Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 45 из 123

– Ale teraz już wiesz, że o lalce nic nie wiedziałem.

Rebus skinął.

– Chcesz dotrzeć do tych wszystkich pięciu lalek, prawda? – zapytał Farmer.

Rebus ponownie przytaknął głową.

– To może być jedyny sposób na udowodnienie istnienia między nimi jakiegoś związku.

– Zmierzasz do tego, że ten, kto podrzucił lalkę w siedemdziesiątym drugim roku, podrzucił ją również teraz dla Philippy Balfour?

Rebus raz jeszcze przytaknął.

– Jeśli jest ktoś, kto zdoła to zrobić, to tym kimś jesteś ty, John. Zawsze wierzyłem w twój ośli upór i wrodzony wstręt do podporządkowywania się przełożonym.

Rebus odstawił filiżankę na spodek.

– Traktuję to jako komplement – powiedział. Zbierając się do wyjścia i żegnając się, uprzytomnił sobie nagle, że ten dom jest teraz jedynym obszarem, którym Farmer w pełni zarządza i do którego wprowadził taki sam ład i porządek, jaki za jego czasów panował na St Leonard’s. I że jeśli kiedykolwiek straci ochotę lub możliwości, by tak nim zarządzać, zwinie się w kłębek i po prostu umrze.

– To beznadziejne – powiedziała Siobhan Clarke.

Spędzili blisko trzy godziny w Bibliotece Centralnej, a potem w księgarni wydali jeszcze prawie pięćdziesiąt funtów na mapy i przewodniki po Szkocji. Siedzieli teraz w kawiarni Pod Słoniem przy sześcioosobowym stoliku tuż pod oknem na tyłach lokalu i Grant co chwilę zerkał przez szybę na dziedziniec kościoła Franciszkanów i rysujący się w oddali zamek. Siobhan spojrzała na niego z wyrzutem.

– Całkiem się już wyłączyłeś, co? – spytała.

Nie odrywając wzroku od okna, odparł:

– Czasami tak trzeba.

– No to piękne dzięki za pomoc. – Zabrzmiało to bardziej zgryźliwie, niż chciała.

– To najlepszy sposób – ciągnął dalej, nie przejmując się jej tonem. – Czasami zupełnie utknę nad jakimś hasłem i wtedy nie walczę z krzyżówką na siłę, tylko odkładam na bok i wracam do niej później. I często się okazuje, że jakieś słowa wpadają mi od razu do głowy. Rzecz polega na tym – zwrócił się ku niej – że twój umysł zaczyna funkcjonować według pewnego sztywnego schematu i odrzuca wszelkie i

Podał jej gazetę, a ona mogła stwierdzić, że Peter Bee to nazwisko autora krzyżówki.

– Dwanaście poziomo – powiedział Grant. – Hasło sugerowało, że chodzi o starożytny rzymski oręż. A potem jednak się okazało, że był to anagram.

– Pasjonujące – stwierdziła Siobhan z przekąsem i rzuciła gazetę na stół, przykrywając nią stertę map i atlasów.

– Próbuję ci tylko wyjaśnić, że czasami trzeba odstąpić od schematu i zacząć wszystko od nowa.

Popatrzyła na niego ze złością.

– Chcesz mi powiedzieć, że właśnie straciliśmy pół dnia na nic?

Wzruszył ramionami.

– No to serdeczne dzięki!

Zerwała się z krzesła i ruszyła w stronę toalet. Stanęła oparta o umywalkę i wpatrzyła się w jej białą gładź. Złościło ją to, że Grant ma oczywiście rację, tyle że nie potrafiła się zdobyć na jego luz. Chciała tę grę rozpracować, a teraz ją to naprawdę wciągnęło. Była ciekawa, czy Flipa Balfour też się tak dała omotać. I gdyby utknęła, to czy wtedy poprosiłaby kogoś o pomoc?

Siobhan przypomniała sobie, że wciąż jeszcze nie przepytała rodziny i przyjaciół Flipy w sprawie tej gry. Wprawdzie nikt z nich ani słowem o niej nie wspomniał w trakcie przeprowadzonych przesłuchań, ale właściwie nie mieli ku temu żadnego powodu. Dla nich mogła to być tylko niewi

Gill Templer zaproponowała jej stanowisko rzeczniczki prasowej, ale dopiero po tym, jak świadomie upokorzyła Ellen. Byłoby miło móc powiedzieć, że odrzuca propozycję z uwagi na solidarność koleżeńską, tyle że wcale tak nie było. Bała się, że w większym stopniu był to wpływ Johna Rebusa. Pracowała u jego boku już od dobrych paru lat i nauczyła się dostrzegać jego silne i słabe strony. I w sumie, podobnie jak wielu kolegów, ceniła jego nieszablonowe i indywidualne podejście do spraw i sama też chciała tak postępować. Tyle że w policji ceniło się co i

Wróciła do stolika i zobaczyła, że Grant kończy właśnie rozwiązywanie krzyżówki, nonszalancko rzuca gazetę na stół i rozpierając się na krześle, chowa długopis do kieszeni. Udawał przy tym, że nie zwraca uwagi na sąsiedni stolik, przy którym nad filiżanką kawy siedziała samotna kobieta z książką w ręku i wyraźnie zerkała w jego stronę.

Siobhan pochyliła się do przodu.

– Myślałam, że już ją przedtem rozwiązałeś – powiedziała, wskazując głową gazetę.

– Za drugim razem idzie łatwiej. – Powiedział to tak cicho, że nie była pewna, czy się nie przesłyszała. – Dlaczego się tak uśmiechasz?

Kobieta przy sąsiednim stoliku wróciła do czytania książki. Było to coś Muriel Spark.

– Przypomniałam sobie jedną starą piosenkę – odparła Siobhan.

Grant spojrzał na nią wyczekująco, ale ponieważ wyraźnie nie miała zamiaru kontynuować, wyciągnął dłoń i położył ją na krzyżówce.

– Wiesz, co to są homonimy?

– Nie, ale brzmi to nieprzyzwoicie.

– To są słowa, które brzmią tak samo, a znaczą co i

– Zastanawiać nad czym?

– Nad tą ostatnią wskazówką. Sounds dear – brzmi drogo. Pomyśleliśmy od razu o słowie dear w znaczeniu drogi, kosztowny, prawda?

Siobhan kiwnęła głową.

– Ale to może być też homonim, o czym może świadczyć słowo sounds – brzmi.

– Nic z tego nie rozumiem – stwierdziła, jednak poprawiła się na krześle i pochyliła do przodu, wyraźnie zainteresowana.

– Może ono sygnalizować, że słowo, o które nam chodzi, to nie dear – drogo, tylko słowo, które brzmi tak samo, na przykład słowo deer – jeleń.

Zmarszczyła brwi.

– I wtedy nasza wskazówka brzmi B4 Prawo Szkotów jeleń? Czy ze mną jest coś nie w porządku, czy to brzmi jeszcze bardziej bezsensownie niż przedtem?

Wzruszył ramionami i znów odwrócił się ku oknu.

– Jeśli tak mówisz.

Klepnęła go w nogę.

– No, nie bądź taki.

– Uważasz, że tylko tobie wolno się dąsać?

– Przepraszam.

Spojrzał na nią i zobaczył, że znów się uśmiecha.

– Tak już lepiej – powiedział. – No więc tak… Pamiętam, że jest jakaś legenda o tym, skąd się bierze nazwa Holyrood. O tym, jak któryś z naszych królów w zamierzchłych czasach strzelał z łuku do jelenia, pamiętasz?

– Nie mam o tym pojęcia.

– Przepraszam – odezwał się głos od sąsiedniego stolika – ale mimo woli słyszałam państwa rozmowę. – Kobieta odłożyła książkę i patrzyła na nich. – Chodzi o Dawida Pierwszego z dwunastego wieku.

– Coś takiego – powiedziała Siobhan, ale kobieta zignorowała zaczepkę zawartą w jej głosie.

– Wybrał się na polowanie, podczas którego ogromny byk powalił go na ziemię. Król próbował go chwycić za poroże i wtedy ze zdumieniem stwierdził, że byk zniknął, a on trzyma w ręku krzyż. Holy rood to tyle co święty krzyż. Król Dawid uznał to za znak dany mu przez niebiosa i kazał w tym miejscu zbudować opactwo Świętego Krzyża, czyli Holyrood.