami. Ciekawe, czy zawsze tak robi, pomyślała.
– Interesujące – stwierdził w końcu. – Włączymy to do śledztwa?
– Myślę, że powi
– Przekaż to do wydziału. My już mamy dość na głowie z tą cholerną zagadką.
– Przekazać do wydziału…? – oburzyła się. – Ale to przecież nasze, Grant. A jak się okaże, że to coś ważnego?
– Jezu, Siobhan, zastanów się! To jest wydział śledczy, mnóstwo ludzi w nim pracuje. To nie jest tylko nasza sprawa. W takiej sprawie jak ta nie można być indywidualistą.
– Ja tylko nie chcę, żeby nam ktoś i
– Nawet wtedy, gdyby to pozwoliło odnaleźć Philippę Balfour żywą?
Zawahała się i wykrzywiła twarz.
– Nie bądź idiotą.
– To wszystko szkoła Johna Rebusa, co?
Policzki jej się zarumieniły.
– Co wszystko?
– To, że próbujesz wszystko zachować dla siebie, jakby całe śledztwo opierało się na tobie i tylko tobie.
– Gówno prawda.
– Sama wiesz najlepiej. Wystarczy na ciebie spojrzeć.
– Nie chce mi się wierzyć, że coś takiego możesz mówić.
Wstał i stanął z nią twarzą w twarz. Dzieliła ich odległość nie większa niż trzydzieści centymetrów.
– Bo ty wiesz najlepiej – powtórzył cicho.
– Słuchaj, ja chciałam tylko powiedzieć, że…
– …że nie chcesz się z nikim dzielić i jeśli to nie jest styl Rebusa, to już nie wiem czyj.
– Wiesz, co jest z tobą nie tak?