Страница 93 из 105
Odchylił ramię. W chwili, gdy Cyr uniósł rękę, by osłonić głowę, Jim rzucił się naprzód. Chwycił ramię Vernona i wisiał na nim kopiąc. Nawet we dwójkę chłopcy byli lżejsi od Vernona o jakieś dwadzieścia kilogramów, ale strach i poczucie lojalności dodały im sił. Vernon musiał puścić Cyra, żeby strząsnąć z siebie Jima. W chwili gdy znów pochwycił Cyra, Jim wskoczył mu na plecy, czepliwy jak łasica. Chwycił przeciwnika od tyłu za grubą szyję.
– Uciekaj, Cyr! – Jim przylgnął do Vernona niby pijawka. – Uciekaj! Mam go!
Ale Cyr nie zamierzał uciekać. Otrząsnął się z' zamroczenia i wstał z ziemi. Nos mu krwawił po ostatnim upadku. Zrozumiał teraz, co miał na myśli Jim, mówiąc o ogłuszeniu. Cyr był ogłuszony. I dzwoniło mu w uszach od uderzenia albo nadmiaru adrenaliny. Serce tłukło mu się o żebra jak warząchew o pokrywkę.
Miał wrażenie, że zalewa go światło. Poza kręgiem jasności, w którym poruszał się jego brat i Jim, panowała ciemność. Muzyka z głośników zwolniła do tempa marsza pogrzebowego.
Otarł krew z twarzy i zacisnął poplamione ręce.
– Nie będę uciekał.
Uciekał przed ojcem. Uciekał przez całe życie. Tym razem nie ruszy się z miejsca. Resztki niewi
– Nie będę uciekał – powtórzył i uniósł zakrwawione pięści. Vernon strząsnął z siebie Jima i spojrzał na brata.
– Myślisz, że możesz mi się stawiać, gówniarzu?
– Nie uciekam – powiedział Cyr spokojnie. – A ty nie będziesz się na mnie dłużej wyżywał.
Vernon rozłożył szeroko ramiona. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
– Pokaż, co potrafisz, smarku.
Pięść Cyra skoczyła do przodu. Dopiero potem zdał sobie sprawę, że nie miał nad nią żadnej władzy. Jego ramię, zaciśnięta dłoń i ogień w żyłach, wszystko to było jakby poza nim. Istniał tylko cel.
Krew trysnęła Vernonowi z nosa. Tłum, który zdążył się już zgromadzić poza pierścieniem światła, zawył. Było to żądne krwi wycie, którego istota ludzka nie jest w stanie zdławić, kiedy widzi walczących. W uszach Cyra dźwięk ten zabrzmiał jak muzyka, mimo że ból przeszył mu ramię.
– Proszę, proszę. – Tucker wyłonił się z cienia i wszedł między braci. – Dajecie darmowe przedstawienie? Jaka cena biletu?
Krew spłynęła Vernonowi aż na zęby.
– Wynoś się do diabła, Longstreet, albo przejdę po tobie.
– Będziesz musiał, żeby się dostać do chłopaka. – Głód krwi płonął i w jego oczach, światła nadały im złoty, koci kolor. – Próbujesz naśladować tatusia, Vernon? Bijąc mniejszego od siebie?
– To mój brat.
– Co zawsze było dla mnie niewyjaśnioną zagadką. – Tucker wyciągnął ramię, kiedy Cyr ruszył z miejsca. – Ty zostań tam, gdzie jesteś, synu. Nie będę powtarzał tego dwa razy. – Czuł drżenie powietrza między sobą a Cyrem. Nie był to strach, strach miał i
– A kto mi zabroni?
Na myśl, że znowu obiją mu twarz, Tucker ciężko westchnął. Ostatnie siniaki dopiero co przybladły.
– Zdaje się, że ja.
– I ja. – Zlany potem i nadal zielony Dwayne stanął obok brata. Jeden po drugim mężczyźni występowali z tłumu i ustawiali się za Longstreetami. Cyr się pomylił. Było wielu, którzy wystąpią w jego obronie, robili to teraz. Czarni i biali tworzyli żywą ścianę odgradzającą go od niesprawiedliwości.
– Nie może wiecznie się chować. – Vernon otarł dłonie w spodnie.
– Nie chowa się nawet teraz – odparł Tucker. – Chyba już to udowodnił. Może jest o połowę mniejszy od ciebie, ale jako mężczyzna nie dorastasz mu do pięt, Vernon. Cyr znajduje się pod moją opieką. Twoja matka podpisała dokumenty. Najlepiej zostaw go w spokoju.
– Nie wiem, ile jej zapłaciłeś, ale to nie zmieni faktu, że on jest moim bratem. Masz naszą krew na swoich rękach.
Tucker podszedł do niego i zniżył głos tak, by tylko Vernon mógł go słyszeć.
– On jest dla ciebie niczym. Oboje o tym wiemy. Braterstwo jest dla ciebie pretekstem, żeby zadawać ból. Nikt cię nie poprze, Vernon. Nikt. Jeżeli będziesz dalej dręczył chłopca, sprawy przybiorą dla ciebie zły obrót w tym mieście. A twoja rodzina dosyć już się nacierpiała.
– Ty sprowadziłeś na nas nieszczęście. – Vernon przysunął twarz do twarzy Tuckera. – To jeszcze nie koniec.
– Na dzisiaj na pewno. – Tucker odwrócił się i podszedł do Caroline, która tamowała krew płynącą Cyrowi z nosa.
– Uwielbiam festyny – powiedział. Ścisnął Cyra za ramię.
– Byłbym z nim walczył, panie Tucker.
– Postąpiłeś słusznie.
Caroline zmięła ze złością zakrwawione chusteczki.
– Mężczyźni! Uważacie, że wszystkie problemy da się rozwiązać przy użyciu pięści.
– A wy, kobiety, rozwiązujecie je przy pomocy języka. – Mrugnął do Cyra i przyciągnął Caroline, żeby ją pocałować. – Ja osobiście wolę się od nich wymigiwać. Ale ludzie są rozmaici.
– Święta prawda – powiedziała Josie, zatrzaskując torebkę. Miała w niej, oprócz i
– Cyr, złotko, jesteś bohaterem tegorocznego festynu z 'okazji święta niepodległości. – Pocałowała go w policzek i Cyr oblał się rumieńcem. – Krwawisz gdzieś, Jim?
– Nie, psze pani. Wylądowałem na pupie. – Otrzepywał się z kurzu, a ręce jeszcze drżały mu z podniecenia. – Załatwilibyśmy go z Cyrem.
– Pewnie. – Josie ścisnęła dwoma palcami biceps Jima i przewróciła oczami z podziwem. – Mamy tu dwóch młodych wojowników, Caroline. Zastanawiam się, czy moglibyście towarzyszyć mi do budy z lemoniadą.
Moja męska eskorta porzuciła mnie dla i
– Pójdziemy z panią, pa
– Mogę, panie Tucker?
– Możesz. – Przesunął wolno dłonią po głowie Cyra. – Wszystko w porządku, Cyr.
Cyr wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze.
– Wiem, panie Tucker. Nie uciekłem. I już nigdy nie będę uciekał przed nikim.
Tucker opuścił rękę na ramię Cyra. Jaka to wielka strata, pomyślał, że młodość i jej prostota zostały tak prędko i bezpowrotnie zniszczone.
– Obchodzić z daleka to nie to samo, co uciekać, Cyr. Trzymając się z dala od Vernona, nie przekreślisz tego, co uczyniłeś dzisiaj. A oszczędzisz swojej mamie zgryzoty. Pomyśl o tym.
– Pomyślę, panie Tucker.
– Idź z Josie. – Patrzył za nimi z pewnym żalem i domieszką czegoś jeszcze. Podejrzliwości.
– Pójdę już chyba – odezwał się Dwayne, mrużąc oczy przed wirującymi światłami.
– Trafisz do domu?
– Nie wypiłem dużo, a to, co wypiłem, wyrzygałem. – Dwayne uśmiechnął się blado. – Nigdy nie miałem głowy do tych wirujących siodełek.
– Żołądka też nie – zgodził się Tucker. – Chorujesz rok w rok.
– Nie chcę zrywać z tradycją. Przywiozłem tu Delię i kuzynkę Lulu, ale nie sądzę, żeby były gotowe do odwrotu.
– Przywieziemy je z Caro do domu.
– A więc wszystko gra. Dobranoc, Caroline. – Odwrócił się i odszedł poza granicę światła i muzyki, w cień. Tucker miał wielką ochotę za nim zawołać. Nie chciał, żeby jego brat odchodził samotnie. Ale Dwayne zniknął i chwila minęła.
– No cóż – powiedziała Caroline, wrzucając zakrwawione chusteczki do kosza na śmieci. – Potrafisz zapewnić kobiecie interesujący wieczór.
– Robię, co mogę. – Usłyszał nutę napięcia w jej głosie. – Jesteś zdenerwowana?
– Zdenerwowana?! – powtórzyła. – Można to tak nazwać. Denerwuje mnie, że ten chłopiec musi walczyć z własnym bratem. Stracił siostrę i ojca, a reszta rodziny go nie akceptuje, ponieważ jest i
Tucker obrócił ją ku sobie.