Страница 38 из 123
– Czym mogę panu służyć?
Rebus chętnie wypiłby jeszcze jedną whisky, wiedział jednak, że po wypiciu trzech czy czterech popłynie. A jeśli popłynie, to najgorsze łupanie w głowie zacznie się wtedy, kiedy przyjdzie czas na spotkanie z Jean.
– Poproszę czysty sok pomarańczowy – powiedział.
– Matko Przenajświętsza, zatem mogę już spokojnie dokonać żywota.
Rebus odwrócił się w stronę mówiącego.
– A to dlaczego? – spytał.
– Bo to znaczy, że zobaczyłem już wszystko, co jest do zobaczenia na naszym cudownym padole. Nalej mu, synu, whisky, i nie skąp przy tym – polecił barmanowi, który zamarł z karafką skoku pomarańczowego w dłoni i spojrzał pytająco na Rebusa.
– Tylko sok proszę. – Rebus był zdecydowany.
– No, przynajmniej czuć od ciebie whisky – powiedział ojciec Conor Leary – więc wiem chociaż, że nie stałeś się nagle abstynentem. Tyle, że z jakiegoś niepojętego powodu chcesz zachować trzeźwość umysłu… – Zamilkł na chwilę, a potem dodał: – Czy to może płeć piękna ma w tym swój udział?
– Marnuje się ojciec jako ksiądz – odpowiedział Rebus z uśmiechem.
Ojciec Conor Leary ryknął śmiechem.
– Chcesz powiedzieć, że byłby ze mnie dobry detektyw? No i niech ktoś temu zaprzeczy. – Spojrzał na barmana i dodał: – Mam nadzieję, że ja nie muszę ci mówić co. – Barman najwyraźniej tego nie oczekiwał, bo odmierzył solidną porcję whisky. Leary z uznaniem pokiwał głową i uniósł szklankę. – Slainte!
– Slainte! – powtórzył Rebus i pociągnął łyk soku. Conor Leary wyglądał niemal kwitnąco. Kiedy widzieli się ostatnio, stary ksiądz chorował, a w jego lodówce butelki z lekarstwami walczyły o miejsce z butelkami gui
– Dawno cię nie widziałem – stwierdził Leary.
– Wie ksiądz, jak to jest.
– Wiem, że wam, młodym, zawsze braknie czasu na odwiedzanie słabych i chorych. Zbytnio was zajmują uciechy grzesznych ciał.
– Już nawet nie pamiętam, kiedy moje ciało miało okazję popełnić grzech wart wspominania.
– A Bóg mi świadkiem, że masz tego ciała pod dostatkiem – powiedział ksiądz i klepnął Rebusa po brzuchu.
– Może na tym właśnie polega mój problem – przyznał Rebus. – Ale za to ksiądz…
– Ach, no tak, myślałeś pewnie, że już sczezłem i ledwo dyszę, co? Nic z tego. Ja tam wolę dobrze zjeść, dobrze wypić i nieważne, co będzie dalej.
Leary ubrany był w granatowe spodnie i wyczyszczone do połysku czarne buty, a koloratka wystawała z popielatego sweterka wyciętego w serek. Istotnie stracił trochę na wadze, ale przez to brzuch i policzki nieco mu obwisły, mocno przerzedzone srebrzyste włosy przypominały jedwabną przędzę, a zapadnięte głęboko oczy otoczone były siateczką zmarszczek. Trzymał szklankę z whisky oburącz, tak jak robotnicy trzymają butelkę.
– Nie jesteśmy ubrani stosownie do okazji – powiedział, rozglądając się wokół po tłumie w smokingach.
– Przynajmniej ksiądz jest w uniformie – odparł Rebus.
– Nie do końca – zaprzeczył Leary. – Ja już zakończyłem aktywną służbę. – Mrugnął porozumiewawczo. – Tak czasami jest, że pozwalają nam zdjąć szaty. Tylko że teraz, kiedy przy jakiejś okazji wkładam na siebie starą koloratkę, to od razu wyobrażam sobie, jak jakiś wysła
– To trochę tak jak z wystąpieniem z Legii Cudzoziemskiej – uśmiechnął się Rebus.
– Właśnie! Albo jak pozbawienie wojownika sumo warkoczyka, z chwilą gdy przechodzi na emeryturę.
Kiedy podszedł do nich Devlin, obaj jeszcze się śmiali.
– Cieszę się, że udało się panu do nas dołączyć – zwrócił się do Rebusa, nim uścisnął dłoń księdza. – Myślę, że to ksiądz był czy
Rebus przecząco potrząsnął głową.
– Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje taki poganin jak John, jest słuchanie moich nauk o tym, co dla niego dobre, a co nie – powiedział Leary.
– Święta prawda – potwierdził Rebus. – A poza tym jestem pewien, że i tak już to wszystko kiedyś słyszałem. – Popatrzyli na siebie i obu stanęły przed oczyma długie rozmowy, jakie prowadzili kiedyś w księżej kuchni, wspomagając się częstymi wycieczkami do lodówki i barku. Rozmawiali o Kalwinie i o przestępcach, o wierze i o braku wiary. Nawet wówczas, gdy podzielał zdanie księdza, Rebus zawsze starał się odgrywać rolę adwokata diabła, rozbawiając rozmówcę swym uporem. Ich spotkania i rozmowy bywały długie i regularne… aż do chwili gdy pod jakimś pretekstem Rebus zaczął się z nich wymigiwać. Gdyby go dziś Leary zapytał dlaczego, pewnie nie potrafiłby podać powodu. Może powodem było to, że coraz częściej argumentacja księdza zaczynała zawierać prawdy absolutne, a z nimi Rebus nie potrafił sobie radzić. W grze, w której obaj uczestniczyli, Leary starał się cały czas nawracać „poganina”.
– Skoro dręczy cię tak wiele pytań – mawiał – to dlaczego nie pozwalasz, by ktoś ci udzielił na nie odpowiedzi?
– Pewnie dlatego, że wolę stawiać pytania, niż słuchać odpowiedzi – odpowiadał Rebus, a ksiądz w geście rozpaczy rozkładał bezradnie ręce i odbywał kolejny spacer do lodówki.
Devlin spytał księdza o temat jego dzisiejszej mowy i widać było, że profesor już sobie wychylił kilka drinków. Stał z rękami w kieszeniach, a wyraz jego zaróżowionej i uśmiechniętej twarzy był jakby trochę nieobecny. Barman dolewał właśnie Rebusowi soku pomarańczowego, kiedy dołączyli do nich Gates i Curt, dwaj patolodzy ubrani niemal identycznie, przez co jeszcze bardziej niż zwykle sprawiali wrażenie nierozłącznych.
– No i proszę! – wykrzyknął Gates. – Cała banda razem. – Skinął na barmana. – Dla mnie whisky, a dla tego dziewica czysty tonik.
Curt parsknął śmiechem.
– Nie jestem odosobniony – powiedział, wskazując głową na sok Rebusa.
– Boże Święty, John, powiedz mi przynajmniej, że masz tam w środku gorzałę – zadudnił Gates, po czym dodał: – A w ogóle, to co ty tu, do cholery, robisz? – Jego twarz pokryta była kropelkami potu i miała niemal fioletową barwę, kołnierzyk koszuli zaś wrzynał mu się w szyję. Curt jak zwykle sprawiał wrażenie całkowicie rozluźnionego. Utył parę kilogramów, ale w dalszym ciągu wyglądał szczupłe, a jego twarz nadal miała barwę bladoziemistą. „Bo nigdy nie ogląda słońca” – odpowiadał zwykle, gdy go o to pytano. Wśród policjantów na St Leonard’s zdobył sobie przez to przydomek „Dracula”.
– Bo mam do was sprawę – oznajmił Rebus
– Moja odpowiedź brzmi: nie – odrzekł Gates.
– Ale nie wiesz, o co mi chodzi.
– Wystarczy mi ton twojego głosu. Masz zamiar prosić nas o przysługę. I zaraz powiesz, że nie zabierze nam dużo czasu. I będziesz się mylił.
– Chodzi o protokoły pewnych starych sekcji. Potrzebna mi tylko ich weryfikacja.
– Jesteśmy zawaleni robotą – powiedział Curt przepraszająco.
– A czyje to sekcje? – spytał Gates.
– Jeszcze ich nie mam. Mają mi je przysłać z Glasgow i z Nairn. Może, gdybyś ty o nie wystąpił, to przyspieszyłoby sprawę.
Gates popatrzył na obecnych.
– No i sami widzicie – powiedział.
– Prowadzimy zajęcia na uniwersytecie, John – wtrącił Curt. – Coraz więcej studentów i zajęć, a coraz mniej ludzi do ich prowadzenia.
– Ja to wszystko rozumiem, ale… – zaczął Rebus, jednak Gates odchylił pas na brzuchu i wskazał na ukryty pod nim pager.
– W każdej chwili, nawet dzisiaj, mogą nas wezwać do kolejnych zwłok – oznajmił.
– Coś mi się widzi, że ich nie przekonałeś – zaśmiał się Leary.
Rebus wbił wzrok w Gatesa.
– Mówię poważnie – oświadczył.
– I ja też. Pierwszy od niepamiętnych czasów wolny wieczór, jaki mam, a ty mi zawracasz głowę swoimi sławetnymi „przysługami”.
Rebus uznał, że skoro Gates ma jeden ze swoich „humorów”, nie ma sensu dalej się upierać. Może mają za sobą wyczerpujący dzień w pracy, pomyślał. Ciekawe tylko, czy miewają też i