Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 46 из 105

– Jestem pewny, że on i tak wie. W takim miasteczku wszyscy wszystko wiedzą. A więc, panie March, zechce pan poświęcić mi chwilę.

– Jim, idź zeskrobać starą farbę z tylnych okien.

– Ale, tato…

– Rób, co ci każę.

Jim odszedł z pochyloną głową i obwisłymi ramionami.

– Chciał pan o coś zapytać, panie Burns.

– Agencie Burns. Tak. O bliznę.

– Mam ją od dwudziestu lat. Austin Hatinger mnie pobił. – Toby pochylił się i podniósł zamkniętą puszkę farby. Obracał ją w swoich wielkich dłoniach.

– Oskarżył pana o kradzież.

– Powiedział, że wziąłem sznur z jego szopy. Nigdy w życiu nie tknąłem cudzego.

– I od tamtego czasu żywicie do siebie urazę.

Toby dalej obracał puszkę w dłoniach. Caroline słyszała chlupotanie farby.

– Przyjaciółmi nie jesteśmy. Burns wyjął z kieszeni notatnik.

– Szeryf Truesdale odnotował przypadek spalenia krzyża przed pańskim domem jakieś sześć miesięcy temu. Obciążył pan odpowiedzialnością Hatingera i jego syna, Vernona.

W oczach Toby'ego pojawił się zimny błysk.

– Nie mogłem tego udowodnić. Tak jak nie mogłem udowodnić, że Hatinger przeciął opony mojej ciężarówki, kiedy byłem w sklepie Larrsona. Chociaż kiedy wyszedłem, Vernon Hatinger stał po drugiej stronie ulicy i czyścił sobie nożem paznokcie. Nawet kiedy Vernon powiedział, że mam szczęście, że tym razem są to moje opony, a nie moja twarz, też nie mogłem niczego udowodnić. Więc powiedziałem, co myślę. Hatingerowi nie podobało się, że widuje się jego chłopaka w towarzystwie mojego syna.

– Dwa tygodnie później między panem a Hatingerem doszło do bójki. W sklepie z narzędziami. Groził, że skrzywdzi pańskiego syna, jeżeli nie będzie trzymał się z dala od Cyra. Czy to prawda?

– Wszedł, kiedy kupowałem gwoździe. Gadał różne rzeczy.

– Pamięta pan, jakie to były rzeczy? Tedy zwarł szczęki.

– Powiedział: „Czarnuchu, trzymaj swojego czarnego bachora z dala od tego, co moje, bo obedrę go ze skóry". Powiedziałem, że jeżeli tknie mojego chłopca, zabiję go.

Cichy, beznamiętny głos Toby'ego sprawił, że Caroline dreszcz przeleciał po plecach.

– Powiedział jeszcze parę rzeczy, cytował Pismo Święte i gadał bzdury o tym, jak to my, „czarnuchy", zapominamy, gdzie nasze miejsce. Potem złapał młotek. Zaczęliśmy się bić, tam w sklepie, ktoś musiał pobiec po szeryfa, bo przyleciał wściekły i nas rozdzielił.

– A pan powiedział Haungerowi… – Burns zajrzał do notatnika. – „Zamiast o to, z kim Cyr łowi ryby, martwiłbyś się lepiej, dla kogo twoja dziewczyna rozkłada nogi". Powiedział pan to?

– Może być.

– A dziewczyną, do której pan odnosił to stwierdzenie, była zmarła Edda Lou Hatinger?

Bardzo wolno Toby odłożył puszkę farby.

– On obrażał moją rodzinę. Wykrzykiwał paskudztwa o moim Jimie, małej Lucy i mojej żonie. A tydzień wcześniej Vernon zatrzymał moją żonę na ulicy i powiedział jej, żeby pilnowała chłopaka, bo inaczej złamie sobie rękę albo nogę. Mężczyzna nie musi znosić takich rzeczy od nikogo.

– Więc poruszył pan kwestie seksualnych obyczajów pa

– Byłem wściekły. Może nie powinienem tak mówić o jego dziecku.

– Ale ciekawi mnie, w jaki sposób wszedł pan w posiadanie informacji o seksualnych obyczajach denatki.

– Wszyscy wiedzą, że nie trzeba było wielkich starań, żeby dopuściła do siebie mężczyznę. – Rzucił Caroline przepraszające spojrzenie.

– Mówi to pan na podstawie własnych doświadczeń?

Oczy Toby'ego błysnęły dziko. Przestraszona Caroline postąpiła krok i położyła ostrzegawczo dłoń na jego ramieniu.

– Piętnaście lat temu ślubowałem kobiecie – powiedział Toby zaciskając pięści. – Jestem jej wierny.

– No cóż, panie March, mam świadka, który twierdzi, że odwiedzał pan Eddę Lou Hatinger wielokrotnie w jej pokoju w hoteliku.

– To wierutne kłamstwo. Nigdy nie byłem w jej pokoju razem z nią.

– Ale był pan w jej pokoju?

Toby miał wrażenie, że na szyi zaciska mu się pętla.

– Pani Koons najęła mnie do pracy. Wymieniałem framugi we wszystkich oknach.

– Więc kiedy pracował pan w pokoju Eddy Lou, jej tam nie było?

– Zgadza się.

– Nigdy nie był pan z nią razem w pokoju? Toby patrzył na Burnsa przez długie pięć sekund.

– Wychodziłem, kiedy wracała – powiedział po prostu. – A teraz muszę już iść do pracy.

Toby zszedł z werandy i zniknął za węgłem domu, a Caroline uświadomiła sobie, że cała drży.

– To było straszne.

– Bardzo mi przykro, Caroline. – Burns schował notatnik. – Przesłuchiwanie podejrzanych bywa nieprzyjemne.

– Nie myślisz chyba, że on zabił tę dziewczynę, bo jej ojciec mówił takie straszne rzeczy? – Miała ochotę wykrzyczeć mu to w twarz, ale starała się zachować spokój. – To człowiek bardzo rodzi

– Wierz mi, Caroline, morderca nie zawsze wygląda na mordercę.

zwłaszcza masowy morderca. Zdziwiłabyś się, gdybym przytoczył ci dane statystyczne i portrety psychologiczne.

– Nie, dziękuję – odparła chłodno.

– Przykro mi, że jesteś ciągle wciągana w tę brzydką sprawę. – Uśmiechnął się. – Miałem nadzieję, że spędzimy spokojną godzinkę, kontynuując naszą rozmowę sprzed paru dni. No i oczywiście, liczyłem na to, że zagrasz dla mnie.

Odetchnęła trzy razy, zanim odważyła się odezwać. Może to nie jego wina, pomyślała, że jest takim niewrażliwym, aroganckim jołopem.

– Przykro mi, Matthew, obecnie nie daję koncertów.

– O! – Rozczarowanie odbiło się na jego twarzy. – Cóż, może i

– Dziękuję, Matthew, ale na razie wolałabym trzymać się blisko domu. Odprawa trochę go usztywniła.

– Szkoda. Cóż, muszę chyba wracać do pracy. – Ruszył w stronę samochodu, zirytowany, ale nie pokonany. – Przypomnę się kiedyś o tę mrożoną herbatę.

– Tak. Do widzenia.

Z chwilą, gdy opadł po nim kurz, odwróciła się i weszła do domu. Po raz pierwszy od wielu dni sięgnęła po skrzypce i zaczęła grać.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

W nocy nadciągnęły chmury. Równomierny, posępny deszcz napoił spragnioną ziemię, a rankiem przeniósł się niemrawo nad Arkansas. Zmienił kurz w śliskie błoto, które do południa spierzchło w skorupę.

Nad otwartym grobem gromadka żałobników stała po kostki w wypalonej słońcem trawie. Z drzew skapywała woda, wydając rozpraszający uwagę dźwięk, który przypomniał Cyrowi o zardzewiałym kurku w łazience. Przeciekał dzień i noc.

Kiedy w nocy Cyr leżał w łóżku, myślał chwilami, że to monoto

Nie, nigdy go nie złamią. Jest Bondem, Jamesem Bondem. Jest Rambo. Jest Indianą Jonesem.

Był Cyrem, leżącym pośród zapachu stęchlizny, Cyrem, który wstaje i wkłada szmatę pod kran, żeby stłumić kapanie o jeden ton.

Tym razem nie próbował blokować tego dźwięku, przeciwnie, skoncentrował się na nim, żeby zapomnieć, gdzie jest i co robi.

Wielebny Slater wydawał mu się osobnikiem sędziwym, w rzeczywistości biedny człowiek dobiegał dopiero sześćdziesiątki. Ale młode oczy Cyra widziały jedynie rzadkie kępki białych włosów na opalonej czaszce, mapę bruzd na ogorzałej od wiatru twarzy i fałdy luźnej skory zwisające z podbródka i gnijące pod koloratką.

W oczach Cyra pastor był zbyt stary, by wiedzieć cokolwiek o życiu – Z drugiej strony, dzień przeznaczony był dla umarłych, a w tej dziedzino wielebny powinien być ekspertem.