Страница 69 из 75
Wyciągnął kartkę z kieszeni kurtki, z drugiej wyłuskał pióro i odwróciwszy kartkę, zaczął pisać nową wersję wiadomości, którą miałem później nagrać na kasetę. Kiedy skończył, pokazał mi swoje dzieło, trzymając kartkę w wyciągniętej ręce, abym mógł bez przeszkód przeczytać całą wiadomość. Treść brzmiała obecnie tak:
JESTEM ANDREW DOUGLAS. NIECH JOCKEY CLUB ZBIERZE DZIESIĘĆ MILIONÓW FUNTÓW, A WE WTOREK ZROBI PRZELEW NA KONTO NUMER ZL327/42806, CREDIT HELVETIA, W ZURYCHU, W SZWAJCARII. KIEDY PRZELEW ZOSTANIE ZREALIZOWANY, MORGAN FREEMANTLE WRÓCI DO DOMU. POTEM PO PROSTU CZEKAJCIE. NIECH POLICJA NIE WSZCZYNA ŚLEDZTWA. JEŻELI WSZYSTKO BĘDZIE W PORZĄDKU, ZOSTANĘ UWOLNIONY. JEŚLI PIENIĘDZY NIE BĘDZIE MOŻNA PODJĄĆ Z KONTA W BANKU SZWAJCARSKIM, ZABIJĄ MNIE.
– No cóż – mruknąłem. – Teraz znacznie lepiej. Ponownie sięgnął po magnetofon.
– Nie zapłacą dziesięciu milionów – powiedziałem.
Jego dłoń znów znieruchomiała.
– Wiem.
– Nie wątpię, że wiesz. – Żałowałem, że nie mogę podrapać się w swędzący czubek nosa. – W normalnych okolicznościach czekałbyś na list Jockey Clubu do twojego banku w Szwajcarii z propozycją bardziej realnej kwoty okupu.
Słuchał beznamiętnie, przekładając słowa na język włoski, aby zrozumieć, co powiedziałem. – Zgadza się – przyznał.
– Mogą zapłacić okup wysokości góra stu tysięcy funtów – powiedziałem.
– Bzdura.
– Może pięćdziesiąt tysięcy więcej na pokrycie twoich kosztów.
– To też bzdura.
Mierzyliśmy się wzajemnie wzrokiem. W normalnych okolicznościach negocjacje co do wysokości okupu przebiegały całkiem inaczej. Ale z drugiej strony czemu miałbym z tym zwlekać?
– Pięć milionów – powiedział. Milczałem.
– Musi być pięć – dodał.
– Jockey Club nie ma pieniędzy. To klub towarzyski, w jego skład wchodzą zwykli ludzie. Nie są zamożni.
Pokręcił zapamiętale głową. – Są bogaci. Wiem, że na pewno mają pięć milionów.
– Skąd wiesz? – spytałem.
Zamrugał lekko powiekami, ale ostatecznie powtórzył tylko: – Pięć milionów.
– Dwieście tysięcy. Naprawdę, na więcej nie licz.
– Bzdura.
Odszedł, by zniknąć w laurowym gąszczu; chyba musiał to sobie przemyśleć i nie chciał, abym go obserwował.
Ten numer z kontem w szwajcarskim banku wydał mi się fascynujący; najwyraźniej zamierzał możliwie jak najszybciej przesłać pieniądze z konta nr ZL327/42806 na całkiem i
Jedna ofiara za okup w żądanej kwocie.
Druga za zapewnienie bezpieczeństwa pieniądzom, aby mogły zostać wybrane bez żadnych nieprzewidzianych niespodzianek.
Morgan Freemantle miał zapewnić mu pieniądze, a Andrew Douglas czas na ich ukrycie. Żadnych niepotrzebnych spotkań w punkcie przekazania okupu, gdzie mógłby wpaść w pułapkę nadpobudliwych, nazbyt skorych do działania carabinieri, żadnych stosów sfotografowanych banknotów o oznaczonych nominałach i spisanych numerach. Jedynie cyfry, przechowywane elektronicznie cyfry; wymyślne i gładkie przestępstwo. Zebrać cyfry od dżentelmenów z Jockey Clubu, zsumować je i przesłać teleksem do Szwajcarii. Mając pieniądze w Zurychu, Giuseppe-Peter mógł zniknąć gdzieś w Ameryce Południowej i niestraszne byłyby mu wszelkie szalejące w tamtejszych krajach inflacje. Franki szwajcarskie były w stanie przetrwać każdą zawieruchę.
Mogłem się jedynie domyślać, że okup za Alessię trafił do Szwajcarii w dniu, kiedy go wpłacono, wymieniony na franki, być może za pośrednictwem pasera. Tak samo było w przypadku właściciela torów wyścigów ko
Zorientowałem się, że z przyzwyczajenia wciąż myślałem o nim jak o Giuseppe-Peterze. Piętro Goldoni był dla mnie całkiem obcą osobą.
W końcu wrócił, stanął przede mną i opuścił wzrok.
– Jestem człowiekiem interesu – powiedział.
– Wiem.
– Wstań, kiedy mówię do ciebie.
Stłumiłem w sobie instynktowne pragnienie, aby mu się przeciwstawić. Porywacza nigdy nie należy do siebie zrażać – to lekcja numer dwa dla ofiar. Niech będzie z ciebie zadowolony, niech cię polubi, będzie wówczas mniej skory do tego, aby cię zabić.
Cholerny podręcznik, pomyślałem posępnie i wstałem.
– Tak lepiej – mruknął. – Za każdym razem, kiedy tu przyjdę, masz wstać.
– W porządku.
– Nagrasz się. Wiesz, co chcę powiedzieć. I powiesz to. – Przerwał na chwilę. – Jeżeli nie spodoba mi się to, co powiesz, zaczniemy od nowa. Najwyżej zrobisz to jeszcze raz.
Skinąłem głową.
Wyjął ze skórzanej torby czarny magnetofon i włączył go. Następnie z kieszeni kurtki wyłuskał kartkę z instrukcjami i podsunął w moją stronę, tak bym mógł odczytać jego wersję. Dał mi gestem dłoni znak, że mogę zaczynać, a ja odchrząknąłem i siląc się na spokojny ton, co nie było łatwe, powiedziałem:
– Mówi Andrew Douglas. Niniejszym żądanie okupu za Morgana Freemantle’a zostaje zredukowane do pięciu milionów funtów…
Giuseppe-Peter wyłączył magnetofon.
– Tego nie kazałem ci mówić – warknął gniewnie.
– Nie – przyznałem łagodnie. – Ale może to zaoszczędzić sporo czasu.
Wydął wargi, zamyślił się, powiedział, żebym zaczął raz jeszcze, i wcisnął klawisze startu i zapisu. Powiedziałem:
– Mówi Andrew Douglas. Niniejszym żądanie okupu za Morgana Freemantle’a zostaje zredukowane do pięciu milionów funtów. Kwotę tę należy przelać do banku Credit Helvetia w Zurychu, w Szwajcarii, na konto o numerze ZL327/42806. Kiedy żądana suma znajdzie się na podanym koncie, Morgan Freemantle wróci do domu. Niech policja nie wszczyna śledztwa. Jeżeli nie będzie żadnego dochodzenia, a konto w banku szwajcarskim nie zostanie zablokowane i pieniądze będą mogły zostać stamtąd bez przeszkód wybrane i przekazane gdzie indziej, zostanę uwolniony.
Przerwałem. Wcisnął klawisz „stop” i powiedział: – Nie dokończyłeś.
Spojrzałem na niego.
– Powiesz, że jeśli te warunki nie zostaną dotrzymane, zginiesz.
Jego ciemne oczy wpatrywały się w moje na równym poziomie; byliśmy niemal tego samego wzrostu. Dostrzegłem w nich tylko niewzruszoną pewność siebie. Znów wcisnął klawisze startu i nagrywania i czekał cierpliwie.
– Powiedziano mi – rzekłem oschłym tonem – że jeśli niniejsze warunki nie zostaną dotrzymane, zginę.
Pokiwał ostentacyjnie głową i wyłączył magnetofon.
I tak mnie zabije, pomyślałem. Włożył magnetofon do jednej z przegródek w torbie podróżnej i zaczął grzebać w drugiej w poszukiwaniu czegoś i
Zareagowałem niemal tak, jakby to była broń. Pomimo iż było chłodno, zacząłem obficie się pocić.
Chyba nie zwrócił na to uwagi. Odkręcił butelkę i sięgnął do torby po cienką plastikową rurkę do napojów.
– Zupa – wyjaśnił. Wsunął rurkę do butelki i włożył mi koniec do ust.
Zacząłem ssać. To był rosół – zimny i dość zawiesisty. Wypiłem wszystko dość szybko w obawie, że mi zabierze.
Obserwował mnie bez słowa. Kiedy skończyłem, rzucił rurkę na ziemię. Zakręcił butelkę i włożył do torby. A potem znów obrzucił mnie przeciągłym, badawczym, czujnym spojrzeniem i niespodziewanie odszedł.
Nogi miałem miękkie jak z waty. Usiadłem ciężko i powoli na ilastej ziemi. Niech to szlag, pomyślałem. Niech to wszyscy diabli.