Страница 21 из 83
21
Droga do Santa Ana wiodła na południowy wschód, obok Anaheim, przez hrabstwo Orange. Miasto leżało w odległości czterdziestu kilometrów na zachód od gór Santa Ana, w których biorą początek niesławne wiatry – pojawiające się znienacka, suche, gorące i doprowadzające do szaleństwa całe Los Angeles. Reacher był kilkakrotnie świadkiem skutków ich działania. Raz przybył do miasta po wizycie w bazie piechoty morskiej w Camp Pendleton. Drugim razem wyskoczył do niego na weekendową przepustkę z Fort Irwin. Pamiętał banalne karczemne sprzeczki z finałem w postaci wielokrotnego zabójstwa pierwszego stopnia. Słyszał historię o przypaleniu grzanki, co doprowadziło do pobicia żony, zakończonego karą więzienia i rozwodem. Widział faceta, który został dotkliwie poturbowany za to, że szedł zbyt wolno po chodniku.
Na szczęście tego dnia nie było wiatru. Powietrze było gorące i nieruchome, brązowe i ciężkie. Uprzejmy acz uporczywy żeński głos nagrany na GPS wypożyczonego auta O’Do
Najwyraźniej tak właśnie było.
O’Do
– Nie uwierzę, że Swan** Swan (ang.) – łabędź. sam to zrobił – stwierdził O’Do
– Dostał go w prezencie od bratanka lub bratanicy – odparła Neagley. – Chcieli nadać temu domowi odrobinę ciepła.
– Pewnie zakładał to ustrojstwo, gdy go odwiedzali.
– To miłe z jego strony.
Za skrzynką na listy znajdował się wąski betonowy podjazd prowadzący do podwójnej bramy i ogrodzenia wysokości półtora metra, wykonanego z drutu pokrytego zieloną izolacją z plastiku. Cztery słupki wieńczył mały ananas odlany z jakiegoś stopu. Obie bramy były zamknięte, na obu widniał znak „Uwaga! Zły pies”. Podjazd prowadził do garażu mieszczącego jeden samochód. Ścieżka wiodła do drzwi wejściowych małego, parterowego, otynkowanego domu w kolorze brązowym przypominającym opaleniznę. Nad oknami znajdowały się małe markizy z blachy falistej, kojarzyły się z brwiami. Podobny, węższy daszek umieszczono wyżej, nad drzwiami. Wszystko sprawiało poważne, surowe, stonowane, pozbawione frywolności wrażenie. Typowo męska siedziba.
Wokół panowały bezruch i cisza.
– Dom wygląda na pusty – zauważyła Neagley. – Jakby nikogo nie było.
Reacher skinął głową. Na podwórku przed domem rosła jedynie trawa. Brakowało roślin – kwiatów lub krzewów.
Trawnik sprawiał wrażenie wyschniętego i nieco zarośniętego, jakby skrupulatny właściciel przestał go podlewać jakieś trzy tygodnie temu.
Nie dostrzegli żadnego systemu alarmowego.
– Rozejrzyjmy się – zaproponował Reacher. Wysiedli z samochodu i podeszli do pojedynczej bramy.
Reacher nacisnął dzwonek. Poczekał. Nie usłyszał odpowiedzi. Wokół budynku biegła wydeptana ścieżka. Ruszyli nią w kierunku przeciwnym do mchu wskazówek zegara. W bocznej części garażu znajdowały się drzwi dla służby. Były zamknięte. Z tyłu domu odnaleźli dmgie drzwi prowadzące do kuchni. Także zamknięte. Przez okno można było dojrzeć małą kuchnię, staromodną, nieodnawianą od czterdziesta lat, chociaż czystą i praktyczną. Nie dostrzegli śladów bałaganu. Brudnych naczyń. Urządzenia kuche
Za drzwiami do kuchni znajdowała się opuszczana roleta i schodek prowadzący na małe, wybetonowane patio. Roleta była częściowo zasunięta. Za nią można było dostrzec lekko zaciągnięte kotary. Pewnie była to sypialnia, być może pełniąca również funkcję azylu.
W całej okolicy panowała cisza. Z domu nie dolatywał żaden hałas ani dźwięk pomszanych przedmiotów, z wyjątkiem słabego, podprogowego buczenia, które sprawiło, że włosy na ramionach Reachera stanęły dęba, a w głębi jego podświadomości rozległ się słaby sygnał alarmowy.
– Drzwi do kuchni? – zapytał O’Do
Reacher skinął głową. O’Do
O’Do
Lekko uchylił drzwi.
Żaden alarm się nie włączył.
Reacher wszedł pierwszy. Zrobił dwa kroki i zamarł. Buczenie stało się jeszcze głośniejsze. Wyczuł w powietrzu charakterystyczną woń. Słyszał podobny dźwięk i wdychał podobny zapach znacznie częściej, niż chciałby pamiętać.
Buczenie wydawał rój oszalałych much.
Woń była odorem rozkładającego się ciała wydzielającego gnilne płyny i gazy.
Neagley i O’Do
– Domyślaliśmy się tego – powiedział O’Do
– Takie odkrycie zwykle wywołuje szok – odparła Neagley. – Mam nadzieję, że tak pozostanie.
Zasłoniła usta i nos. Reacher przekroczył próg kuchni. Na podłodze w korytarzu nie było niczego, jednak cuchnący odór i buczenie znacznie się wzmogły. W powietrzu unosił się rój much – ogromnych, niebieskich i lśniących. Owady bzyczały i uderzały gwałtownie o ściany, wydając cichy dźwięk. Znajdowały się po jednej i drugiej stronie na wpół uchylonych drzwi.
– Łazienka – powiedział Reacher.
Dom Swana miał układ podobny do układu domu Franza, był jednak bardziej przestro
Nie sposób było zgadnąć, skąd dochodzi fetor, który wypełniał cały dom.
Gorące powietrze silnie cuchnęło. W środku panowała absolutna cisza, jeśli nie liczyć bzyczenia obłąkańczo latających much. Much uderzających o porcelanę, tapety, drewniane drzwi.
– Zostańcie tutaj – polecił Reacher.
Ruszył w głąb korytarza. Dwa kroki. Trzy. Zatrzymał się obok łazienki i trącił drzwi butem. Uderzyła go chmara rozwścieczonych much. Odwrócił się, machając ręką. Po chwili skierował się ponownie do łazienki. Wysunął nogę i otworzył drzwi na oścież. Wachlując rękoma, spojrzał przez gromadę bzyczących owadów.