Страница 25 из 123
Tak więc Grant z chęcią wyskoczył do domu i wrócił z laptopem. Siobhan uprzedziła go, że będzie go używać do poczty elektronicznej.
– Jest podłączony i gotowy do dzieła – oznajmił Grant.
– Będzie mi potrzebny twój adres e-mailowy i hasło.
– Ale to znaczy, że będziesz miała dostęp do mojej poczty – zasępił się.
– Powiedz mi, kochany, ile e-maili dostajesz tygodniowo?
– Trochę – odparł wymijająco.
– No to nic się nie martw. Wgram ci je do pamięci… i obiecuję, że nie będę czytać.
– To pozostaje jeszcze tylko kwestia mojego honorarium – rzekł Grant.
Spojrzała na niego zdumiona.
– Twojego czego?
– Kwestia do dyskusji. – Twarz rozjaśnił mu uśmiech.
Skrzyżowała ręce na piersiach.
– Więc, czego sobie życzysz?
– Jeszcze nie wiem. Muszę to przemyśleć…
Uznąwszy negocjacje za zakończone, Siobhan wróciła do swojego biurka. Miała kabelek do podłączenia komórki do laptopa, jednak wcześniej sprawdziła, czy w komputerze Philippy nie ma jakichś wiadomości od Quizmastera. Nie było niczego. Podłączenie laptopa do sieci zajęło jej tylko kilka minut. Zaraz potem wysłała wiadomość do Quizmastera i podała mu adres e-mailowy Granta.
Może zdecyduję się zagrać. Kolej na ciebie. Siobhan.
Po wysłaniu wiadomości nie rozłączyła się i pozostała w sieci. Miała świadomość, że za następny rachunek za komórkę przyjdzie jej zapłacić fortunę, ale odpędziła tę myśl od siebie. Jak dotąd ta gra była jej jedynym śladem i nawet jeśli nie miała zamiaru w nią zagrać, to i tak chciała się o niej dowiedzieć czegoś więcej. Widziała jak w drugim końcu sali Grant z grupką kolegów o czymś rozmawiają i co chwilę zerkają w jej stronę. Niech sobie gadają, pomyślała.
Rebus siedział na Gayfield Square, gdzie nic się nie działo. Co oznaczało, że w sali operacyjnej było gwarno jak w ulu, tylko cały ten gwar i ruch nie mógł zagłuszyć narastającego uczucia bezsilności. Pofatygował się do nich sam zastępca komendanta, któremu raport o postępach w śledztwie złożyła zarówno Gill Templer, jak i Bill Pryde. Obojgu dał do zrozumienia, że oczekuje „szybkiego dotarcia do konkluzji”. Ponieważ później oboje powtórzyli to sformułowanie, nie trudno było się domyślić, co im powiedział.
– Detektyw inspektor Rebus? – spytał jeden z mundurowych, stając przy jego biurku. – Szefowa chce z panem porozmawiać.
Gdy do niej wszedł, poleciła mu zamknąć za sobą drzwi. W pomieszczeniu było ciasno, a powietrze przesiąkło wonią ludzkiego potu. W całym komisariacie było krucho z miejscem i Gill musiała dzielić pokój z dwoma detektywami pracującymi na i
– Może powi
– Nie rób sobie kłopotu – odparł Rebus. – Długo tu nie posiedzę.
– Masz rację, nie posiedzisz. – Ustawiła kubki na podłodze i niemal natychmiast przewróciła jeden nogą. Usiadła za biurkiem, nie zwracając uwagi na rozlaną kawę. Rebus został na stojąco, bo tak wynikało z regulaminu, jak i z faktu, że w pokoju nie było ani jednego wolnego krzesła. – Jak ci poszło w Kaskadach?
– Szybko dotarłem do konkluzji.
Wbiła w niego wzrok.
– A mianowicie?
– Że będzie z tego dobry temat dla brukowców.
– Tak. – Kiwnęła głową. – Widziałam coś we wczorajszej popołudniówce.
– Ta baba, która znalazła lalkę – przynajmniej tak twierdzi – wciągnęła w to prasę.
– Przynajmniej tak twierdzi?
W odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.
– Myślisz, że może być w to zamieszana?
Wsunął ręce do kieszeni spodni.
– Kto to może wiedzieć?
– Jest ktoś taki, komu się zdaje, że coś wie. Moja przyjaciółka nazwiskiem Jean Burchill. Myślę, że powinieneś z nią porozmawiać.
– A kto to taki?
– Jest kustoszem w Muzeum Szkocji.
– I twierdzi, że wie coś na temat tej lalki?
– Niewykluczone – Gill zawiesiła głos. – Twierdzi, że to nie pierwszy taki przypadek.
Rebus przyznał się Jean Burchill, że nigdy wcześniej nie był w tym muzeum.
– Parę razy byłem z córką w starym muzeum, kiedy była jeszcze dzieckiem.
Burchill cmoknęła z naganą.
– To muzeum to coś zupełnie i
– Czyli że nie ma w nim wypchanych zwierząt i totemów?
Uśmiechnęła się.
– O ile mi wiadomo, nie ma.
Opuścili ogromny, wymalowany na biało, hol wejściowy i szli przez sale wystawowe na parterze. Dotarli do niewielkiej windy i w oczekiwaniu na nią, Burchill stanęła do niego twarzą i zmierzywszy Rebusa wzrokiem, oświadczyła:
– Gill opowiadała mi o panu. – Potem drzwi windy się otworzyły i oboje weszli do środka.
– Mam nadzieję, że same dobre rzeczy – powiedział, starając się, by zabrzmiało to lekko.
Burchill spojrzała na niego rozbawiona. Mimo swego wieku sprawiała wrażenie młodej dziewczyny, u której nieśmiałość miesza się z pewnością siebie, strach z ciekawością.
– Jedziemy na czwarte piętro – oznajmiła, a kiedy drzwi windy znów się otworzyły, znaleźli się w wąskim korytarzu pełnym przedmiotów i obrazów kojarzących się ze śmiercią. – To jest dział dotyczący wierzeń – poinformowała niemal szeptem. – Czary, gusła, ceremonie pogrzebowe i zbezczeszczone groby.
Jednym z eksponatów był czarny karawan gotów zawieść kolejne zwłoki na jakiś wiktoriański cmentarz, obok zaś leżała ogromna metalowa skrzynia. Rebus nie mógł się powstrzymać, by jej nie dotknąć.
– To grzebalna kaseta – wyjaśniła, a widząc, że nie rozumie, dodała: – Przez pierwsze sześć miesięcy rodziny zmarłych trzymały trumnę ze zwłokami w takiej kasecie, żeby zniechęcić Rezurekcjonistów.
– Chodzi o złodziei zwłok, tak? – Akurat ten fragment historii był mu znany. – Takich jak Burke i Hare, którzy wykradali zwłoki i sprzedawali je uniwersytetowi?
Jean Burchill popatrzyła na niego wzrokiem nauczycielki karcącej uczniaka.
– Burke i Hare nie wykradali żadnych zwłok. Na tym cała sprawa polegała, że sami zabijali, a potem sprzedawali zwłoki do badań anatomicznych.
– Prawda – przyznał Rebus.
Przeszli obok kolejnych pogrzebowych eksponatów, a wśród nich fotografii martwych dzieci, by zatrzymać się przy ostatniej gablocie.
– Oto jesteśmy – oświadczyła Burchill. – Trumny z Arthur’s Seat.
Rebus przyjrzał się. W gablocie leżało osiem trumienek. Wszystkie długie na około piętnaście centymetrów, były stara
– Kibicka Hibsów – mruknął Rebus.
– Kiedyś wszystkie były ubrane, ale na niektórych materiał zbutwiał. – Wskazała fotografię umieszczoną w gablocie. – W tysiąc osiemset trzydziestym szóstym roku dzieci bawiące się na zboczu Arthur’s Seat odnalazły ukryte wejście do jaskini. Wewnątrz znajdowało się siedemnaście małych trumienek, z których przetrwało tylko te osiem.
– Musiały się nieźle wystraszyć – stwierdził Rebus, przyglądając się fotografii i próbując zgadnąć, w którym miejscu rozległego wzgórza mogła się znajdować ta jaskinia.
– Przeprowadzone badania wskazują, że trumienki wykonano w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku.
O tym samym informowały wywieszki na eksponatach w gablocie. Obok leżały też wycinki z gazet z tamtych czasów, z których wynikało, że lalkami posługiwały się czarownice pragnące za ich pomocą rzucić urok na wybrane osoby. I
– Marynarze na Arthur’s Seat? – zadumał się Rebus. – To by był dość niezwykły widok.
– Czyżbym wyczuwała animozje w pańskim głosie, inspektorze?