Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 70

Zebrani usiedli na krzesłach. Spędziliśmy sporo czasu, wysłuchując nudnych dyskusji. Sam siedział obok mnie z rękoma skrzyżowanymi na piersi i wyciągniętymi nogami, prawą kostkę położył na lewej. Starałam się nad sobą panować, blokować napływ cudzych myśli i zachowywać na twarzy uśmiech. Chyba jednak wyglądałam na nieco przygnębioną, gdyż Sam pochylił się lekko ku mnie.

– Spokojnie, odpręż się – szepnął.

– Sądziłam, że jestem odprężona – odszepnęłam.

– Obawiam się, że nie potrafisz się relaksować.

Spojrzałam na niego, uniósłszy brwi. Zamierzałam powiedzieć panu Merlotte’owi po tym spotkaniu kilka rzeczy.

Właśnie wtedy wszedł Bill i nastąpiła chwila całkowitego milczenia, gdy osoby, które nie widziały go wcześniej, przyzwyczajały się do jego wyglądu. Jeśli nigdy przedtem nie byliście w towarzystwie wampira, naprawdę musicie się do niego przyzwyczaić. Zwłaszcza że w jarzeniowym świetle sali Bill prezentował się znacznie bardziej nieludzko niż w przyćmionych światłach „Merlotte’a” czy równie nikłym oświetleniu w jego domu. W żaden sposób nie mógł teraz uchodzić za normalnego mężczyznę. Jego bladość była tu szczególnie widoczna, a głęboko osadzone oczy wydawały się jeszcze ciemniejsze i zimniejsze. Wampir miał na sobie jasnoniebieski garnitur i mogłabym się założyć, że włożył go za radą mojej babci. Wyglądał wspaniale. Przystojny osobnik. Wyraziste, łukowate brwi, krzywizna wydatnego nosa, kształtne wargi, białe ręce o długich palcach i stara

Nie wiedziałam, czy Bill „rzuca czar” na całą salę, czy też ci ludzie po prostu nastawili się odpowiednio na to spotkanie, niemniej jednak grupa milczała wyczekująco.

Wtedy mój wampir dostrzegł mnie. Przysięgam, że zmarszczył czoło. Ukłonił się lekko w moją stronę, a ja w odpowiedzi kiwnęłam mu głową, stwierdzając, że nie mam siły posłać mu uśmiechu. W całym tłumie tylko jego myśli nie potrafiłam odgadnąć.

Pani Fortenberry przedstawiła Billa, choć nie pamiętam słów, które wypowiedziała, więc nie wiem, jak uniknęła nazwania go „stworzeniem i

W końcu zaczął przemawiać. Z niejakim zaskoczeniem zauważyłam, że miał notatki. Siedzący obok mnie Sam pochylił się do przodu i skupił wzrok na twarzy Billa.

– …Mieliśmy bardzo niewiele jedzenia i żadnych pledów – mówił spokojnie wampir. – Wielu spośród nas dezerterowało.

Nie były to ulubione fakty Potomków, lecz kilkoro z nich skinęło głowami na potwierdzenie. Relacja pasowała do informacji, które poznali podczas prowadzonych studiów.

Starzec w pierwszym rzędzie podniósł rękę.

– Proszę pana, znał pan może przypadkiem mojego pradziadka, Tollivera Humphriesa?

– Tak – przyznał Bill po chwili. Jego oblicze pozostało nieodgadnione. – Tolliver był moim przyjacielem.

W jego tonie usłyszałam tak tragiczną nutę, że aż musiałam zamknąć oczy.

– Jaki był? – spytał drżącym głosem stary człowiek.

– No cóż, był ryzykantem, za co zapłacił śmiercią – odparł wampir z gorzkim uśmiechem. – Był odważny. I nie zarobił w życiu nawet centa, którego by nie zmarnował.

– Jak umarł? Był pan świadkiem jego końca?

– Tak – odrzekł Bill ze znużeniem. – Na moich oczach Tolliver dostał kulkę od jankeskiego snajpera. W lesie jakieś dwadzieścia mil stąd. Pański pradziadek poruszał się powoli, gdyż był zagłodzony. Wszyscy głodowaliśmy. Był środek poranka, zimnego poranka. Tolliver zobaczył, że postrzelono młodego chłopaka z naszego oddziału. Dzieciak leżał pośrodku pola, nie był martwy, choć boleśnie ra

– Co się z nim stało? – spytała pani Fortenberry z wymuszonym spokojem. – Z tym młodym?

– Przeżył – odparł Bill tonem, od którego po kręgosłupie przebiegły mi dreszcze. – Wytrzymał do wieczora, kiedy pod osłoną nocy mogliśmy mu pomóc.

Podczas przemowy wampira ludzie wyraźnie się ożywili, a starzec z pierwszego rzędu miał teraz o czym myśleć – otrzymał historię, dzięki której poznał charakter swego pradziadka.

Sądzę, że osoby, które przybyły na to spotkanie, nie były tak naprawdę przygotowane na opowieści ocalałego z wojny secesyjnej osobnika. Po jakimś czasie wszyscy wyglądali na zafascynowanych, ale i zdruzgotanych.

Kiedy Bill odpowiedział na ostatnie pytanie, rozległ się grzmiący aplauz – a przynajmniej grzmiący jak na czterdzieści osób. Klaskał nawet Sam, który nie był wszak szczególnym miłośnikiem mojego wampira.

Po zebraniu każdy z jego uczestników – poza mną i Samem – chciał zamienić słówko z wampirem. Mówcę otoczyli więc Potomkowie Wybitnych Poległych, my dwoje zaś wymknęliśmy się z sali i wsiedliśmy do pikapa Sama. Pojechaliśmy do Crawdad Diner, prawdziwej spelunki, która przypadkiem serwuje bardzo dobre jedzenie. Nie czułam głodu, mój szef natomiast zamówił do kawy placek cytrynowy.

– To było interesujące – powiedział ostrożnie.

– Mowa Billa? Rzeczywiście – odparłam równie ostrożnym tonem.

– Żywisz do niego jakieś uczucia?

Po serii podchodów Sam postanowił przejść do frontalnego ataku.

– Tak – przyznałam.

– Ależ, Sookie – obruszył się. – Nie masz z nim żadnej przyszłości.

– Bill zostanie tu jakiś czas. Może nawet przez następne kilkaset lat.

– Nigdy nie wiadomo, co się przydarzy wampirowi.

Nie potrafiłam polemizować z takim stwierdzeniem. Wytknęłam jednak Samowi, że nie wiem również, co się przydarzy mnie samej, choć byłam istotą ludzką. Dobre kilka minut sprzeczaliśmy się na ten temat.

– Czemu to cię obchodzi, Sam? – rzuciłam w końcu, zirytowana.

Jego rumiana twarz jeszcze bardziej się zaczerwieniła, a niebieskie oczy utonęły w moich.

– Lubię cię, Sookie. Jako przyjaciółkę albo może kogoś więcej… – „Eee…?” – przemknęło mi przez głowę. – Tylko nie mogę patrzeć, jak dokonujesz niewłaściwych wyborów.

Przyjrzałam się mojemu szefowi. Czułam na własnej twarzy sceptyczną minę: ściągnęłam brwi, uniosłam kąciki ust.

– Jasne – odparłam głosem, który pasował do mojej miny.

– Zawsze cię lubiłem.

– Tak bardzo, że zanim o tym wspomniałeś, musiałeś poczekać, aż ktoś i

– Zasługuję na takie słowa – przytaknął. Odnosiłam wrażenie, że się nad czymś zastanawia. Chyba chciał coś powiedzieć, lecz nie potrafił się zdecydować.

Cokolwiek go dręczyło, widocznie nie potrafił wypowiedzieć tego wprost.

– Chodźmy stąd – zasugerowałam. Oceniłam, że w chwili obecnej trudno byłoby skierować rozmowę na neutralne tory. Równie dobrze mogłam więc wrócić do domu.

Jazda powrotna była dziwna. Co jakiś czas wydawało mi się, że Sam coś powie, on jednak za każdym razem potrząsał głową i zachowywał milczenie. Byłam tak zdenerwowana, że miałam ochotę go za to uderzyć.