Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 55

Roncey nalegał, żebym został na lunchu, a do tego czasu opowiadał z ożywieniem, tak, jakby nie miał zamiaru nigdy skończyć, o wszystkich koniach, jakie miał w życiu. Przy lunchu składającym się z befsztyka na zimno, marynat, sera i biskwitów, podanych o wpół do trzeciej na kuche

Kiedy wyszedłem stamtąd wkrótce po skończeniu posiłku, Pat poprosił mnie o podwiezienie do Bishops Stratford i nie zważając na mars na czole ojca, wspiął się na przednie siedzenie furgonetki. Roncey uścisnął mi rękę mocno, jak przy powitaniu, i wyraził nadzieję, że otrzyma gratisowy egzemplarz „Lakmusa”.

– Oczywiście – zapewniłem go, myśląc o tym, że w związku z osławionym skąpstwem tego pisma, sam będę musiał przysłać mu ten numer.

Pomachał mi z podwórza ręką na pożegnanie, a Patowi szorstko przykazał, żeby wrócił prosto do domu autobusem o czwartej. Ledwo minęliśmy przekrzywione słupki bramy, już Pat wyrzucił z siebie cząstkę tłumionej urazy.

– Traktuje nas jak dzieci… mama nic tu nie pomoże, ona nas wcale nie słucha…

– Mógłby pan stąd wyjechać – podsunąłem mu myśl. Ile pan ma lat, dziewiętnaście?

– Kończę w przyszłym miesiącu. Ale nie mogę wyjechać i on o tym wie. Nie mogę, jeżeli chcę się ścigać. Na zawodowstwo nie mogę na razie przejść, jestem za mało znany i nikt nie wsadzi mnie na swojego konia. Muszę startować jako amator i wyrobić sobie nazwisko, tak mówi tata. A przecież nie mogę być amatorem, jeżeli pójdę z domu i znajdę sobie gdzieś normalną pracę, bo wtedy nie mógłbym sobie pozwolić na wszystkie wydatki i w ogóle nie miałbym czasu na jeżdżenie.

– Można pracować w stajni… – zaproponowałem.

– No wie pan. Przecież przepisy mówią, że nie można pracować w żadnym charakterze w stajni wyścigowej i jednocześnie startować jako amator, nawet jeżeli jest pan sekretarzem, kierownikiem, kimkolwiek. To cholernie niesprawiedliwe. Tylko niech pan mi nie mówi, że mógłbym pracować jako staje

Skinąłem głową.

– Jako staje

Rozpamiętywał ponuro swoją sytuację przez całą drogę do Bishops Stratford. Pomyślałem, że ma uzasadniony żal. Victor Roncey nie należał do ojców, którzy pomagają synom w życiu.

ROZDZIAŁ CZWARTY

W tenże poniedziałek, po południu, odbyło się śledztwo w sprawie Berta Checkova. Orzeczenie: nieszczęśliwy wypadek. Był pijany w trupa, oświadczyły maszynistki, które widziały, jak wypadł przez okno. Pijany w trupa.

A po spadnięciu na chodnik, już nie pijany, tylko trup.

Kiedy wszedłem do redakcji we wtorek rano, Jan Łukasz i Derry zastanawiali się, czy wybrać się na jego pogrzeb w środę.

– Croxley. Gdzie to jest? – spytał Derry.

– Niedaleko Watford – odparłem. – Na śródmiejskiej linii metra. Dojazd bezpośrednio do Farringdon Street.

– Czego nam, dzie

– Jeżeli się nie mylisz, Ty, to nie ma problemu – orzekł Jan Łukasz. – Powi

Mrużąc oczy Derry przyjrzał się mapce metra w swoim kalendarzyku.

– Croxley. Za Watford. Miałeś rację – powiedział.

W Watford miałem kiedyś dziewczynę. Tę drugą. Wiele czasu spędziłem jeżdżąc linią śródmiejską metra, podczas gdy Elżbieta była przekonana, że zatrzymał mnie nawał pracy w redakcji. Poczucie winy i świadomość popełnionego oszustwa były starymi i dobrze znajomymi towarzyszami moich podróży. Z Watford, z Virginia Water, skądkolwiek.

– Ty! – usłyszałem natarczywy głos Jana Łukasza. – Hm?

– Pogrzeb jest o wpół do trzeciej. Na dojazd trzeba liczyć, no ile, godzinę…?

– Ja nie pójdę – odparłem. – Mam do napisania ten artykuł dla „Lakmusa”. Wywiady zabiorą mi jeszcze przynajmniej dwa dni.

– Wydawało mi się… – zaczął, wzruszając ramionami.

– Jakie tajniki zgłębiłeś do tej pory? – spytał Derry. Siedział z nogami zarzuconymi na biurko. We wtorki w niedzielnym piśmie nie było nic do roboty.

– Rodzinę Ronceyów. Tomcia Palucha – odparłem. Derry prychnął pogardliwie.

– Przedterminowy faworyt.

– Będziesz go polecał? – spytałem z zainteresowaniem.

– Raczej nie. Wprawdzie wygrał kilka gonitw, ale nie pokonał żadnego konia z klasą.

– Bert bardzo go zachwalał. Napisał niezwykle wymowny artykuł, żeby chwytać okazję, zanim nie zmniejszy się rozpiętość stawek. Napisał go w zeszły czwartek. Chyba tuż po opublikowaniu w kalendarzu wyścigów terminu tego handicapu. Artykuł ukazał się w jego gazecie już w piątek. Roncey pokazał mi wycinek. Powiedział, że Bert zadzwonił do niego po pijanemu.

Jan Łukasz westchnął.

– To przesądza sprawę. Skoro Bert go typował, to ja nie mam zamiaru oświadczył stanowczo Derry.

– A to dlaczego?

– Bo konie, które mocno typował Bert na długo przed gonitwą, prawie nigdy nie stawały później na starcie.

Jan Łukasz wyciągnął szyję, aż ścięgna nabrzmiały mu jak postronki, i pomasował wypukłą grdykę.

– Zawsze istnieje takie ryzyko – powiedział. – Może się zdarzyć każdemu.

– Mówisz to serio? – spytałem Derry’ego.

– Jak najbardziej. Współczuję ci z powodu tego artykułu dla „Lakmusa” i tak dalej – powiedział z uśmiechem – ale przewiduję, że mniej więcej wtedy, kiedy go opublikują, okaże się, że Tomcio Paluch został wycofany z Pucharu Latarnika.

Bawił się beztrosko gumką recepturką, a Jan Łukasz kartkował w roztargnieniu jakieś papiery. Ani jeden, ani drugi nie poczuł dreszczu, jaki przebiegł mi po plecach.

– Derry, jesteś tego pewien? – spytałem.

– Czego?

– Że Bert zawsze typował w dużych gonitwach konie, które potem nie startowały.

Derry pstryknął dwa razy gumką.

– Ściślej mówiąc, jeżeli zależy ci na ścisłości, to wytypował więcej takich koni niż ktokolwiek i

– Nie zauważyłem – - rzekł Jan Łukasz takim tonem, jak gdyby nie mogło się to zdarzyć bez jego wiedzy i zgody.

Derry wzruszył ramionami.

– Ale tak właśnie było – powiedział. – A jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś równie niepotrzebnego na temat tego nadętego Ca

– Nabierasz nas – rzekł Jan Łukasz.

– Wcale nie – odparł Derry, potrząsając głową. – Nie myśl, że ja tu tylko siedzę i nic nie dostrzegam. Przecież czytam gazety.

– Pójdę po maszynę – powiedziałem nagle.

– A gdzie ją masz?

– Oddałem do czyszczenia – rzuciłem przez ramię w drodze do drzwi.

Tym razem maszyna była gotowa. Odebrałem ją i poszedłem dalej ulicą, do gazety Berta. Wjechałem windą na jego piętro. Przeszedłem przez ruchliwy dział redakcji sportowej. Zatrzymałem się przed biurkiem zastępcy kierownika działu sportowego, bywalca wyścigów i starego znajomego z baru.