Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 53

Wysiedliśmy w Centrum i wolno suniemy znów do Baru Krowa, a co i raz wszyscy uaaaa w rozziew i tylne plomby do kiężyca, gwiazd i do latami, bo jeszcze byliśmy malczykami, co rosną, i w dzień chodziło się do szkoły, a w Krowie okazało się jeszcze gorzej zatłoczone niż przedtem. Ale ten członio, co przedtem cały czas bulgotał, będąc na cyku, na białym i syntemesku albo czymś tam, wciąż zasuwał to samo: — Łobu za ułkamartwej że nie droszło hej hoglatonicznie pogoda z wietrzą. — Musiał to już być jego trzeci albo czwarty kurs tego wieczora, bo miał ten nieludzko blady wygląd jakby nie człowiek a rzecz i jakby ryło miał po nastojaszczy wyrżnięte z kawałka kredy. Jak mu się chciało spędzić tyle czasu na haju, to już faktycznie powinien wziąć osobny pokoik na tyłach, a nie siedzieć tu na dużej sali, bo tu zawsze jakieś malczyki ustroją sobie z nim, niemnożko ubawu, chociaż nie za ostro, bo w starej Krowie zawsze mają utajonych gdzieś fest łamignatów, którzy dadzą radę każdej rozróbce! Mimo to Jołop wcisnął się koło tego członia i wydając ten swój szutniacki wrzask, aż pokazał w gardle dyndałki, żgnął go w stopę swoim wielkim, ubłoconym buciorem. Ale ten członio, braciszkowie, w ogóle nic nie słyszał, bo już był ponad ciałem.

Wokół nas tankowały i doiły, i dokazywały przeważnie nastole (po naszemu nastolami nazywało się seksolatki), ale było też nieco takich więcej drewniaków, mużyki i fifki też (ale żadnych burżujów) śmiali się i bałakali przy barze. Po fryzjerce i luźnych ciuchach (przeważnie wielkie swetry jakby ze sznurka) dało się poznać, że przyszli z prób w studio ti wi, zaraz za rogiem. Ich dziule miały te ożywione bardzo ryje i szerokie, ogromne usta, czerwone że horror szoł, z mnóstwem zębów, i śmiechały się i niczewo nie troszczyły się o zło świata. A potem płyta na stereo dźwiękła i zgasła (był to Joh

Ale stary Jołop, jak tylko usłyszał ten kusoczek śpiewu niby kęs czerwonego od żaru mięsa chlaśnięty na talerz, z miejsca rypnął jedno z tych swoich chamstw, na ten raz trąbkę z warg, po czym sobacze wycie, po czym dwoma paluchami podwójny sztos w górę, po czym wywrzask i w rechot. To ja się poczułem cały w gorączce i jakby mnie rozpalona krew zachłysnęła, na słych i na widok tej wulgarni Jołopa i mówię: — Ty skurwlu. Ty brudny zapluty nieokrzesany skurwlu. — Georgie siedział między mną a tym hadkim Jołopem, sięgnąłem przez niego i piąchnąłem Jołopa w usto. Jołop się zdziwił, japsko mu się otwarło i siedział ocierając sobie blut grabą z ryła, w oszołomieniu łypiąc to jak mu cieknie czerwone, to znów na mnie.

— Czego mi to za co zrobiłeś? — spytał jak to on, po ciemniacku. Mało kto zakapował, co zrobiłem, a kto widział, ten nie uważał. Stereo było znowu wkluczone i grało coś bardzo rzygotliwego na elektroniczną gitarę.

Odbałaknąłem mu:

— Za to, że jesteś skurwlem bez wychowania i bezjednej malejszej kroszki pojęcia, jak się zachowywać publicznie, o ty braciszku mój.

Jołop na to łypnął na mnie zęborożno złym okiem i gada:

— W takim razie ja nie lubię, że to zrobiłeś. I nie jestem już twój braciszek i nie mam życzenia — Wyjął z karmana wielki, zaglucony tasztuk i przytykał go sobie zbierając tę spływającą czerwień, ciągle zdziwiony, przy gladając się temu i marszcząc, jakby mu się widziało, że krew to dla i

Powiedziałem: — Jak tego nie lubisz, a na tamto nie masz życzenia, to wiesz, co zrobić, mój mały braciszku. — A na to Georgie ostrym tonem, tak że spojrzałem:

— O kej. Nie zaczynajmy.

— Dla Jołopa to czysty zysk — powiadam. — Jołop nie może być przez całe życie wciąż jak mały rybionek. — I łypnąłem ostro na Żorżyka. Teraz Jołop się odezwał, a czerwone mu już trochę mniej ciekło:

— Co za prawo naturalne on ma, że mu się zdaje, że może mi dawać rozkazy albo w ryło, jak mu się spodoba? Akurat, jajco! to mu powiem! Jeszcze mogę mu cepkami oczy wypuścić, u mnie to tyle co luknąć!

— Uważaj — powiedziałem tak cicho, jak było możebne przy tym stereo miotającym się po ścianach i suficie, i z tym członiem na trypie, co siedział przy Jołopie i teraz już gromko posuwał swoje: — Iskrzy bliż się, ultroptymalutka! — Powiedziałem: — Bacznie uważaj, o Jołopie mój, azali jednym z żywych na tym świecie pragniesz pozostać.

— Jaja — rzekł jadowicie Jołop — wielkie ci jajka śmajka, o! Nie miałeś prawa tak robić. Mogę się z tobą zejść na cepie, na nóż, na brzytew, kiedy tylko zechcesz, a nie będziesz mnie bez powodu szturgał i to czysta prawda i recht, że nie będę na to pozwalał.

— Nóż i podaj czas — odwarkłem.

Pete się wmieszał: — Ojej, przestańcie już wy dwaj, małysze! Jesteśmy kumple, nie? Kumple się nie mają tak chować. Luknijcie, tam już paru malczykom ryje się tak obluzowały, że rechoczą z nas, jakby się nabijali. Musimy się trzymać jeden za drugiego.

— Jołop musi — odrzekłem — nauczyć się, gdzie jest jego miejsce. Recht?

— Zaraz — powiada Georgie. — Co to za mowa o miejscu. Pierwsze słyszę o uczeniu się, gdzie czyje miejsce.

Pete odezwał się: — Jak już ma być po prawdzie, Alex, to nie powinieneś dać Jołopowi tej lufy, one nie była słuszna. Powiem to jeden raz i kropka. Mówię ci to z całym szacunkiem, ale jakbyś mnie tak dołożył, to byś mi za to odpowiadał. Więcej nie powiem. — I utopił ryło w stakanie z mlekiem.

Czułem, jak rośnie we mnie w środku razdraz, ale starałem się to ukryć mówiąc spokojnie: — Musi być jeden wożaty. Dyscyplina być musi. Recht? — Żaden nie odkazał ani słowa, nawet baszką nie kiwnął. Mnie w środku wezbrał jeszcze gorszy razdraz, a po wierzchu spokój.

— Ja — powiedziałem — dowodzę wami od dawna. Wszyscy jesteśmy kumple, ale ktoś musi dowodzić. Recht? Recht? — Wszyscy tak jakby kiwnęli, ale z powściągiem. Jołop osuszył sobie resztkę juchy. To on się odezwał.

— Recht, recht. No i fajno fajn. Może wszystkie są trochę ustawszy. Lepiej już nie gadać. — Byłem zaskoczony i daże memnożko spuknięty, że Jołop nagle tak umno zabałakał. Jołop dobawił: — A tera bojki najlepiej do kojki, czyli że suniemy na chatę, recht? — Byłem naisto porażony. Tamci dwaj kiwnęli, że recht recht recht. Więc mówię:

— Ty poniał, Jołop, o co był ten stuk w usto. Muzyka, panimajesz. Mnie zawsze odbija, kiedy dziuszka śpiewa, a jakieś wpychle przeszkadza. No i tak wyszło.

— To idziem do nory i w kimono — powiada Jołop. — Jak dla malczyków, co rosną, to była dość długa noc. Recht? — Recht recht, kiwnęli tamci dwaj. Więc ja na to:

— Po mojemu to czas iść na chatę. Jołop to niepłocho przydumał — Jakbyimy się nie spotkali w dzień, o braciszkowie, to co, zawtra w tym samym czasie i miejscu?

— Owszem — powiada Georgie. — Da się zrobić.

— Ja się może niemnożko spóźnię — mówi Jołop. — Wsio taki w tym samym miejscu i prawie w tym samym czasie, natyrlik. — Ciągle sobie przy tym obcieral usto, chociaż jucha mu już nie ciekła. — No i — powiada — mam nadzieję, że zawtra żadna psiocha tu nie będzie śpiewać — I dał to swoje wielkie ho ho ho ho ho, po szutniacku, jak to Jołop. Wyglądało na to, że jest za głupi nawet żeby się fest oskorbić.