Страница 12 из 75
– O Boże… – wychrypiał. – Już myślałem, że nie zadzwoni… To trwało tak długo.
– Czy Alessi nic nie jest?
– Wszystko… w… porządku.
– A teraz dokąd?
– Och… – Wziął kilka głębokich oddechów, aby się uspokoić, podczas gdy ja wróciłem za kółko i uruchomiłem silnik. – Musimy pojechać do Mazary, to jakieś dwadzieścia kilometrów na południe. Jest tam i
– Uhm – mruknąłem. – A jak tam dojechać?
Odparł niejasno: – Umberto wie – co niezbyt mi pomogło, gdyż Umberto, jego etatowy kierowca, w dalszym ciągu cieszył się nieplanowanym urlopem. Wyjąłem mapę ze schowka na rękawiczki i rozłożyłem na fotelu pasażera obok mnie, usiłując bez powodzenia odnaleźć Mazarę i równocześnie wyprowadzić wóz z parkingu.
Droga, na której się znaleźliśmy, biegła z zachodu na wschód. Wybrałem pierwszy duży zjazd na południe, a gdy tylko opuściliśmy autostradę, zatrzymałem wóz na poboczu, aby zorientować się w położeniu. Jeszcze jeden zakręt, uznałem, i powi
Po drodze Cenci powiedział: – Alessia czytała fragment dzisiejszej gazety… to musiało być nagranie z taśmy, bo nie przerwała czytania, gdy się do niej odezwałem… ale mimo to dźwięk jej głosu…
– To na pewno była ona?
– O, tak. Zaczęła jak zwykle od wspomnienia z dzieciństwa, zgodnie z pana sugestią. To na pewno była Alessia, moja najukochańsza córeczka.
To dobrze, pomyślałem. Jak dotąd nieźle.
– On powiedział… – Cenci głośno przełknął ślinę. – Powiedział, że jeśli tym razem okup będzie wyposażony w urządzenia naprowadzające, zabije ją. Powiedział, że jeśli banknoty zostały w jakikolwiek sposób oznaczone, zabije ją. Zagroził, że jeśli jesteśmy śledzeni… nie wykonamy jego poleceń co do joty… albo coś… COKOLWIEK, pójdzie nie tak… po prostują zabije.
Pokiwałem głową. Wierzyłem w to. Druga szansa to i tak swego rodzaju cud. Na trzeci nie mieliśmy co liczyć.
– Przysięga pan… – zapytał z przejęciem – że nie znajdą niczego na banknotach?
– Przysięgam – zapewniłem.
W Mazarze Cenci natychmiast pobiegł do telefonu, lecz i tym razem zmuszony był czekać długo i w narastającym napięciu. Ja, tak jak wcześniej, siedziałem w samochodzie i czekałem cierpliwie, jakby problemy mego pracodawcy ani trochę mnie nie obchodziły, a ukradkiem przeglądałem mapę.
Wspomniany bar był w rzeczywistości małą kafejką przy stacji benzynowej, gdzie można było wypić espresso i zatankować. Ludzie przyjeżdżali i odjeżdżali, ale raczej niewielu. Letnie słońce sprawiało, że było coraz goręcej, a ja, jak na dobrego kierowcę przystało, uruchomiłem silnik i włączyłem klimatyzację.
Wrócił z marynarką przewieszoną przez ramię i ciężko, z wyraźną ulgą osunął się na kanapę w klimatyzowanym wnętrzu samochodu.
– Casteloro – powiedział. – Czemu on to robi?
– To standardowa procedura, która ma go upewnić, że nie jesteśmy śledzeni. Z uwagi na to, co zdarzyło się ostatnim razem, musi zachować szczególną ostrożność. Być może będzie nas tak ganiał z miejsca na miejsce przez pół dnia.
– Nie zniosę tego – jęknął, ale wiedziałem, że da radę, wszak wytrzymał już całe sześć tygodni.
Odnalazłem drogę do Casteloro i pojechaliśmy: trzydzieści dwa kilometry, głównie po wąskich, prostych, odkrytych wiejskich drogach. Po obu stronach otwarte, rozległe pola. Gdyby jechał za nami jakiś samochód, byłby widoczny jak na dłoni.
– Pańska obecność mu nie przeszkadza – rzekł Cenci. – Od razu mu wyjaśniłem, że sprowadziłem swego szofera, bo cierpię na epilepsję i nie mogę sam prowadzić auta. Powiedział jedynie, abym niczego panu nie tłumaczył, tylko mówił, dokąd ma mnie pan zawieźć.
– No i dobrze – mruknąłem i pomyślałem, że na JEGO miejscu zapytałbym Alessię, czyjej ojciec faktycznie ma epilepsję, i tym samym wyzbyłbym się wszelkich wątpliwości w tej kwestii.
W Casteloro, małym, starym miasteczku z barokowym centralnym placem, na którym roiło się od gołębi, aparat telefoniczny, na który miał zadzwonić porywacz, znajdował się w kafejce; dojechaliśmy równo o czasie.
– Mamy wrócić do Mazary – rzekł potem Cenci, głosem pełnym wyczerpania.
Wyprowadziłem wóz z parkingu i zawróciliśmy tą samą drogą, którą tu dotarliśmy. Cenci rzekł: – Pytał mnie, w czym przywiozłem pieniądze. Opisałem mu pudło.
– Co on na to?
– Nic. Mamy wykonać jego polecenie albo Alessia zginie. Mówił, że zamorduje ją w straszny sposób… – Głos zaczął mu się łamać, z gardła dobył się zduszony szloch.
– Proszę posłuchać – rzekłem. – Oni wcale nie chcą jej zabić. Nie teraz, kiedy są tak blisko celu. A poza tym co niby miało znaczyć określenie „straszny sposób”? Czy powiedział coś konkretnego?
Przez chwilę spróbował stłumić w sobie szloch, po czym odparł:
– Nie.
– Chcą pana zastraszyć – zapewniłem. – Używają gróźb, aby mieć pewność, że będzie pan trzymał się z dala od carabinieri, nawet jeśli aż do tej pory pozwalał pan, by go śledzili.
– Aleja wcale na to nie pozwalałem! – zaprotestował.
– Muszą mieć pewność. Porywacze są z reguły bardzo nerwowi. Mimo to uznałem za dobry znak, że wciąż nie stronili od pogróżek, ponieważ to oznaczało, że nadal są skło
Gdy wróciliśmy do Mazary na rozstajach dróg, znów musieliśmy dość długo czekać. Cenci siedział w kafejce – widziałem go przez okno – pochylał się nad nietkniętą filiżanką kawy. Wysiadłem z samochodu, przeciągnąłem się, rozprostowałem ramiona, przespacerowałem się kilka kroków, po czym wróciłem do auta i ziewnąłem. Trzy nie rzucające się w oczy samochody, podróżni tankujący benzynę i pracownik stacji, drapiący się leniwie pod pachą.
Słońce stało wysoko, żar lał się z czystego, błękitnego nieba. Stara kobieta w czerni podjechała na rowerze do skrzyżowania, skręciła w lewo i odjechała. Przejeżdżające furgonetki zostawiały za sobą smród spalin i kłęby kurzu. Pomyślałem o Lorenzo Traventim, który miał dostarczyć ostatni okup, a teraz leżał podłączony do urządzeń podtrzymujących życie.
W kafejce Cenci poderwał się nagle z miejsca i po chwili wrócił do samochodu w nie lepszym stanie niż dotychczas. Otworzyłem dla niego tylne drzwiczki, tak jak poprzednio, i pomogłem mu wsiąść.
– On… powiedział… – wziął głęboki oddech. – Powiedział, że przy drodze stąd do Casteloro jest kapliczka. Mówi, że mijaliśmy ją już dwukrotnie, ale ja jej jakoś nie zauważyłem…
Pokiwałem głową. – Widziałem ją. – Zatrzasnąłem drzwiczki.
– No to jedźmy tam – rzekł Cenci. – Kazał mi zostawić pudło z tyłu za kapliczką i odjechać.
– Dobrze – mruknąłem i odetchnąłem z ulgą. – A więc tak to sobie zaplanował.
– Ale… Alessia… – jęknął. – Zapytałem go, kiedy uwolnią Alessię, a on nie odpowiedział, tylko przerwał połączenie…
Ruszyłem wolno w kierunku Casteloro.
– Cierpliwości – rzekłem łagodnym tonem. – Będą musieli przeliczyć pieniądze, zbadać, czy nie są oznaczone. Może po ostatnim razie zostawią je przez jakiś czas w sobie tylko znanym miejscu, które będą mogli obserwować z daleka, aby upewnić się, że nie umieściliśmy przy pudle urządzenia naprowadzającego. Nie uwolnią Alessi, dopóki nie upewnią się, że są bezpieczni, a to, obawiam się, znowu oznacza czekanie. Musi pan uzbroić się w cierpliwość.
Jęknął i wziął głęboki oddech. – Aleją wypuszczą… kiedy dostaną pieniądze… uwolnią ją, prawda?
Rozpaczliwie domagał się zapewnienia z mojej strony, że tak się stanie, więc powiedziałem: – Tak. – I to stanowczo. Wierzyłem, że ją uwolnią, o ile dostaną to, czego chcą, o ile są normalni, jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego i jeśli Alessia nie widziała ich twarzy.
Jakieś piętnaście kilometrów od skrzyżowania przy polu kukurydzy stała prosta kamie