Страница 22 из 55
Jan Łukasz zareagował, jak było do przewidzenia, żachnięciem, że niby „nikt nie może nam tego zrobić”.
Środowy ranek. W redakcji niewiele się dzieje. Derry z nogami na biurku, na suszce, Jan Łukasz pogrążony po uszy w lekturze wiadomości sportowych w dzie
W tę stojącą wodę wpadła jak kamień podana przeze mnie wiadomość, że dwóch facetów, przybierając groźną postawę, zażądało ode mnie, żebym nie mieszał się w grandę z wycofanymi końmi. Jan Łukasz wyprostował się w krześle przypominając wojowniczo nadętą olbrzymią żabę i drżąc z zadowolenia, że artykuł dał wyraźny efekt. Rozczapierzając palce rzucił się do telefonu.
– Oddział w Manchester? Dajcie mi dział sportowy… To ty, Andy? Tu Łukasz Morton. Powiedz mi, co wiesz o bukmacherze, który nazywa się Charlie Boston. Ma sieć kolektur w Birmingham.
Słuchał dłuższej wypowiedzi z rosnącą uwagą.
– To pasuje – powiedział. – Tak. Tak. Doskonale. Rozpytaj się i daj mi znać.
Odłożył słuchawkę i potarł grdykę.
– Charlie Boston zmienił skórę rok temu – oznajmił. – Przedtem był w Birmingham zupełnie przeciętnym bukmacherem, który miał około sześciu kolektur i całkiem możliwą opinię. Andy mówi, że teraz jednak bardzo rozkręcił interes i tyranizuje i
Przemyślałem to sobie. Charlie Boston ze swoimi kolekturami i bandziorami w ogóle mi nie pasował do przedstawionego przez Dembleya rysopisu cichego i spokojnego dżentelmena, jeżdżącego rollsem prowadzonym przez szofera i mówiącego z greckim, holenderskim bądź skandynawskim akcentem. Wydawało mi się też mało prawdopodobne, żeby ci dwaj byli wspólnikami. Nielegalną działalność mogły oczywiście prowadzić niezależnie od siebie dwie bandy, a jeśli tak, to co działo się, jeżeli krzyżowały się ich interesy? I której z nich dał się skusić Bert? Ale jeżeli stanowiły jedną całość, to facet w rollsie musiał być tu mózgiem, a Charlie Boston jego gangsterem. Szczucie mnie psami rasy bokser to klasyczny przykład gangsterskiego sposobu myślenia.
Jan Łukasz podniósł słuchawkę swojego telefonu, który zadzwonił. Słuchając, zmrużył oczy i obrócił głowę, żeby spojrzeć prosto na mnie.
– Jak to dostał straszny wycisk? Nic podobnego. W tej chwili jest w redakcji, a wczoraj był na wyścigach w Plumpton. Macie zbyt wybujałą wyobraźnię w tej waszej gazecie… Jeżeli mi nie wierzysz, sam z nim pogadaj. – Wręczył mi słuchawkę, mówiąc z grymasem: – To ten cholerny Co
– Słyszałem – odezwał się w słuchawce dobitny, złośliwy głos – że jakieś bandziory z Birmingham pogruchotały ci kości w pociągu z wyścigów w Leicester.
– To plotka – odparłem znudzonym tonem. – Sam słyszałem ją wczoraj w Plumpton.
– Mój informator twierdzi, że nie mogłeś być wczoraj w Plumpton.
– Twój informator jest nierzetelny. Radzę ci z niego zrezygnować.
Krótka pauza.
– Mogę sprawdzić, czy tam byłeś.
– No to sprawdź.
Trzasnąłem słuchawką o widełki, dziękując gwiazdom, że Jan Łukasz najpierw zapoznał się z moją wersją wypadków.
– Podejmiesz ten sam temat w niedzielnym artykule? – spytał. Co
Skinąłem głową. Wiedziałem, co trzeba robić. Moje stłuczenia dały mi bolesnego kuksańca. Dosyć, zaprotestowały natarczywie. Napisz przyjemny, nijaki kawałek na całkiem i
– Przytocz parę wypowiedzi – polecił Jan Łukasz.
– Dobra.
– Wyskocz z jakimiś pomysłami – dodał niecierpliwie.
– Odwalam za ciebie całą robotę. Westchnąłem – płytko i ostrożnie.
– A może napisać, że dopilnujemy, żeby Tomcio Paluch wystartował w Pucharze Latarnika? – zaproponowałem.
– Mógłbym pojechać i umówić się z Ronceyem…
– „Fama” dopilnuje, żeby Tomcio Paluch wystartował?
– przerwał mi Jan Łukasz z roziskrzonym wzrokiem. – Ty, to genialnie! Zacznij artykuł właśnie od tego… „Fama” dopilnuje… Świetnie! Świetnie!
O mój Boże, pomyślałem. Jestem największym głupcem na świecie. Tonio Perelli przestrzegał, żebym trzymał się z dala od pociągów na wyścigi. Nie mówił nic o kładzeniu się na torach.
ROZDZIAŁ ÓSMY
U Ronceyów nic się nie zmieniło. Zwiędłe liście i pajęczyny tkwiły na swoich miejscach. W kuchni na stole nie zobaczyłem kapiącego mięsa, leżały za to dwa nie oskubane bażanty z wiotkimi szyjami. Zlew wypełniały brudne naczynia i silniej niż przedtem czuć było smród gumiaków.
Przyjechałem bez uprzedzenia, o wpół do trzeciej i zastałem samego Ronceya na podwórzu. Przypatrywał się, jak Pat ze staruszkiem przepiłowują wielki kloc uschłego drzewa. Po spojrzeniu jakim mnie obrzucił poznałem, że nie jest zachwycony moim przybyciem, ale w końcu zaprowadził mnie do salonu, rzucając na odchodnym synowi polecenie, żeby, jak skończy z rąbaniem drzewa, posprzątał siodlarnię.
Ronceyowa leżała na kanapie, pogrążona we śnie. W dalszym ciągu nie miała na sobie pończoch, tylko wciąż te same niebieskie papucie, wciąż tę samą żółtą sukienkę, mocno już przybrudzoną z przodu. Roncey spojrzał na nią zupełnie obojętnie i wskazał mi jeden z foteli.
– Nie potrzebuję pomocy „Famy” – powtórzył to, co powiedział na podwórku. – Bo i po co?
A czy zależy panu na tym, żeby Tomcio Paluch pobiegł w Pucharze Latarnika?
Jasne, że pobiegnie – oświadczył stanowczo z zaciętą i nieprzejednaną miną. – Mówiłem już panu. Każdy, kto każe mi zrobić inaczej, będzie musiał zmienić zdanie.
– W takim razie zdarzy się jedno z dwojga – powiedziałem spokojnie. – Albo inicjatorzy tego szwindla zrezygnują z próby niedopuszczenia Tomcia Palucha do startu wskutek publikacji na ich temat. Albo też nie zrezygnują i mu w tym przeszkodzą. Jeżeli mają choć odrobinę rozsądku, to porzucą ten pomysł. Ale nie wiem, czy można Uczyć na to, że są rozsądni.
– Nie przeszkodzą mu w starcie – oznajmił, wysuwając wojowniczo szczękę, z uporem w oczach.
– Zapewniam pana, że jeżeli zechcą, to w taki czy i
– Nie wierzę panu.
– Ale czy nie zezwoliłby pan na podjęcie środków bezpieczeństwa, tak na wszelki wypadek? „Fama” pokryje wszelkie koszty.
Obrzucił mnie długim, nieugiętym spojrzeniem.
– A czy to nie jest aby zwykły chwyt reklamowy, żeby okryć chwałą pańską polującą na sensację gazetę? – spytał.
– Korzyści będą obopólne – odparłem. – Z jednej strony dla pana i graczy na wyścigach, z drugiej dla nas. Ale cel wyłącznie jeden: bezpieczeństwo Tomcia Palucha i jego start w Pucharze Latarnika.
Zastanowił się nad tym, co powiedziałem.
– A co to za środki bezpieczeństwa? – spytał wreszcie.
Żywiąc mieszane uczucia, westchnąłem w duchu, ja – narciarz z połamanymi żebrami na szczycie stromego i wyboistego stoku, na który sam się wdrapałem.
– Są trzy podstawowe – odparłem. – Najprostszy to list do Weatherbych, oznajmiający o pańskim stanowczym zamiarze wzięcia udziału w Pucharze Latarnika i zawierający prośbę, żeby skontaktowali się z panem w razie otrzymania jakichś poleceń w sprawie jego skreślenia ze startu przed lub po potwierdzeniu w przyszły wtorek jego udziału na cztery dni przed gonitwą. Zdaje pan sobie przecież sprawę, że ja albo ktokolwiek mógłby wysłać telegram albo teleks wycofujący konia i że miałby pan trochę zachodu, żeby odkręcić sprawę.
Otworzył szeroko usta ze zdumienia.
– Ktokolwiek?!
– Każdy, kto by się podpisał pańskim nazwiskiem, oczywiście. Weatherby’owie otrzymują setki odwołań tygodniowo. Nie sprawdzają, czy takie jest rzeczywiście życzenie trenera. No bo niby dlaczego mieliby sprawdzać.