Страница 26 из 55
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Poruszyła się przy mnie w ciepłym mroku i przytknęła usta do wrażliwej skóry tuż poniżej mojej szyi. Objąłem ją mocniej i wtuliłem nos w jej wo
– Ciągle coś nowego – powiedziała se
– Wcale ich nie czułem.
– A właśnie, że czułeś.
Przesunąłem dłońmi po jej gładkim ciele, nie siląc się na odpowiedź. Byłem odprężony i zaspokojony. Obeszła się z moimi żebrami i stłuczeniami delikatnie i subtelnie. Sprawiły jej one nawet jakąś nieokreśloną przyjemność.
– Jak do tego doszło?
– Do czego?
– No, do tych sińców.
– Przegrałem spór. Potarła mi nosem pierś.
– To dopiero musiała być dyskusja – powiedziała. Uśmiechnąłem się w ciemnościach. Cały świat mieścił się w pościeli, w małym intymnym kokonie spowijającym dwa ciała splecione w uścisku, rozumiejące się bez słów.
– Ty? – Mm?
– Nie możemy być razem przez cały weekend?
– Muszę przetelefonować sprawozdanie z Newcastle. Nie da się tego uniknąć – powiedziałem z twarzą wtuloną w jej włosy.
– Przeklęta „Fama”.
– Jest jeszcze niedziela.
– Niech żyje klub golfowy.
Przez dłuższy czas leżeliśmy milcząc. Ogarnęła mnie wielka se
Dla Gail czas nie był tak ce
Gail obudziła się sama parę godzin później i obróciła mi przegub ręki, żeby spojrzeć na fosforyzujące wskazówki zegarka.
– Nie śpisz? – spytała. – Jest za dziesięć szósta.
– Lubisz to robić rano?
– Z tobą, Ty, zawsze. – Jej głos uśmiechał się w ciemności. – O każdej porze, jaka ci tylko przyjdzie do głowy.
Tak dobry to ja nie byłem.
– Dlaczego? – spytałem.
– Może dlatego, że jesteś normalny. Kochać się z tobą, to jak jeść chleb z miodem. – Zabębniła palcami po moim brzuchu. – Niektórzy domagają się najdziwniejszych rzeczy…
– Nie mówmy o nich.
– Dobrze. Nie mówmy.
Ekspres o ósmej do Newcastle złapałem z dziesięciosekundowym zapasem. Ranek był dojmująco chłodny, typowo angielski. Spod pociągu dobywała się z sykiem para. Głuche szczęknięcia i niezrozumiałe komunikaty dworcowe świdrowały uszy, a perony wypełniał spieszący się szary tłum drżących z zimna pasażerów z załzawionymi oczami.
Sam drżący i z załzawionymi oczami usadowiłem się w wagonie restauracyjnym, ratując się mocną czarną kawą, wiedziałem jednak, że w żaden sposób nie uwolnię się od nieznośnego przygnębienia, które ogarnęło mnie nieubłaganie natychmiast po rozstaniu z Gail. Wyobrażałem ją sobie taką, jaką ją zostawiłem, leżącą w miękkim łóżku, ciepłą, rozkosznie rozleniwioną i mówiącą, że niedziela już jutro. Mogliśmy więc postarać się o ciąg dalszy. Nie ulegało wątpliwości, że jutro niedziela, ale najpierw trzeba było przeżyć sobotę. A z tej perspektywy dzień ten wydawał się bardzo długi.
Czteroipółgodzi
Trochę pogadaliśmy, potem poszliśmy na drinka do pubu, a stamtąd do hinduskiej restauracji, gdzie jedliśmy długo niedużą kolację i jeszcze dłużej popijaliśmy kawę. Gail jak zwykle była pewna siebie i zwracała uwagę swoją urodą nawet w otoczeniu ludzi podobnie jak ona ciemnoskórych. Ja ze swoją jasną twarzą należałem do mniejszości wśród obecnych.
– Londyn to najlepsze miejsce na świecie dla ludzi takich jak ja – skomentowała to Gail.
– Dla wszystkich. Potrząsnęła głową.
– Zwłaszcza dla ludzi mieszanej rasy. W tylu krajach stałabym poza nawiasem. Nigdy bym nie dostała takiej pracy, jaką tu mam.
– Nie zauważyłem, żeby ci przeszkadzało, że jesteś mieszanej rasy – powiedziałem.
– Godzę się z tym. Właściwie, gdyby to zależało ode mnie, to już nie chciałabym być ani całkiem biała, ani całkiem czarna. Przyzwyczaiłam się do siebie takiej, jaka jestem. A z ludźmi twojego pokroju przychodzi mi to z łatwością, bo ja na ciebie nie działam.
– Tego bym nie powiedział – odparłem z uśmiechem.
– Do diabła, wiesz przecież, o czym mówię. Nie przeszkadza ci, że mam ciemną skórę.
– Jesteś ciemnoskóra i piękna. Druzgocące zestawienie.
– Jesteś niepoważny – powiedziała z wyrzutem.
– A ty jesteś urodzoną uwodzicielką. Wygięła usta w uśmiechu.
– Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że jestem nieugięta i nie mam nic z kobiecej uległości, to chyba masz rację.
– I przyjdzie taki dzień, że rozstaniesz się ze mną bez cienia żalu.
– Rozstaniemy się? – spytała, bez najmniejszego niepokoju, zupełnie obojętnie.
– A jak myślisz?
– Myślę, że nie rzuciłbyś dla mnie swojej żony – odparła. Prosto z mostu, bez niedomówień, bez owijania w bawełnę.
– Prawda? – zapytała, kiedy nie odpowiedziałem od razu.
– Nigdy jej nie opuszczę.
– Tak właśnie myślałam. Lubię jasne sytuacje. Cieszę się wtedy tym, co mam, i niczego więcej nie oczekuję.
– Skok z asekuracją.
– To znaczy? – spytała.
– Zabezpieczasz się przed rozczarowaniem.
– Kiedy ludzie z całego serca pragną czegoś, co jest dla nich absolutnie nieosiągalne, wówczas cierpią. I to jak! Prawdziwe katusze. To nie dla mnie.
Będziesz miała wyjątkowo dużo szczęścia, jeżeli uda ci się ich uniknąć – powiedziałem wolno.
– Stanę na głowie, żeby tak było.
Pomyślałem, że pewnego dnia niepohamowane uczucie zburzy doszczętnie to trzeźwe zrównoważenie. Byle tylko nie z mojego powodu, czemu zamierzałem zapobiec. Zbyt sobie ceniłem tę jej równowagę ducha. Właśnie taka Gail była mi potrzebna. Dopóty dopóki wymagała ode mnie tak mało, mogłem się z nią dalej spotykać, a ponieważ najwyraźniej zdawała sobie z tego sprawę, mogliśmy liczyć na to, że uda nam się dowolnie przedłużać naszą znajomość bez popadnięcia w tarapaty.
Przy kawie rozmawialiśmy, tak jak przedtem, o pieniądzach. Narzekała, że wciąż jej ich brakuje.
– A komu nie brakuje? – spytałem współczująco.
– Twojej żonie, na przykład – odparła tonem, w który wkradła się szorstkość, co powstrzymało moją natychmiastową chęć, żeby temu zaprzeczyć. – Przepraszam – powiedziała niemal od razu. – Nie powi
– Wyjdź za milionera – zaproponowałem.
– Taki właśnie mam zamiar.
Oboje parsknęliśmy śmiechem, ale pomyślałem, że najprawdopodobniej mówi serio. Mężczyzna, z którym by się w końcu nie rozstała, musiałby mieć kłopoty podatkowe. Ciekaw byłem, jak zareagowałaby na wieść, że stać mnie na tę kolację i zapłacenie rachunku hotelowego tylko dlatego, że dzięki honorarium z „Lakmusa” załatam na jakiś czas najgorsze dziury w budżecie rodziny Tyrone’ów. Jak przyjęłaby wiadomość, że żonę mam nie bogatą, a bez grosza przy duszy i sparaliżowaną. W obu przypadkach pewno by mi raz dwa pokiwała ręką na pożegnanie. Nie miałem zamiaru stwarzać jej takiej okazji, jak tylko mogłem najdłużej.