Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 30 из 122

Je

Ułożyła krąg z kamieni i umieściła na nich mały metalowy ruszt; w ten sposób powstała prymitywna obozowa kuchenka. Przygotowała ognisko: podsypała kolek, suchej trawy, szczapy z połamanych gałęzi drzew, potem przyłożyła zapałkę. Delikatnie rozdmuchała ogień i po chwili zapłonął z trzaskiem.

Pod skałami trzymała małą skrzynkę pod osłoną warstwy igliwia. Teraz rozgarnęła kolki i wydobyła skrzynkę. Otworzyła pokrywę i wyjęła z niej zawartość: zniszczony wełniany koc, metalowy garnuszek, obity emaliowany kubek i puszkę suchej zakurzonej herbaty. Rozłożyła koc przy ogniu. Siadła i grzała dłonie nad płomieniami.

Dwa lata temu jakiś mieszkaniec wioski odkrył jej kryjówkę i doszedł do wniosku, że na plaży mieszka włóczęga. Od czasu pożaru kościoła w 1912 roku wioska nie miała podobnej sensacji. Przez pewien czas Je

Płomienie przygasły, ognisko tylko się żarzyło. Je

Jak zwykle schronienie uruchomiło swe czary.

Zaczęła zapominać o swoich problemach – o ojcu.

Dziś, kiedy wróciła ze szkoły, siedział przy kuche

Woda zawrzała. Je

Boże, dlaczego on mnie tak nienawidzi? Przecież nic mu nie zrobiłam.

Mary jak umiała, starała się jej wytłumaczyć postępowanie Martina Colville'a. On cię kocha – powtarzała tysiące razy – ale jest zraniony, zły i nieszczęśliwy i odbija sobie na tym, kogo najbardziej kocha.

Je

Je

Wyobraziła sobie, że jest gdzie indziej, z dala od Hampton Sands. Chciała zrobić coś wielkiego i więcej nie wrócić. Miała szesnaście lat. Niektóre dziewczęta z okolicznych wiosek wyjechały do Londynu lub i

Zapadała w sen, kiedy wydało jej się, że gdzieś znad wody dobiega jakiś odgłos. Przez chwilę myślała, że może rzeczywiście na plaży mieszkają włóczędzy. Wybita ze snu zerwała się na nogi. Sosny kończyły się na wydmach. Ostrożnie wyszła z zagajnika, bo szybko zapadały ciemności, i ruszyła w górę po piaszczystym zboczu. Zatrzymała się na szczycie. Wokół jej nóg tańczyła na wietrze wysoka trawa. Je

Sean Dogherty.

Układał w kupki drewno, chodził, odmierzał jakąś odległość. Może Mary ma rację. Może Seanowi padło na głowę.

Wtedy Je

Kiedy Sean zniknął jej z oczu, Je

– Przecież chyba jest jeszcze coś, co moglibyśmy zrobić, Harry – powiedział Vicary, krążąc po gabinecie.

– Zrobiliśmy już wszystko, co w naszej mocy, Alfredzie.

– Może powi

– Właśnie z nimi rozmawiałem.

– I co?

– Nic.

– W takim razie zadzwoń do marynarki…

– W tym momencie skończyłem rozmawiać z Cytadelą.

– I?

– Nic.

– Chryste!

– Po prostu musisz się uzbroić w cierpliwość.

– Nie zostałem obdarzony wrodzoną cierpliwością, Harry.

– Zauważyłem.

– A co…

– Dzwoniłem do portu promowego w Liverpoolu.

– No i?

– Zamknięty z powodu złych warunków atmosferycznych.

– Więc dziś nie przypłyną z Irlandii.

– Zero szans.

– A może zabraliśmy się do sprawy ze złej strony, Harry?

– Jak to?

– Może powi

– Słucham.

– Przynieś znowu ewidencję urzędu imigracyjnego z numerami paszportów.

– Chryste, Alfredzie, od czterdziestego roku nic się w nich nie zmieniło. Wyłapaliśmy wszystkich, których podejrzewaliśmy o szpiegostwo, i przebadaliśmy tych, co do których mieliśmy wątpliwości.

– Wiem, Harry, ale może coś przeoczyliśmy.

– Mianowicie?

– Skąd, do cholery, mam wiedzieć!

– Przyniosę ewidencję. To nie zaszkodzi.

– A może przestało nam dopisywać szczęście, Harry.

– Alfredzie, w swoim czasie znałem mnóstwo gliniarzy, którym sprzyjało szczęście.

– Tak, Harry?

– Ale żaden z tych szczęściarzy nie był przy okazji leniem.

– Do czego zmierzasz, Harry?

– Przyniosę akta i zaparzę czajnik herbaty.

Sean Dogherty wyszedł z domu tylnymi drzwiami i skierował się do stodoły. Miał na sobie gruby sweter, sztormiak, w ręku niósł lampę karbidową. Ostatnie chmury się rozproszyły. Na granatowym niebie mrugały gwiazdy i świecił jasny księżyc. Powietrze było przenikliwie zimne.

Kiedy pchnął wrota i wszedł do stodoły, powitało go beczenie owcy. Zaplątała się dziś w ogrodzeniu. Próbując się wyrwać, nie tylko zraniła sobie nogę, ale zrobiła też dziurę w płocie. Teraz leżała na sianie w kącie stodoły.

Dogherty włączył radio i zaczął zmieniać owcy opatrunek, nucąc cicho, żeby i siebie, i ją uspokoić. Zdjął zakrwawioną gazę, nałożył świeżą i przykleił plaster.