Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 75

Nie przejmował się losem uprowadzonego dyrektora. Często powtarzał, że gdyby wszyscy podejmowali niezbędne środki bezpieczeństwa i robili, co w ich mocy, aby – jak to określał – nie dać się zgarnąć, wszyscy poszlibyśmy z torbami. Jedno porządne porwanie w dużej firmie oznaczało, że dwadzieścia i

Gerry postawił na biurku wykonaną właśnie z kartki papieru kakadu. Kiedy nie udzielał porad dotyczących zapobiegania porwaniom i polityki ubezpieczeniowej klientom Liberty Market, sprzedawał wzory origami do kolorowych czasopism, nikt jednak nie sarkał na to, że potrafił niekiedy nawet całymi godzinami składać w swoim kantorku papierowe figurki. Mimo iż jego dłonie pracowicie zaginały i składały kolejne kartki, umysł pochłonięty był zawodowymi sprawami i niejednokrotnie ni stąd, ni zowąd rodziły się w nim błyskotliwe, nader korzystne dla naszej firmy pomysły i rozwiązania biznesowe.

Liberty Market, naszą firmę, tworzyło obecnie trzydziestu jeden partnerów i pięciu pracowników administracyjnych. Spośród partnerów wszyscy prócz mnie i Gerry’ego wywodzili się z szeregów antyterrorystów, policji, lub jeszcze i

Mieliśmy Prezesa (założyciela firmy), który przewodniczył pora

Wcale nie żałowałem, że wyjechał do Wenezueli.

Ta z pozoru kompletnie niezorganizowana firma funkcjonowała jak szwajcarski zegarek głównie za sprawą wpojonej dyscypliny i karności byłych żołnierzy. Mężczyźni owi, szczupli, twardzi, dumni i zadziwiająco sprytni, lubowali się w prowadzeniu spraw związanych z reperkusjami po porwaniach. Co więcej, podobnie jak byli szpiedzy, mieli graniczącego z paranoją bzika na punkcie tajności i choć z początku trochę mi to przeszkadzało, bardzo szybko nauczyłem się szanować ich nawyki.

Większość wykładów prowadził były policjant, który nie tylko opowiadał o sposobach ochrony przed porwaniami, lecz także doradzał potencjalnym kandydatom na ofiary, jak powi

Wielu z nas miało dodatkowe zamiłowania, w których się specjalizowało – fotografowanie, języki obce, broń palną, elektronikę, a poza tym wszyscy umieliśmy pisać na komputerze, ponieważ nikt nie lubił całodniowego stukotu maszyny do pisania. Nie przebywaliśmy w biurze na tyle długo, aby mogły się między nami zrodzić poważniejsze waśnie, a koordynator potrafił dopilnować, aby ci, co nie umieli zasymilować się z grupą, nie zabawili długo w naszej firmie. Liberty Market przypominała okręt z zadowoloną załogą, która pracowała w pocie czoła ze szczególnym zaangażowaniem i przekonaniem, że robi to, co lubi, a dzięki porywaczom interes wciąż jakoś się kręcił.

Zakończyłem marsz pomiędzy kantorkami, przywitałem się z kilkoma osobami, zauważyłem swoje nazwisko na tablicy z grafikiem dyżurów, wpisane na nocną zmianę w niedzielę, i dotarłem wreszcie do dużego pokoju na końcu długiego korytarza, jedynego pomieszczenia z oknem na ulicę. Zbieraliśmy się tu wszyscy, ale tego popołudnia w pokoju znajdował się tylko Tony Vine.

– Czółko – rzucił. – Słyszałem, kurka, że w Bolonii zrobił się nie lada przecher.

– Taa.

– Pozwoliłeś, kurka, żeby piórkowani carabinieri zawalili przekazanie okupu.

– Próbowałeś kiedyś dowodzić włoską armią?

Parsknął w odpowiedzi. Jako były komandos SAS w stopniu sierżanta, obecnie pod czterdziestkę, nigdy, przez cały okres służby, nie pomyślałby nawet, aby przyjmować rozkazy od cywilów. Potrafił maskować się w terenie w taki sposób, że zawstydziłby nawet kameleona, i już trzykrotnie wytropił, a następnie uwolnił porwaną ofiarę przed wypłaceniem okupu, choć nikt, nawet sama ofiara nie miała pojęcia, jak to właściwie się stało. Tony Vine był najbardziej skrytym i tajemniczym spośród naszych skrytych i małomównych partnerów i jeśli nie chciał czegoś powiedzieć, to nie puścił nawet pary z ust.

To on ostrzegł mnie przed nożami ukrytymi w zrolowanych czasopismach, ja zaś skonstatowałem, że wiedział o tym, ponieważ sam je kiedyś tak nosił.

Miał sarkastyczne poczucie humoru, a swoje wypowiedzi przeplatał dość barwnymi inwektywami. Zajmował się nieomal wyłącznie porwaniami politycznymi, ponieważ, tak jak Pucinelli, gardził zamożnymi ludźmi i firmami.

– Jak jesteś, kurka, biedny – powiedział mi kiedyś – i widzisz kapitalistę rozbijającego się rollsem, to nic dziwnego, że prędzej czy później zaczniesz się zastanawiać nad sposobami wyrównania szans. Jeżeli mieszkasz na Sardynii albo w Meksyku i klepiesz biedę, nie masz co do garnka włożyć, głód skręca ci kiszki, a w spiżarni pusto, perspektywa uprowadzenia kogoś, aby poprawić swój byt, przestaje wydawać ci się niedorzeczna.

– Romantyk z ciebie – odparłem. – A co z ubogimi Sardyńczykami, którzy porywają dziecko z biednej, sardyńskiej wioski i wymuszając okup, sprawiają, że tamtejsi mieszkańcy stają się jeszcze ubożsi?

– Nikt, kurka, nie jest doskonały.Właśnie dlatego z początku sprzeciwiał się przyjęciu mnie do firmy i pomimo iż uważał się za lepszego ode mnie – pod każdym względem – gdy zdarzyło się nam wspólnie pracować, nie było między nami żadnych zgrzytów. Przedzierał się przez umysły przestępców jak przez pole minowe, lecz wolał, abym to ja zajmował się rodzinami ofiar.

– Kiedy jesteś z nimi, jakoś się, kurka, trzymają. Jeżeli ja zaczynam im klarować, co mają robić, od razu, Cholerka, pękają.

Najbardziej lubił współpracować z mundurowymi, którzy z miejsca darzyli go olbrzymim poważaniem i szacunkiem. Mówi się, że armiami dowodzą dobrzy sierżanci, i faktycznie muszę przyznać, że Tony miał wielki posłuch u ludzi. Wystarczyło, że spojrzał groźnie, i zaraz robiło się cicho jak makiem zasiał.

W SAS nie zezwalano na przedłużanie okresu służby i kiedy w końcu wykopano go z uwagi na wiek, Tony nie miał co z sobą zrobić. Zaczął się nudzić.

Wreszcie ktoś podszepnął mu, że istnieje możliwość, aby powalczyć z terrorystami w nieco i

– Widziałeś, że wpisałem cię na moje miejsce na nocny dyżur w niedzielę? – zapytał.

Skinąłem głową.

– Żona przygotowała piórkowane przyjęcie z okazji rocznicy i gdybym miał stawić się wtedy na dyżur, byłaby nielicho najeżona.

– W porządku – rzekłem.

Był niski jak na żołnierza – powiedział mi kiedyś, że to bywało przydatne, gdy musiał udawać kobietę.

Jasne włosy, niebieskie oczy, koci chód, fanatyczne zamiłowanie do ćwiczeń fizycznych – to właśnie on nakłonił wszystkich, aby w piwnicy utworzyć siłownię, a potem jeszcze namawiał ich, by z niej korzystali. Nie mówił nigdy, skąd pochodził, choć sądząc po akcencie, z jednej z mroczniej szych dzielnic Londynu.