Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 64 из 75

– Biedna Beatrice, można by pomyśleć, że ma randkę z kochankiem – rzekła z uśmiechem Alessia, gdy ruszyliśmy dalej – a nie wybiera się na zakupy.

– Ty natomiast – zauważyłem – ani trochę się nie czerwienisz.

– No cóż – odparła – nic nikomu nie obiecywałam.

– To fakt. – Zatrzymałem wóz w bocznej uliczce i rozłożyłem szczegółową mapę miasta. – Czy jest jakieś miejsce, które chciałabyś zobaczyć? – spytałem. – Mauzoleum Lincolna? Biały Dom i całą resztę?

– Byłam tutaj trzy lata temu. Odwiedziłam wszystkie ważniejsze miejsca w tym mieście.

– Świetnie… A czy miałabyś coś przeciw temu, abyśmy pojeździli trochę po mieście? Chciałbym… zapoznać się bliżej… z niektórymi miejscami…

Zgodziła się, choć była odrobinę zaskoczona, a po chwili rzekła: – Szukasz Morgana Freemantle’a.

– Raczej miejsc, gdzie może być przetrzymywany.

– To znaczy?

– Nie mogą to być… dzielnice przemysłowe. Ani budynki popadające w ruinę. Na pewno też nie dzielnica ludności murzyńskiej. Podobnie jak parki i dzielnice, gdzie roi się od muzeów i biur organizacji rządowych. Nie będzie to dzielnica placówek dyplomatycznych… ambasad i konsulatów zagranicznych. W grę nie wchodzą też budynki posiadające własną wewnętrzną ochronę. Odpadają okolice wielkich centrów handlowych, szkół, banków i college’ów, gdzie jest mnóstwo studentów.

– Co wobec tego pozostaje?

– Dzielnice willowe. Przedmieścia. Wszędzie tam, gdzie nie ma wścibskich sąsiadów. Co więcej, to miejsce powi

Jechaliśmy dość długo, metodycznie przeczesując miasto z pomocą mapy, ale koncentrując się głównie na północnych i zachodnich obrzeżach. Natrafiliśmy na miejsca tak urokliwe, a jednak z pewnością nieznane turystom, i ciągnące się milami ulice, przy których stały prywatne wille; miejsc, w których mógł być przetrzymywany Morgan Freemantle, było w tym mieście bez liku.

– Ciekawe, czy minęliśmy to miejsce, gdzie go trzymają – rzekła w którymś momencie Alessia. – Aż dreszcze mnie przechodzą na samą myśl, że mogliśmy być tak blisko, ale po prostu nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Nie mogę przestać o nim myśleć. To nie do zniesienia. Jest gdzieś tam… samotny… przeraźliwie samotny… i kto wie, może jest całkiem blisko.

– Mogli wywieźć go gdzieś dalej – zauważyłem. – Choć porywacze zwykle nie korzystają z opuszczonych farm czy domów stojących na odludziu. Wybierają gęściej zaludnione miejsca, gdzie ich obecność nie zwróci niczyjej uwagi i nie wyda się nikomu podejrzana.

Jednakże obszar poszukiwań, mimo iż okrojony przeze mnie do minimum, i tak przerażał swoim ogromem. Lista wynajętych ostatnio domów nie zakończy się na jedenastu podejrzanych punktach – będą ich setki, może nawet tysiąc lub dwa. Zadanie Kenta Wagnera graniczyło to z nieprawdopodobieństwem i musieliśmy liczyć na negocjacje, a nie na cud, jeżeli chcieliśmy, aby Morgan Freemantle wrócił bezpiecznie do domu.

Jeździliśmy ulicami w pobliżu katedry, podziwiając architekturę tutejszych domów, wielkich, starych budowli z białymi gankami zamieszkanych przez liczne, częstokroć młode rodziny. Na każdym ganku stała halloweenowa dynia.

– Co to takiego? – spytała Alessia, wskazując na uśmiechnięte buźki wycięte w pomarańczowych, okrągłych, wielkich owocach stojących na schodach przed każdym z domów.

– Cztery dni temu było Halloween – odparłem.

– Ach tak, rzeczywiście. U nas nie ma takiej tradycji.

Minęliśmy Ritz-Carlton przy Massachusetts Avenue i przystanęliśmy tam, by rzucić okiem na spokojny, pełen gości hotel z niebieskimi markizami, skąd tak bezceremonialnie uprowadzono Morgana, po czym objechaliśmy Dupont Circle i zawróciliśmy w stronę centrum. Miasto było w większości zbudowane na bazie kręgów, jak Paryż, co miało swój niewątpliwy urok, ale dzięki czemu łatwiej było się w nim zgubić. Kilkakrotnie podczas tej przejażdżki zdarzyło nam się zmylić drogę.

– To miasto jest takie wielkie – przyznałem. – Zgłodniałaś?

Było już wpół do czwartej, ale w hotelu Sherryatt godzina nie miała większego znaczenia. Poszliśmy do mego pokoju na jedenastym piętrze anonimowego, ogromnego budynku i zamówiliśmy u obsługi wino i sałatkę z awokado i krewetek. Alessia wyciągnęła się leniwie w jednym z foteli i przysłuchiwała się, podczas gdy ja zadzwoniłem do Kenta Wagnera.

Zapytał, czy zdaję sobie sprawę, że przez Waszyngton przepływa niemal cała ludność Stanów Zjednoczonych, a lista wynajętych domów będzie długa jak most na Potomaku.

– Szukajcie domu bez dyni – podsunąłem.

– Co takiego?

– Czy gdybyś był porywaczem, miałbyś czas zajmować się wycinaniem halloweenowych dyń i wystawieniem ich przed dom?

– Nie. Chyba nie. – Stłumił w sobie chichot. – Tylko Angol mógł podsunąć tak kretyński pomysł, ale to może się udać.

– Wiadomo – mruknąłem. – Dziś wieczorem będę w Sherryatt, a jutro, gdybym był potrzebny, znajdziesz mnie na wyścigach.

– W porządku.

Następnie zadzwoniłem do Liberty Market, ale sytuacja w Londynie ani trochę się nie zmieniła. Nad Portman Square jak chmura gradowa unosił się opar nagromadzonej wściekłości członków Jockey Clubu, a sir Owen Higgs wyjechał na weekend do Gloucestershire. Dowiedziałem się, że Hoppy od Lloydsa ma ubaw, że Jockey Club doradzał wszystkim ubezpieczenie się od wymuszeń, a sam tego nie zrobił. I poza tym nic.

Przyniesiono nam posiłek, porcje mini jak dla dżokejów, ale i tak zjedliśmy je z apetytem. Potem Alessia odsunęła od siebie talerz i spojrzawszy w głąb kieliszka z winem, rzekła: – Chyba nadeszła pora na podjęcie decyzji.

– Tylko dla ciebie – odparłem łagodnie. – Tak lub nie.

Wciąż nie unosząc wzroku, powiedziała: – Czy… przyjąłbyś odmowę?

– Tak – odrzekłem z powagą.

– Boja… – Wzięła głęboki oddech. – Chciałabym powiedzieć, że tak, zgadzam się, ale… – Przerwała, po czym mówiła dalej: -…od czasu porwania… nie jestem wstanie myśleć… o miłości, całowaniu się z kimś… i w ogóle… raz czy dwa umówiłam się z Lorenzo… i kiedyś spróbował mnie nawet pocałować… ale miałam wrażenie, jakby jego usta były z kauczuku… nie czułam nic… zupełnie. – Spojrzała na mnie niepewnie, jakby chciała wytłumaczyć mi to dobitnie. – Zakochałam się w kimś na zabój… dawno temu… kiedy miałam osiemnaście lat. Ten związek nie przetrwał nawet do końca lata… Po prostu oboje dorośliśmy… ale wiem, jak to jest, co powi

– Och, Alessio. – Wstałem i podszedłem do okna z przeświadczeniem, że nie jestem dość silny, by stanąć do tej walki, że moja samokontrola i opanowanie mają swoje granice i że jedyne, czego teraz pragnę, to odrobina ciepła. – Ja naprawdę cię kocham… i to na wiele sposobów – powiedziałem nieco cichszym niż zwykle głosem.

– Andrew! – Poderwała się z miejsca i podeszła do mnie, uważnie lustrując moje oblicze i dostrzegając w nim oznaki słabości, do których nie przywykła.

– Cóż… – powiedziałem, siląc się na lekki, niezobowiązujący ton i na uśmiech; Andrew – niezawodny pocieszyciel. – Na wszystko przyjdzie czas. Teraz startujesz już w gonitwach. Chodzisz na zakupy. Prowadzisz samochód?

Skinęła głową.

– Wszystko to wymagało czasu – powiedziałem. Objąłem ją delikatnie i pocałowałem w czoło. – Kiedy kauczuk znów stanie się ustami… daj mi znać.

Przytuliła się do mnie całym ciałem, jakby znów poszukiwała u mnie pomocy. Wtuliła twarz w moją pierś i przez chwilę znów było jak dawniej, ale tak naprawdę to ja chciałem być obejmowany, pieszczony i kochany.

Następnego dnia wzięła udział w gonitwie jak gwiazda na swoim własnym firmamencie.

Na wyścigach były tłumy ludzi skandujących, dopingujących, obstawiających zakłady. Trybuny pękały w szwach. Aby dokądkolwiek dotrzeć, trzeba było przeciskać się przez ściśniętą ludzką ciżbę. Przyłożono mi pieczątkę na wierzchu dłoni, sprawdzono moje nazwisko i odfajkowano, a Erie Rickenbacker, choć zajęty, osobiście przywitał mnie w najważniejszym dniu tego roku.